Anderseitsarbeiter

wniegowstąpienie

Wyczerpanie nie pozwala podnieść nogi. Palcem kiwnąć nawet w najważniejszej sprawie. Zmęczenie wysysa powoli życie z ciała. I myśli, tupocą. Sen znika wraz z zapadnięciem zmroku.
Słońce schodzi po ścianie, niby lekko, a jednak ociężałe. Nabiegłe krwią, zwiastującą pogodny poranek.
Nie dla niej, poranek miał się nie różnić od reszty chwil. Na chwile dzieliła bycie. W znudzonym roztargnieniu drapała się w głowę.
Popełnić samobójstwo, myślała. Jak, skoro wstać z posłania nie ma woli. A co dopiero pociąć się, nałykać tabletek.
Ostatni promień słońca wkradł się do pokoju.
Przymknęła oczy i nie widziała gdy wszedł. Czysta jasność jaką przyniósł była zbyt natarczywa aby zamknięte powieki pozwoliły się od niej odciąć.
- Co ty robisz? – Zapytał, nawet nie z trwogą, bardziej z współczuciem.
Tego była warta, tak sobie myślała. Warta współczucia, może nawet litości. Litości, chyba bardziej, myślała. Tak, jestem godna litości.
Stał nad nią Głos i mówił do niej. Ale czy ona go słuchała? W trzewiach jej zaczynał się koniec. W dłoni trzymała fiolkę po tabletkach nasennych.
Opowiadał jej kolega, z jakiegoś nadmorskiego kraju, o tym, jak marynarze, onegdaj odbierali sobie życie. Błądząc po północnych, zimnych morzach, pozbawieni nadziei na powrót, wskakiwali do wody. Umierali we śnie, zanim się utopili, zasypiali z zimna.
- Może już wystarczy?
Zwróciła swoje oczy w słońce stojące przed nią. Światło nie raziło, mogła się w nie patrzeć, ale nie chciała, nie było niczym ciekawym. Ni ciepłe, ni zimne. Zamknęła oczy i bujała się na falach. W górę, w dół.
Blask falował, przenikając do źrenic czerwienią letniego nieba.
Fala, fala za falą, to w górę, to w dół, mdłość hamowana.
Nie dobrze mi, pomyślała, bardzo nie dobrze.
Strach przed śmiercią, zapytała siebie, co to jest? Umieram? Wolna będę?
Składając oręż, westchnęła z ulgą. Fala z jej brzucha rozbiła się na brzegu posłania.
- Dobra, wystarczy! Wstawaj i idź się umyj!
Płakała całkiem cicho, wstydliwie. Rozprężyło się w niej serce.
W lodówce świeciła dwutygodniowa pustka. Samotna żarówka wyła z tęsknoty.
Nie było wcale tak późno.
W sklepie na dole zwymiotowała jeszcze raz.
Co pani wyprawia, żachnęła się ekspedientka. Zwariowała pani, ja to będę musiała posprzątać.
Słowo “przepraszam” miało kolor pomarańczowy i było prawdziwe.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.