Anderseitsarbeiter

wróżba

2009

Listopad

Szli objęci ulicą miasta, gdzieniegdzie jeszcze przemykali przechodnie z pracy, do pracy.
Listopadowa, pochmurna noc. Wiatr burzył spokój włosów Katarzyny i mącił fryzurę Andrzeja.
Z woskowymi przepowiedniami w kieszeniach, zmęczeni ale spokojnie radośni, wracali do domu.
Mogli wybrać nocny autobus, woleli jednak pójść pieszo.
Zmarznąć, zziębnąć. Zawinąć się w kokon kołdry po uszy i zasnąć nad ranem.
Skręcili w wąską przecznicę. Kobieta wypadła zza rogu. O mały włos nie zderzyli się.
Wydała im się kompletnie pijana lub – jak później zauważyła Katarzyna – bardzo uszczęśliwiona.
- Przepraszam – odezwała się wesoło – jestem dzisiaj w takim nastroju, że mogłabym zgubić rozum. Uśmiechnęła się szczerze i dodała: – Właściwie, to po co nam rozum?
- Choćby po to żeby go zgubić – odparł Andrzej.
Stali naprzeciwko siebie, oni wciąż objęci, ona z rękoma w kieszeniach płaszcza. Oglądali sobie buty. Nic nie mówili, bo nic do powiedzenia nie było. Katarzyna pociągnęła nosem, Andrzej tupnął nogą, kobieta uśmiechała się nieprzerwanie.
- Andrzejki dzisiaj.
- Imieniny Andrzeja. – Katarzyna wskazała głową swojego partnera.
Podjechał samochód, zatrąbił. Kobieta uśmiechnęła się do kierowcy, którego nie było widać w ciemnym wnętrzu pojazdu. Odwróciła się i już chciała iść, gdy coś, jakaś nagła myśl ją powstrzymała.
Odwróciła głowę przez ramię i tak stojąc podała Andrzejowi wyjętą z kieszeni karteczkę.
- Zadzwońcie do niej, pomoże wam – powiedziała i wskoczyła do auta.
Samochód odjechał. Stali na rogu ulicy spoglądając za znikającymi światłami, po czym Katarzyna wtuliła głowę w ramię mężczyzny i powiedziała:
- W czym nam pomoże?
- Jeśli to numer do gazowni, to może w wyjaśnieniu ostatniego rachunku. – Uśmiech na twarzy Andrzeja chciał być pełniejszy, ale rozpłaszczyło go szerokie ziewnięcie. – Chodźmy już.
Poszli dalej ulicą, objęci w pół, nic nie mówiąc. Latarnie gasły za nimi, wstawał nowy dzień.

Luty

Dni są już coraz dłuższe, odczuwalnie dłuższe, ale do pierwszej jaskółki zostało sporo czasu. Mocne słońce w sobotni poranek zbudziło w Katarzynie tęsknotę za wiosennymi porządkami.
Andrzej miał lekki sen, potrafił obudzić go miauczący za oknem kot. Nie wiele sobie z tego robiąc, z wielkim zaangażowaniem zaczęła wyrzucać z szafy na przedpokoju stare ubrania, kartony z butami, kapelusze i parasole.
- Kaśka! – jęknął z sypialni jej facet – Kaśka! jest dziesiąta rano, do cholery, sobota, spać! spać! Ludzie śpią w sobotę o dziesiątej – krzyczał i jęczał na przemian.
- To śpij – odpowiedziała Katarzyna pod nosem.
Późne śniadania w sobotnie południe. Lubili, jeszcze w nocnej bieliźnie, siedzieć w kuchni przy stole i patrzeć na ulicę.
Ludzie do i ze sklepów, samochody w lewo i w prawo, chorzy do przychodni i z przychodni. Ludzie z parasolami, w okularach, w czapkach po uszy. Bieg, chód, trucht. Na czerwonym stop, na zielonym bieg.
- Mógłbym przysiąc, że większość z nich nie wie, gdzie idzie – zauważył Andrzej przyglądając się płynnej mozaice postaci i sytuacji.
- Nie znasz żadnego z tych ludzi, nic nie możesz o nich powiedzieć. – Ocenianie innych nie leżało w naturze Katarzyny i nie lubiła gdy robiono to w jej towarzystwie. Tym bardziej, gdy robił to jej mąż.
- Nie oceniam ich. Mówię tylko, że tak to wygląda, jakby nie mieli pojęcia o celu. Spójrz, na tę babkę, tę dużą, w czerwonym płaszczu. – Katarzyna podniosła się z krzesła aby lepiej widzieć. – Przed chwilą – kontynuował Andrzej – była w spożywczym, teraz weszła do drogerii, poczekamy, aż wyjdzie.
Zanim kobieta w czerwonym płaszczu wyszła ze sklepu z kosmetykami minął dobry kwadrans. Z napięciem czekali na rozwiązanie, jak na wielki finał, fajerwerki i happy end.
- Jest, widzisz? – Partnerka kiwnęła głową, kark jej lekko zesztywniał, bo przez cały czas wyglądała przez okno wygięta w pałąk. – Znów weszła do spożywczego! – Andrzej klasnął w dłonie, jakby kobieta w czerwonym płaszczu udowodniła jego teorię o bezmyślności ruchów ciał ludzkich w przestrzeni miejskiej.
- I wyszła – wskazała palcem Katarzyna – parasola zapomniała.

Przesunąć szafę z sypialni do komputerowego, takie było zadanie Andrzeja na resztę soboty. Oczywiście miał swoje sprawy do załatwienia, ale szafa ważniejsza jest od napisania kolejnego opowiadania.
- Tyle razy ci powtarzałam – złościła się żona – że nie jest to ważniejsze, ale szafa w sypialni to nie jest według zasad feng-shui. Mam koszmary przez nią.
- Przez szafę? – Pytał drwiąco Andrzej.
- Przez to, że jej nie domykasz, zaburzasz odpowiednie promieniowanie. Po to ma szafa drzwi, żeby były zamknięte. – W tym wypadku chodziło o szafę, ale wcześniej o szafki w kuchni, jeszcze wcześniej o drzwiczki do schowka, o dziwo, dziwił się Andrzej, nigdy nie miała
pretensji o otwartą klapę od kibla.

Pisanie schodziło na drugi plan, szczególnie w sobotę. Bóg nakazał aby jeden dzień w tygodniu był dniem świętym, dla Katarzyny i Andrzeja była to sobota. W sobotę każde robiło co chciało, w praktyce wyglądało to tak, że mąż chciał pisać, a żona potrzebowała go do “prac pomocowych”. Tydzień ma dni siedem, pięć z nich spędzają osobno. Andrzej w fabryce kabli, na przedmieściach, a Katarzyna w markecie na stoisku z serami. Rzadko udaje im się zjeść wspólnie posiłek, zazwyczaj jedna strona stołu jest wolna, a towarzyszem do posiłku, odbicie w szybie.
Andrzej pocił się i wzdychał, klął i drwił z ilości ubrań jakich potrzebuje jego żona. Szafa, centymetr po centymetrze zbliżała się do pokoju komputerowego.
- Nie mogłabyś tego wszystkiego, tego majdanu swojego, najpierw wyjąć, byłoby lżej – użalał się uciśniony mężczyzna.
- A nie chciałoby mi się potem tego układać, wiesz ile tego tam jest? – Odpowiedziała zupełnie poważnie.
W końcu szafa znalazła się tam gdzie powinna. Andrzej usiadł zdyszany na fotelu i odsapnął. Kątem oka zauważył nieodebraną wiadomość. Obrócił się w stronę monitora i zaczął czytać, ale nie mógł tego zrobić ze spokojem, bo gdy Katarzyna zamykała i otwierała drzwi, przenosząc szpargały z przedpokoju, uderzała w oparcie fotela.
- Było ciężko – przyznał mąż – ale wiesz, ja ją wstawię z powrotem do sypialni.
- Nie widzę takiej potrzeby. Tam jest teraz więcej przestrzeni, będzie się nam lepiej spało – żona odparła rezolutnie.
- Ale mnie tu trafi szlag, rozumiesz. Obdzierasz mi skórę z pleców tymi drzwiami, a poza tym, dziesięć razy dziennie się przebierasz, jak mam do cholery pisać. – Zdenerwowanie Andrzeja było powierzchowne i tak stawało zawsze na tym, czego chciała jego połowica.
- Złej baletnicy, przeszkadza rąbek u spódnicy, mawiała moja babcia – Katarzyna odpowiedziała z uśmiechem, po czym dodała: – Ten płaszcz wyciągnęłam z szafy w przedpokoju, wiesz co w nim znalazłam?
- Co? – Zapytał naburmuszony Andrzej.
- Tę karteczkę z numerem telefonu, tę którą dała nam kobieta, ta niby pijana – spojrzała na męża z zabawnym wyrzutem, takim jakim to często matki obdarzają swoje niesforne, a kochane pociechy – dała nam i powiedziała, że ona nam pomoże.
- Pamiętam, pamiętam i co z tego. – Mężczyzna zjechał trochę z fotela, nogi miał wyciągnięte przed siebie, ręce skrzyżowane na klatce piersiowej, patrzał w sufit i udawał, że nic go nie interesuje.
- Przestań się tak zachowywać – powiedziała Katarzyna zupełnie serio – nie znoszę tego. Mały rozpieszczony bachor. Dlaczego wyszłam za jedynaka – dodała na koniec, ale już do siebie, bo była w przedpokoju, szukała karteczki z numerem.
- To ta, zobacz. – Wręczyła mu czerwony kawałek kartonika.
Andrzej przyglądał się mu bez zaciekawiania, choć imię wypisane na niej i treść pod nim wzbudzała niejakie zainteresowanie.
- “Lagaja, powrót do miejsca” – przeczytał na głos – brzmi dziwnie. Gaja to ziemia, a Lagaja?
- Zadzwoniłam tam, mamy umówioną wizytę na czternastego.
- Po co?

Wjechali windą na trzynaste piętro. Gdy drzwi się otworzyły, na przeciwległej ścianie, nie dało się nie zauważyć, widniała wielka czerwona strzałka z napisem “Lagaja”.
- Bez sensu – zauważył Andrzej – w lewo nie można pójść. – Strzałka wskazywała na prawo, a po lewej była ściana.
Poszli korytarzem do końca, do wielkich, dwuskrzydłowych drzwi, na których znajdowała się tabliczka, również czerwona, z wypisanym imieniem.
- To tu. Wejdźmy. Portierka powiedziała, że mamy wejść i poczekać. – Katarzyna popchnęła Andrzeja na przód. Działała jak przywódca szczurzego stada, słabszych na zwiad, nie będzie dużej straty, gdy padną.
Drzwi uchyliły się bezszelestnie. Pokój zalany był słońcem, mimo tego, oboje mogli przysiąc, że tego dnia, słońce nie będzie chciało patrzeć na świat. Topniejący śnieg, brudne potoki zalewały miasto, czarne ptaszyska nuciły smutne piosenki.
- Widać, rozpogodziło się – uśmiechnął się Andrzej.
Pokój był nie duży, ale wielkie na całą ścianę okna, dodawały mu przestrzeni i dlatego robił wrażenie obszernego pomieszczenia. Pod ścianą stało biurko, a przy nim trzy krzesła. Jedno, białe, przodem do ściany, a dwa czerwone po bokach, tak, że osoba siedząca na białym miała jednego rozmówcę po prawej, a drugiego po lewej.
Białe ściany, biała podłoga i sufit. Żadnej lampy, zaraz przy drzwiach, biała półka z czerwonymi segregatorami.
- Mamy usiąść i poczekać. Ja siadam po prawej, a ty po lewej. – Rozkazała Katarzyna.
- A czemu tak?
- Bo srak. – Zaśmiała się i usiadła na krześle po lewej.
- Ja chcę siedzieć po lewej – drażnił się Andrzej, ale nie długo mógł się sprzeczać z małżonką, bo do pokoju weszła wysoka, czarnowłosa piękność z czerwonym segregatorem w ręce.
Nie zawracając uwagi na przybyłych, zaczęła grzebać w jakichś aktach.
Andrzejowi opadła szczęka z wrażenia, Katarzyna się wcale nie zezłościła, bo i jej z ust wydobył się cichy okrzyk zachwytu i niekłamane “fiu-fiu”.
Kobieta ubrana była w czerwone spodium. Góra bez ramiączek, ciasno opinała, nie duże, a kształtne piersi. Długie lejące się spodnie, nie potrafiły ukryć smukłości nóg. Twarz kobiety, emanowała tak niesamowitą harmonią, że aż przerażającą. Ludzkie oko nie znosi takiego widoku, mężczyźni dla niego zabijają, a kobiety tracą zmysły. I Bóg wie do czego by doszło gdyby kobieta nie odezwała się:
- Co się tak gapicie!? – Pytanie było tak zaskakujące, że para została zupełnie zahibernowana w pozycji zachwytu, mimo tego, że on właśnie prysł.
- Umówieni byliśmy… – wydukała Katarzyna – na dziś. Czekamy na panią Lagaję. Na wróżkę – poprawiła się – Lagaję.
- A kto wam powiedział, że Lagaja jest wróżką? – Głos kobiety w czerwieni jakoś nie grał z jej harmoniczną postacią, Andrzej i Katarzyna patrzeli po sobie wyginając twarze w znaki zapytania.
Lagaja usiadła na białym krześle. Niespodziewanie, bez słowa i bez żadnych ceremonii, chwyciła ich za ręce. Potrzymała chwilę i zapytała:
- Co chcecie wiedzieć?
Małżeństwo spojrzało po sobie. Zdziwienie pomieszane z poczuciem oszustwa mieszało się i nie dawało im poznać, że to co się dzieje, to właśnie jest to, co dziać się powinno.
- O co chodzi, coś nie tak? – Zapytała zwyczajnie zirytowanym głosem kobieta. – Myśleliście, że kula, kot, fusy, tarot itd.? Tak?
Kiwnęli tylko głowami, choć po prawdzie, to niczego się nie spodziewali, ale przeczuwali, że to jakieś ezoteryczne sprawy, biała magia, ying yang, zen czy coś takiego, akupunktura, ziołolecznictwo, może jasnowidzenie. Ale równie dobrze wchodziły w grę roboty ziemne, usuwanie gruzu, lub sprzedaż runa leśnego. Jednym słowem, nie zastanawiali się nad tym, przyszli z impulsu, z czystej ciekwości. Trudno więc było im odpowiedzieć, czy coś było nie tak.
- Wszystko w porządku. – Opamiętała się w końcu Katarzyna, a Andrzej wpatrywał się w twarz Lagai jak Kaj w oblicze Królowej Śniegu. – To byśmy chcieli wiedzieć, co i jak z naszym życiem? – Mąż tylko przytaknął głową, że pytanie mu się podoba i że oczekuje odpowiedzi.
Nie puszczając ich rąk, ze wzorkiem utkwionym w ścianę Lagaja zaczęła mówić, a jej głos przybrał barwę zimną i metaliczną:
- To co usłyszycie nie jest przepowiednią, nie jest obietnicą. To co usłyszycie jest możliwością, a waszym zadaniem jest podjęcie decyzji, czy tak ma być, czy będzie inaczej. Innymi słowy – ściszyła głos, który nabrał drwiącego zabarwienia – wszystko zależy od was. Mówiąc najprościej, przygotowuję się do dużej przeprowadzki i będę się streszczać.
- To nawet dobrze się składa – powiedział zniecierpliwiony Andrzej – bo nam też się trochę śpieszy.
Syknął z bólu, Lagaja ścisnęła jego rękę, dając mu znak, żeby milczał.
- Będziecie wychowywać córkę, dacie jej na imię Natasza. Ty – uścisnęła rękę Andrzeja – zostaniesz sławnym, ale nie bogatym pisarzem. Ty – ścisnęła rękę Katarzyny – będziesz prowadzić działalność reklamową. Żyć będziecie bardzo długo, a życie wasze będzie pełne niespodzianek.
Czas się zmienia, czas pędzi coraz szybciej – Lagaja przyśpieszyła tok wypowiedzi – jesteście dobrą parą. Kobieta – zwracała się już bezosobowo – jest bardziej poukładana, więcej w niej harmonii. Mężczyzna, jeśli nie zmieni się, może kobietę utracić. Będzie długo przez to cierpiał, ale w końcu uda mu się wyjść na prostą. Wasze wspólne życie będzie szczęśliwe, jeśli tylko uda wam się rozpoznać w nim szczęście.
Skończyła mówić. Puściła ich ręce i wstała. Podeszła do szafki z segregatorami i wyciągnęła jeden z nich. Małżeństwo siedziało wciąż na krzesłach. Lagaja obróciła się do nich przez ramię i rzekła:
- To wszystko. Możecie już iść. Sto pięćdziesiąt złotych należności proszę uiścić u portierki. Reklamacji nie przyjmujemy. – Uśmiechnęła się cierpko i wróciła do przeglądania akt.
Wyszli z pokoju i znaleźli się na korytarzu. Udali się w kierunku windy. Korytarz przed nimi ciągnął się w nieskończoność. Szli ni to smutni, ni to weseli. Stanęli przed windą. Katarzyna przywołała ją. Nie odzywali się do siebie. Andrzej zauważył, że ściany, która zagradzała drogę w lewo, nie ma, ale nie podzielił się swoim spostrzeżeniem z żoną.

2099

Ukochany.

Dane mi pierwszej dołączyć do Boga. Pewnie zjawisz się za jakiś czas, bo myślę, że jeśli tak dalej będziesz dbał o swoją prostatę, to dopełnisz żywota stękając na kiblu.
Ale do rzeczy. Czas potoczył się szybciej niż przypuszczałam. Trochę zawirowało i trochę się pomieszało, nie zdążyłam Ci wyjaśnić kilku spraw. Teraz gdy to czytasz, ja jestem już w pełni szczęśliwa. Zapewne wybieram sobie kolejne aspekty mojego nowego wcielenia. Ale to teraz nieważne. Twoja dusza jeszcze czegoś chce, ma coś do zrobienia na tym świecie. Pozwól jej na to i nie trzymaj się tych swoich analiz tak kurczowo. Twój rozum kiedyś Cię zgubi, a powinno być odwrotnie.
Chciałam Ci wyjaśnić dwie sprawy.
Oczywiście, zaczęło się od Lagai, tego byliśmy zawsze świadomi, za to zawsze byliśmy jej wdzięczni.
Po pierwsze Twoje pisarstwo. Choć od dawna już nie piszesz, muszę się do tego przyznać, mam nadzieję, że po tylu latach, nie bardzo Cię to obejdzie, nie było tak wspaniałe, jakby Ci się mogło wydawać.
Lagaja powiedziała, sam to pewnie dobrze pamiętasz – pamięć Ci lepiej służy niż Twoja prostata – że zostaniesz sławnym pisarzem. I tak też się stało. Nie zarobiłeś na tym wiele, ale o pieniądze nigdy nie chodziło.
Moja firma utrzymywała nas z powiedzeniem, czego doświadczasz pewnie do tej pory (chyba czytałeś już mój testament?).
Z tym, jak zostałeś sławnym pisarzem wiąże się również geneza naszej córki.
Tutaj muszę wrócić do chwili, gdy to leżałeś chory na zapalenie jąder, jakiś czas przed wizytą u Lagai, pojechałam odebrać Twoje wyniki. Lekarz powiedział, że nie będziesz mógł mieć dzieci. “Przegrzałeś się”, pamiętasz, doktor Krokowski miał dziwne poczucie humoru.
Jak te dwie rzeczy się łączą, Twoje zostanie sławnym pisarzem z poczęciem naszej córki? Tak, naszej. Nigdy nie była inną jak tylko naszą Nataszą.
Ano, razu pewnego, gdy jeszcze nie byłeś tym sławnym pisarzem, pojechałeś po jakąś nagrodę za opowiadanie. Nie pamiętam które, chyba za “Człowieka zmywarkę, Donosiciela, Wagabundę i Seniordezerterów”, tak chyba za to. Mniejsza z tym,
pojechałeś a ja miałam mały romans, jak się okazało, z wydawcą. Takim, który wydaje sławnych pisarzy. I jakoś tak się zgadało nam o Tobie, że w sumie czemu nie, nie jest źle, można to trochę podpompować i da się z tego zrobić Ci przyjemność.
Teraz gdy na to patrzę, to myślę, że wszystko było tak jak być powinno. Potrafiliśmy rozpoznać nasze szczęście.
Żegnaj
K.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.