wacław rzuca się w fotel
Następnego dnia po karuzeli.
Wacław wyszedłszy z domu, nie bardzo wiedział, w którym kierunku
nogę postawić. Najgorzej byłoby, gdyby ruszył przed siebie, to
oczywiste, mógłby zrazu wpaść pod pędzącą karetkę, nadjeżdżającą
z lewej strony.
Karetka na sygnale pruła oszalała, kierowca czerwony na twarzy
klął na staruszkę z pieskiem. Staruszka klęła na kierowcę. Piesek robił
siusiu.
Młodzieniec rozejrzał się, podrapał w głowę i wrócił do domu.
Skoro nie palę, pomyślał, to po cholerę z domu wychodzić.
Sklep spożywczy był zaraz za rogiem. Lodówka domagała się
pomocy humanitarnej. Rzucenie palenia wzmaga apetyt. Lodówka
wychudła.
Pani sklepowa miała donośny głos, skrzeczała: „Mężu, przynieś
kalafiory z zaplecza”.
Karetka, kierowca, sklepowa, jej mąż. Skrzynki, rumor,
brzęczenie żarówki w lodówce. Bez odpowiedniej zaprawy, ciężko
wytrzymać. Wacław nie wytrzymywał.
Myślał o spacerze, spacer rzecz dobra, dla kości, stawów,
mięśni i spokoju ducha. Spacer dobry na wszystko, jak śpiewał bard.
„Spacer, spacer, spacer”, tak śpiewał.
W parku, na ławce usiadł Wacław. Cześć Wacek, usłyszał zza
siebie. Nie odpowiedział, nie wiedział czy to do niego. Cześć Wacek,
czyjaś ręka spoczęła na jego ramieniu.
Obojętny wzrok oddalił kolegę. Szkoła podstawowa to był
koszmar, na co mu przypominający ją wrzód, po co siedzieć na
ławce z wypryskiem przeszłości w tak piękny dzień.
Karetka, kierowca, sklepowa, jej mąż. Skrzynki, rumor,
brzęczenie żarówki w lodówce. Kolega z podstawówki. Ciężko
wytrzymać.
Miejsce, znaleźć miejsce do spacerowania. O tym myślał
Wacław. Uciec stąd, gdzie tylko zakłócenia fal mózgowych zewsząd
atakują.
Przechadzał akurat nieopodal kościoła. Dziwny go zdjął widok.
Na niewielkim skwerku przed świątynią, kobiety w cygańskich
szatach, ale nie cyganki, chodziły w kółko. Podszedłszy bliżej, Wacław
zauważył, że nie w kółko, tylko w jakiś dziwny nieskoordynowany
sposób. Po dłuższej chwili, nie dłuższej niż błysk w oku, dojrzał na
ziemi ułożone kamienie.
Zapraszamy na dzień labiryntu, krzyczała kobieta przez tubę
zrobioną z dłoni, dzień labiryntu! Przejdź nasz labirynt, a odzyskasz
spokój ducha, twoje półkule połączą się z astralną praenergią, która
cię uleczy.
Nie głupi pomysł, pomyślał Wacław, skoro i tak nie palę,
zaszkodzić, nie zaszkodzi. Zanim wstąpił na ścieżkę labiryntu, zdjął
buty, bo przyuważył, że obyczaj w tym chwilowym misterium taki
zapanował. Chodzić można, za darmo, ale boso. Skarpet nie zdjął,
bo miał grzybicę stóp i się wstydził, ale tego akurat nie wymagano.
Wszedł w labirynt. Mijał tych, którzy byli dalej, mijali, go ci,
którzy byli bliżej. Ścieżka wiła się koliście, zataczając co raz to
ciaśniejsze kręgi ku środkowi. Gdy Wacław znalazł się w centrum, nie
bardzo wiedział co ma robić.
Nie bardzo wiem, co mam robić, pomyślał. Jego zaduma nie
trwała długo, organizatorka zaraz spostrzegła, że chłop nie kuma
zupełnie tej mistycznej zagadki, zaraz mu wyperswadowała o co
chodzi.
Powrót był zupełnie taki sam jak wejście, w odwrotną stronę
tylko. Wyszedłszy z labiryntu, Wacław wdział mokasyny i poszedł do
domu.
Pędziła karetka na sygnale, ochlapała go wodą z kałuży, babcia z
pieskiem darła się na dziadka z kotem, sklepowa skrzeczała do
męża, kolega z podstawówki mijał go ze spuszczoną głową.
W domu, usiadł w fotelu i nie wiedział gdzie pójść. Siedział.
