Anderseitsarbeiter

zemsta ośmiornicy ed’a wood’a

Dla Ed’a Wood’a

Media spekulowały, może autobus jechał zbyt szybko, może zawiodły hamulce, albo kierowca był pijany. Tak naprawdę, nikt nie miał pojęcia co się stało. Droga była prosta, pogoda ładna, ruch niewielki.
Fakty były takie: pojazd, wiozący pielgrzymów do toruńskiej rozgłośni, leżał w rowie do góry kołami. Nikt nie przeżył. Czterdzieści i cztery osoby zginęły na miejscu. Dziennikarz państwowej telewizji, o powierzchowności dobermana, korzystając ze swojego prawa do odautorskiego komentarza, zawyrokował: Sprawa jest niejasna, została powołana specjalna speckomisja, która ma się zająć wyjaśnieniem przyczyn tej tragedii. Proszę Państwa, wszyscy dobrze wiemy, że działali tutaj jacyś inni szatani…
Józef wyłączył telewizor. Podniósł się z fotela i podszedł do telefonu. Wybrał numer do przełożonego. Poczekał na połączenie oglądając dłonie, czekanie się przedłużało, przytrzymał słuchawkę ramieniem, pod paznokciami miał pełno ziemi, istny cmentarz.
- Halo!
- Widział pan wiadomości? – Józef chwycił starannie słuchawkę, przyłożył do ucha, wyprostował się, mówił powoli: – Czy pogrzeby będą u nas?
- Widziałem. Tak. Odezwę się z dalszymi instrukcjami za jakiś czas. To duża sprawa, media będą obserwować. Cały kraj patrzy. Także ogłaszam stan pełnej gotowości. – Szef skończył rozmowę nie czekając odpowiedzi.
- Tak jest – odparł Józef do martwej słuchawki.

Czterdzieści i cztery pogrzeby, myślał, wielka sprawa. Czas nagli, identyfikacja ciał potrwa kilka dni. Czterdzieści i cztery groby, chyba, że część pochowają gdzie indziej, no niech nawet trzydzieści pogrzebów, to i tak, poważna sprawa. Trzeba więcej ludzi, sam z Rafałem nie dam rady, zresztą Rafał to przygłup, na niego nie mogę liczyć. Trzeba zebrać ludzi, wszystko zorganizować. Najważniejszy będzie pierwszy pogrzeb, resztę jakoś się przełknie, ale pierwszy najważniejszy. Zebrać ludzi, łatwo powiedzieć, ale kogo?

Po południu zadzwonił telefon. Józef był w kuchni, szykował sobie, zwyczajowo, podwieczorek, nic specjalnego, kawa i czekolada. Śpiesznym, sztywnym krokiem służbisty, już przeczuwając, że to telefon z góry, podszedł do aparatu. Przystaną na baczność i gestem wyrażającym oddanie wielkiej sprawie, chwycił słuchawkę.
- Józef? – Pytanie było retoryczne, gdyż mieszkał sam – słuchaj…
- Tak. Słucham…
- Nie przerywaj, tylko słuchaj! – głos był stanowczy, jak tylko może być stanowczy głos Szefa. – Mamy problem, nie ma ludzi do wykonania zadania. Musisz się tym zająć! To priorytetowa sprawa dla nas, firma będzie Ci wdzięczna! Mamy mało czasu, najwyżej tydzień do rozpoczęcia akcji „Pogrzebacz”! Taki kryptonim, od tej pory się nim posługujesz! Bez odbioru! – w słuchawce zapanowała martw cisza.
Tak jest!

Zebranie odpowiedniej liczby „agentów”, w tak krótkim czasie nastręczało pewnych kłopotów. Większość z nich była przeważnie pijana, ci, którzy nie pili nie nadawali się już do niczego. Józefowi zostało powierzone poważne zadanie, pierwszy raz od śmierci żony czuł się potrzebny. Żonka, tak na nią pieszczotliwie mawiał, zmarła kilka miesięcy temu, niedługo po tym jak przeszedł na emeryturę. Przez dwadzieścia lat był operatorem dźwigu, z utęsknieniem czekał na ich „pogodną jesień” życia. Niestety, los, bóg, głupi kaprys, odebrał owej jesieni pogodę i Józef został sam. Strata żony bardzo go postarzyła, ale on się nie załamał, zaczął szukać pożytecznego zajęcia. Chciał pomagać ludziom.
I oto, teraz, nadarza się okazja. Wielkie wydarzenie, tragedia, o której nie mógł nawet marzyć. Zdawał sobie sprawę z tego, że to niemoralne tak myśleć, ale skoro nadarza się okazja, to może się wykazać. Ba! Nawet trzeba. Chodził po mieszkaniu, obmyślając plan. Wertował kartki notesu w poszukiwaniu kontaktu. Zrazu sobie uświadomił, że prędzej znajdzie ludzi jak pójdzie do baru „U Adama”, gdzie przesiaduje cała pijacka brać.
Zależało mu na tym, żeby zebrać ochotników, którzy staną na wysokości zadania, którzy w kluczowym momencie nie powiedzą, że im niedobrze i puszczą pawia. I tu pojawiał się kłopot, gdyż jego kompani byli zbyt zajęci kombinowaniem pieniędzy na kolejne piwo by znaleźć czas na pracę. Szukał sposobu, żeby ich przekonać. Wiedział, że jak teraz pójdzie do baru i z nimi pogada, to usłyszy: „Józuś, bracie, z tobą to i na koniec świata”, „Stary, na mnie możesz liczyć jak na Zawiszę”, „Kolego, przez pamięć na twoją małżonkę, idę z tobą”. Usłyszy te i inne, mniej lub bardziej gramatycznie poprawne zdania, zabarwione odorem przetrawionego alkoholu, ale nic z nich nie będzie wynikało, bo przyjaciele się obudzą rano i o niczym nie będą pamiętać.

W drodze do baru, myślał o słowach Szefa, od którego odebrał telefon, zaraz przed wyjściem. Przełożony jeszcze raz położył nacisk na powagę sytuacji i ponownie wspomniał o obecności mediów. Józef, przypomniał sobie jak to wygląda w telewizji. Tłumy ludzi, potężna cisza tragedii, smutny głos dziennikarza. Aż wzdrgnął z podniecenia, i ja w tym wszystkim, pomyślał. Jego misja wydała mu się jeszcze bardziej poważna, wręcz święta. Żeby poprawić sobie nastrój, bo trochę czuł się nieswojo, kierując się tak niskimi pobudkami, jak sława i rozgłos, pomyślał o biednych staruszkach, których życie ta tragedia zakończyła. Współczuł rodzinom, bliskim i przyjaciołom. Szedł powoli, rozpamiętując tajemnicę śmierci.

- Ach, życie! Takieś ty krótkie i ulotne, takieś ty kruche i cenne – mówił sobie pod nosem.

Przed wejściem do baru, napotkał Rafała. Zdzielił go w łeb, ni to zawadiacko, ni to z czystej niechęci do skretyniałego pomocnika. Bez słowa wszedł do środka. Atmosfera była, gęsta to mało powiedziane, powietrze jak smoła lepiło się do włosów w nosie, zatykało uszy, sklejało powieki.

- Cześć Adam – powiedział do barmana i nie zatrzymując się, poszedł dalej. – Cześć chłopaki. – Usiadł przy stole na swoim miejscu, zrzucając z krzesła czyjś beret.
- Sześć – odrzekli chórem. Przy stole siedziało trzech mężczyzn. Każdy pijany, brudny i brzydki jak dupa diabła, jak lubił ich oceniać Józef.

Czując siłę, dumę i swoją ważność, jaką nadawała mu cała sprawa, rozsiadł się jak basza i podparł pod boki. Rozejrzał się, spojrzał na pijane gęby i rzekł:
- Panowie, jest taka o to sprawa – zaczął, po czym zdał sobie sprawę z tego, że kompletnie nie ma pojęcia jak ich podejść, zamilkł.
- Jacha szprwa? – Zaszumiały słowa Jędryny, nie całkiem jeszcze zdziadziałego, ale pretendującego do mina dziada, mężczyzny w średnim wieku. Józef skonsternował się, przygryzł dolną wargę, czego nie miał w zwyczaju robić i wstał.
- Najpierw pójdę po piwo, bo mi w głowie zaschło.

Adam, nie miał przy sobie żadnej kartki, ani długopisu, więc Józef musiał wyjść do pobliskiego sklepu. W spożywczym sprzedawała Grażyna, koleżanka jego żony, odwiedzała go od czasu do czasu, bardzo mu pomogła przy pogrzebie, na stypie, z racji tego, że wdowiec był nieprzytomny z rozpaczy, wszystkim się zajęła. Przypadli sobie do gustu, ale nie mówili o tym, czując, że to niestosowne.
Grażyna ucieszyła się widząc go. Poprawiła włosy, obciągnęła fartuch i przywitała się, mlecznym głosem.
- Witaj Józefie, o tej porze na zakupy? – Spojrzała na niego zalotnie, zaraz jednak się przestraszyła tego i kontynuowała: – Straszna tragedia pod Toruniem, straszna. Ja je wszystkie znałam, wiesz? Miałam też z nimi jechać – skłamała, ale Józef nie zaprzątał sobie głowy tym, co mówi, myślał, jak skłonić pijackie mordy do tego, żeby podpisali papier. – Podać ci coś?
- Wiesz, daj mi… Nawet się nie przywitałem, przepraszam. – Wyciągnął rękę po dłoń Grażyny i ucałował ją, niezgrabnie przechylając się nad ladą, rozśmieszyło to trochę ekspedientkę.
- Nie fiknij tylko – przestrzegła.
- Co ci podać?
- Kartkę i długopis – powiedział śpiesznie kryjąc rumieniec, wywołany swoją nieporadnością przy całowaniu w rękę. Wziął przybory do pisania i wyszedł nie pożegnawszy się. Grażyna nie miała mu tego za złe, wiedziała o jego misji, wieści w małym miasteczku rozchodzą się niczym para pantofli kiepskiej jakości. Była dumna, że to jemu właśnie powierzono to poważne zadanie. Uważała, że Józefowi przyda się taka odmiana – zaangażowanie.

Wrócił do domu dobrze po północy. Pijany, ale zadowolony, że sprawę załatwił, i że już mu się nie wymkną chłopaki, na kartce widniało piętnaście podpisów. Zdobył je podstępem. Chodził wśród stolików i prosił o podpisanie rzekomej listy kondolencyjnej, którą potem złoży się w „Księdze Pamięci”. Chłopy składały podpisy, wspominając kobieciny ze łzami w oczach, wyciśniętymi przez wypity alkohol oraz dym unoszący się w powietrzu.
Telefon zadzwonił, Józef mało nie upadł na ziemię, gdy jego natura służbisty ruszyła odebrać, a ciało wciąż mocowało się ze spodniami omotanymi w koło kostek. Poskakał więc do telefonu. Czuł zażenowanie, że rozmawia z Szefem mając spodnie poniżej poziomu schludności.

- Jestem – krzyknął prawie.
- Józef! Na Boga, nie podnoś głosu, noc jest! Długo coś ci zeszło?
- Panie kierowniku, melduję posłusznie… – starał się wypaść profesjonalnie.
- A przestań tak służbowo! Co to w wojsku jesteśmy. Mów, co załatwiłeś, ilu? – Szef był lekko rozdrażniony, widać było, że sprawa leży mu na sercu, a bardziej chyba na wątrobie.
- Piętnastu, proszę pana.
- Wystarczy Ci tylu? To jednak kawał roboty – zapadła chwila milczenia, Józefowi zdawało się, że słyszy jak kierownik coś liczy sobie pod nosem – powinno być dobrze. Śpij już, jutro ciężki dzień. – Już chciał się rozłączyć, gdy przypomniał sobie rzecz najistotniejszą, z której powodu dzwonił: – Józef!
- Tak!
- Masz mniej czasu, pierwsza denatka będzie już w poniedziałek, a nie w środę, data pogrzebu jeszcze nie znana, ale pamiętaj, akcja „Pogrzebacz” może ruszyć w każdej chwili. – Rozłączył się.
- Tak jest! – Odpowiedział Józef, jak zwykle do śmiertelnie milczącej słuchawki.

Przed zaśnięciem wyobrażał sobie siebie w telewizji. On, w czarnym garniturze, w przyciemnianych okularach, za nim inni „agenci”, cały jego oddział, blask reflektorów, lśniąca czarna trumna, monotonny głos dziennikarza, komentującego wydarzenie: – Proszę państwa, za chwilę kondukt ruszy, widzę po twarzach żałobników, że tragedia doświadczyła ich srodze. Ból, nieopisany ból, jaki maluje się na ich licach przyprawia o dreszcze i każe nam zastanowić się nad ulotnością życia, nad jego kruchością, nad sensem życia… Wyobrażałby sobie dalej, ale przed oczami stanęła mu Żonka, otarł łzę, wstydził się swoich myśli, rozgrzeszył się rozważaniami o biednych staruszkach, które jechały całą rodziną radia, modlić się, słuchając słów ojca dyrektora. Czterdzieści i cztery, pomyślał, piekielnie dużo, zasnął.

Zerwał się na sygnał telefonu. Dzień był już w pełni, słońce zaglądało przez szyby, zapowiadając piękną i upalną pogodę.
- Halo – zachrypniętym głosem powiedział Józef, przykrył słuchawkę dłonią i odchrząknął, po nocy zawsze musiał odkrztusić flegmę.
- Jesteś tam!
- Tak, jestem.
- To czemu się nie odzywasz! Sprawa pilna, jak cholera a ty się bawisz w głuchy telefon – irytacja Szefa zaczęła sięgać zenitu.
- Bo…
- Cicho! Słuchaj, bo nie będę dwa razy powtarzać! Zrozumiano!
- Tak!
- Mówię słuchaj, a ty swoje. – Kierownik był nieznośny, gdy był zdenerwowany, ale Józef to rozumiał, wiedział, że takie stanowisko, kierownicze, to jest żołądkowa sprawa. – Jutro pierwszy pochówek. Akcja „Pogrzebacz” rozpoczęta. Wiesz, co masz robić?
- Tak!
- To do dzieła grabarze – serce się ścisnęło wdowcowi, nie lubił tak o sobie myśleć, odłożył słuchawkę na widełki – tak jest! – powiedział do siebie.

Zaraz po wyjściu musiał się wrócić do domu. Zapomniał listy. Nad podpisami, dał taki nagłówek:

Świadom powagi sytuacji, łącząc się w bólu z rodzinami ofiar oraz będąc wierzącym w życie wieczne człowiekiem, ofiarowuję swoją pomoc, siły witalne, zaangażowanie i wszystko, co trzeba, na rzecz akcji „Pogrzebacz”. Zobowiązuję się do bezwzględnego wykonywania poleceń Józefa Anioła, którego tymczasową zwierzchność uznaję:

Pukał do kolejnych drzwi. Zdziwionym żonom pokazywał glejt. Kobiety żartowały sobie, że nieźle musiał ich Józef upić, żeby się na to zgodzili. Budziły mężów z satysfakcją. Wstawaj leniu, krzyczała Jędrynowa, nie chciałeś iść do roboty, to robota przyszła po ciebie, wstawaj, ale już!
Zajęło to trochę bezcennego czasu, gdyż grabarz musiał ich zmusić do kąpieli, do ogolenia gąb, gdyż uważał, że nie przystoi w takim stanie przystępować do pracy. Starał się być profesjonalny w każdym calu.
Około południa zebrał całą skacowaną bandę „agentów”, złych, oburzonych i niewyspanych. Ale byli, pod zobowiązaniem widniał ich podpis, nie ma rady. Sprawa poważna, jak się nie zgodzą, lista pójdzie do gazety, albo i w telewizji powiedzą, że chłopy jak dęby, w dodatku bezrobotne, a biednym staruszkom, dołka nie chciały wykopać. Stali nieszczęśnicy z minami pochmurnymi. Józef poczuł się w obowiązku dodać im otuchy, czuł się trochę winny, że ich oszukał, ale nie miał innego wyjścia.

- Koledzy! – Krzyknął, aż tamci powykręcali twarze. – Koledzy – powtórzył znacznie ciszej – zanim przystąpimy do pracy, szlachetnej i pożytecznej, powiem wam coś. Jako ochotnicy…
- Ochotnicy, ha! dobre sobie – zadrwił któryś z „agentów”.
- …będziecie wymienieni – nie przeszkadzał sobie Józef – w czasie transmisji telewizyjnej. – Zapanowało poruszenie, ciche, urwane słowa, docierały do uszu grabarza, wiedział, że to zrobi na nich wrażenie, więc tym bardziej cieszył się, że wszystko idzie po jego myśli. – A teraz, każdy weźmie łopatę, na każdej łopacie jest mapka cmentarza, którą własnoręcznie przygotowałem, na mapce znajdują się zaznaczone parcele. Wybierzcie sobie. Panowie – zawołał, nie zważając już na grymasy – mamy mało czasu, pracy dużo. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, zapraszam was – tu się zawahał, czy to dobry moment i miejsce by wypowiadać te słowa – do „Adama”. – Atmosfera się poprawiła, Józef, pomyślał, że mógł tak od razu zrobić, i że jego wczorajsze starania i kombinacje, były niepotrzebne, ale zaraz sobie wytłumaczył, że jako osoba odpowiedzialna, musiał mieć plan awaryjny i owo zaproszenie do „Adam” uznał za taki plan właśnie.

Pracę skończyli na grubo przed czasem. Józef był zadowolony. Obejrzał doły, pomierzył czy aby mają po dwa metry. Było kilka uwag, ale generalnie, wyszło na plus, jak powiedział. Ustalił z chłopakami, o której się spotkają w knajpie i pozwolił im się rozejść.

Wrócił do domu, po gorącym prysznicu, porządnym obiedzie usiadł w fotelu i zamierzał się zdrzemnąć, ale emocje nie dawały mu zamknąć powiek. Myślami był już na pogrzebie. Nie mogąc usnąć, włączył telewizor. Na jednym kanale, Kuba Wojewódzki rozmawiał z człowiekiem w skórzanej kurtce i długich włosach, który śmiesznie chodząc udawał pawiana. Zmienił program, trafił na jakieś wiadomości, wysłuchał ich potakując głową. Jeden z ministrów, wypowiadał się na temat teorii ewolucji, krytykując ją ostro, Józef potakiwał głową, jakby chciał powiedzieć, słuszną linię ma nasza władza. Na ekranie pojawiła się młoda dziennikarka, za którą ujrzał kościół, łudząco podobny do kościoła stojącego w rynku, zaraz przy ratuszu. Poderwał się, to był ich kościół. Klasnął w dłonie, już są, krzyknął.

Telefon zadzwonił w tej właśnie chwili, gdy Józef oddawał emocjonalnie pobudzony mocz.
- Kurka! – Zaklął. Z bólem powstrzymał sikanie. Zapiął rozporek i potruchtał do aparatu.
- Halo – powiedział, przez zaciśnięte zęby.
- Józef? Co to, zęby cię bolą? – Szef był, o dziwo, spokojny. – Słuchaj. – podwładny nie odzywał się, nauczony już przez kierownika, choć znaczniejszym powodem milczenia, była próba powstrzymania napierającej uryny, wdowiec bał się, że gdy poluźni mięśnie szczęki inne pójdą za ich przykładem, a tego chciał uniknąć. – Jesteś tam?
- Tak – powiedział ciasno.
- No, to co się nie odzywasz. Słuchaj. Jest już telewizja. Widziałeś?
- Tak – odpowiadanie sprawiało mu ból, ale nie mógł przecież do przełożonego powiedzieć, poczekaj pan, pójdę osuszyć jaszczura, nie wypadało.
- To dobrze. Jutro punkt kulminacyjny akcji „Pogrzebacz”. Józef…
- Tak? – szczypały go oczy i zdawało mu się, że przybierają żółty kolor.
- Powodzenia, nie zawiedź mnie. Widzimy się jutro na cmentarzu, przyjdź wcześniej, bo ja się mogę trochę spóźnić. Do jutra Józefie.- – Józef z ulgą chciał odłożyć słuchawkę, nauczony, że kierownik, rozłącza się pierwszy, ale usłyszał szmer i posłuchał. – No, co Józek, nie raczysz się pożegnać nawet.
- Do jutra – powiedział i pobiegł do łazienki.

Telewizje komercyjne i państwowe, stacje radiowe, pisma. Wszyscy byli. Grabarze w czerni. Konie lśniące, karawan odstrzelony jak na odpust, Józef dumny, stał za kierownikiem cmentarza. Wszystko gotowe, tylko czekać na denatkę, aż wyniosą z kaplicy. Korzystając z szumu medialnego, wiele osób ze świata szołbiznesu i polityki chciało zamanifestować swoją wiarę, zaangażowanie oraz wyrazić współczucie rodzinom ofiar, i przybyło na pogrzeb. Józef nie mógł uwierzyć w to, kogo tam zobaczył. Twarze z telewizji przechadzały się obok niego, uśmiechały się, paliły papierosy, ukradkiem popijały z piersiówek. O to mój nowy świat, pomyślał. Zagarnął swoich „agentów”, speszonych, a nawet przestraszonych. Kazał im się ustawić w rzędzie.
Panowie, chwila, jak widzicie, jest doniosła, rodzina zaraz wyjdzie z kaplicy, ruszamy za nimi. Nie przejmujcie, się kamerami, przyzwyczaicie się – mówiłby dalej, ale drzwi się otworzyły i wyprowadzono trumnę.

Jest, kamery w ruch, wielkie podniecenie. Kondukt rusza. Ludzie powoli podążają za powozem. Oprócz stukania obcasów, szurania podeszw, nielicznych szeptów i jednego nerwowego chichotu, który się wyrwał jednemu z „agentów” nie słychać było nic, poza szumem lip, rozpościerających nad tłumem zielony parasol. Słońce paliło. Cień dawał przyjemny chłód, Józef był szczęśliwy. Nagle coś go zaniepokoiło. Trumna, wydawało mu się, drgnęła.

Wieko się ruszyło, Panie kierowniku! Wieko się ruszyło!
Widziałem! Cicho! Akcja „Pogrzebacz” jeszcze nie została zakończona. Nic nie rób, potem, potem…

Grabarz zamilkł, patrzał tylko jak spod wieka zaczyna coś wypełzać, coś na kształt ośmiorniczych macek, które rosły w zatrważającym tempie. Wieko spadło. Tłum przyglądał się zastygły w przerażeniu. Potężne ramiona wciągały do, zdaje się bezdennej trumny, najbliżej stojących. Ludzie w kondukcie, sparaliżowani strachem, zamarli, dając się pochłonąć potwornym mackom. Józef zrobił unik przed jednym z ramion, chwyciło znanego mu z telewizji, prezentera z amerykańskim akcentem, który do ostatniej chwili wytrwał na stanowisku. Widząc, co się dzieje, nie rozumiejąc nic, rzucił się do ucieczki. Biegł przez cmentarz, przeskakiwał nagrobki jeden po drugim, nagle upadł. Spojrzał na swoją kostkę, trzymała je zmurszała kościotrupia ręka, reszty ciała nie było. Wieka nagrobków pękały z hukiem, a spod nich jęły wynurzać się ciała nieboszczyków. Potwór połykał właśnie panią Cichopek i stojących obok niej, jeszcze przed chwilą, bliźniaków. Następnie, na antenie telewizyjnej, nie pojawi się, tego można być pewnym, pani Drzyzga, przez chwilkę, było widać jeszcze jej buty, a z gardzieli monstrum, dało się słyszeć, jej ostanie słowa: to, niemożliwe!. Nie udało się też uciec Kubie, pochłonięty został Olivier i panna Rossati, zniknęły w jednej chwili Frytka i Doda W ciągu paru chwil, ramówka wszystkich stacji legła w gruzach, ludzie przed telewizorami wyrzucali programy telewizyjne do śmieci. Nie będziesz już oglądała „M jak Miłość” kochanie, z satysfakcją krzyczał do żony Jędryna, który na pogrzeb nie postanowił pójść. Niech to szlag, pomyślał Józef, świat już nie będzie taki sam. Wielką moc ma ta ośmiornica i zerwał się do biegu. Pędził co tchu, a bluźniercze mlaskanie potwora z trumny, pożerającego świętości tego świata, niosło się po okolicy, rozsiewając widmo nudy.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.