wacław rzuca palenie
Wyjście na miasto, ma swoje plusy i minusy. Można stracić
trochę kasy, można zaliczyć bęcki od nieprzyjaźnie nastawionych.
Można się opić piwska i nie wrócić do domu. Owszem, można.
Ruszyć na miasto, to jest wyzwanie. Wyzwanie tym większe im
większe mamy lęki w duszy pochowane. Bo to, że kabony z kieszeni
ubędzie, da się przeżyć, zawsze można coś doskrobać, to tu, to
tam. Wiadomo jak jest. Kabona to nie problem. Po gębie jak człek od
czasu do czasu dostanie, to tylko na dobre wyjdzie, bo wiecie,
memento mori, nie ma co się za bardzo przejmować. Jak nastąpi
zapój, to co? Najwyżej dnia następnego kac moralny i wspomniany
już deficyt, dziura kieszeniowa.
Gorzej, jeśli nie najgorzej, jak wyjdziesz na miasto i jebut,
karuzela.
Wacek wyszedł na miasto. Jebut, karuzela. Wackowi karuzela
nie kojarzy się dobrze, ba! źle się kojarzy, bo Wacek ma lęki od
dzieciństwa.
Wacek nie pije, Wacek jest tak niepozorny, że po gębie dać mu,
nikt nie da. Wyszedł chłopaczyna na spacerek, a tu, jebut, karuzela.
W dzieciństwie nasz kolega najeździł się owym sprzętem aż do
porzygania. Braciszkowie starsi, bardziej odważni i hardzi, namówili
go na przejażdżkę. Namówili raz, drugi, trzeci, aż spękał. A gdy
Wacuś się poddał, to mięli z niego pośmiewisko. Chłopczyk, więc, by
przed braćmi nie uchodzić za chuchro i szczypawkę, wsiadł jeszcze
raz, o raz za dużo. Panoramicznie zapaskudził towarzystwo
ustawione wkoło wirującej machiny. Bracia mięli ubaw po pachy,
przezornie ustawiając się poza zasięgiem treści żołądka. Wacuś
wstyd i hańbę, po dzień dzisiejszy.
Wyobraźcie sobie: do wsi karuzela przyjeżdża, dzieciaki piszczą,
ciągną żetony z maminych portmonetek, tatusiowych portfeli, cieszą
się jak to dzieci się na kręcioła cieszyć mogą. A Wacuś, co?
Gdy jego kompani śmigają na łańcuchowej, on na konikach,
góra – dół, góra – dół. I to też zielony na twarzy.
Jeśli powiem, że przez to Wacław uciekł ze wsi do miasta, to
pewnie bym przesadził, ale nie można wykluczyć tego, że karuzele
miały na to wpływ nie byle jaki.
Wyszedł Wacław na spacerek. W kieszeni parę groszy na tytoń i
bibułki. Na placu przed sklepem dla palaczy, jebudu, karuzela wyrosła,
sklep cały zasłaniając.
Nie dało się inaczej dostać do środka, jak tylko, poprzez
przejście obok monstrum z przeszłości. Muzyka techno, wata
cukrowa, nastolatki otłuszczone w przyciasnych lajkrowych
wdziankach.
Zbladł chłopak, wrył w ziemię, nie drgnął nawet. A palić się mu
chciało.
W kilku pierwszych chwilach, Wacław był Wacusiem, małym
skruszonym ciastkiem z cukrową posypką. Nim wrócił do siebie,
minęło kilka minut, zczerstwiał przez ten czas, osypał się na ziemię i
liczył na deszcz, który zmyje go z ulicy, liczył na kruki i wrony,
przeliczył się.
Karuzela stała, gdzie tam stała! wirowała jak opętana,
wznosząc się i opadając, wydobywała z siebie przeraźliwe piski,
wrzaski, używając gardeł dzieci jako głośników.
A palić się Wackowi chciało!
Nałóg vs. lęk.
Proszę państwa. W dzisiejszej walce, na ringu Wacława, stoczy
się walka. Nikotynizm – nałóg wagi ciężkiej, kontra lęki z dzieciństwa
– spowodowane traumatycznym wstydem, waga równie ciężka, jeśli
nie cięższa. Walka zapowiada się równa, wyrównana, być może
nawet nie rozstrzygnięta. Jak się to skończy dla ringu Wacława?
Zobaczymy! Śmierć zwycięzcom, chwała przegranym!
(pi………… Bogdan, hm…, na końcu chyba coś
popieprzyłem, co?)
Gdy Wacuś do Wacka wrócił, a po chwili Wacławem się stał, jego oko
wypatrzyło w budce biletowej twarz kasjera, niewiarygodnie podobną
do facjaty najstarszego z braci.
Jak kolejka wąsko torowa w jego wsi, ruszyły wagoniki
wspomnień. Powoli najpierw, telepiąc się na boki, niewyraźne drwiny,
później szybciej, drgając miarowo, wyskakiwały, jedne za drugimi,
obrazy min niewybrednych. Na końcu, pędząc już całkiem
nierozsądnie, ukazały się wagoniki z hałastrą brudnych, umorusanych
dzieci, wrzeszczących w jego stronę, wychylając się w pół z okienek:
„Wackowi zakręciło się w głowie, to jest mięczak, każdy ci to powie”.
Wwiercił wzrok w kasjera. I ni to chcąc, ni to nie chcąc, uczynił
krok w jego kierunku. Młodzieniec za szybą, zauważył go i minę zrobił
nietęgą.
Oblicze Wacława przybrało wyraz zgoła niepokojący. Kasjer
zaniepokoił się, może nawet sobie pomyślał, że to jakiś terrorysta
tutejszy, przeciwnik wesołych miasteczek i cyrków, jakich teraz
pełno, orędownik świętego spokoju i wartości moralnych. Kasjer był,
niewątpliwie zaniepokojony.
Oglądając bilet, Wacław nie mógł uwierzyć w to co zrobił.
Powody były dwa. Pierwszy lakoniczny: „nie mam już kasy na tytoń”,
drugi bardziej zawiły: „co ja, kurka zrobiłem”.
Rozwiązanie pozostało jedno. Przejechać się karuzelą.
Na sam widok wolno kręcącej się platformy było Wacławowi
niedobrze, ale pokonał ten najsłabszy z lęków i umiejscowił swoje
cztery litery w foteliku. Gdy tylko oderwał nogi od podłoża, w głowie
mu zawirowało, mimo tego iż karuzela dopiero szykowała się do
startu.
Obracała się powolutku, czekając na kolejnych chętnych.
Wacław zdrętwiały, ze sztywnym karkiem, zimnymi stopami i
spotniałymi dłońmi wpatrywał się w przestrzeń na wprost niego. Jego
wzrok, który naturalnie powinien przeskakiwać z obiektu na obiekt,
pojawiających się przed jego oczami, był wbity w jakiś daleki,
nieokreślony punkt.
Kasjer widząc, że chętnych nie ma, postanowił, może nawet
złośliwie, uruchomić potworność. Wacław odczuł to boleśnie, tym
boleśniej, gdy zdał sobie sprawę z tego, że na karuzeli, jest tylko on,
on sam i nikogo więcej.
Przestrzeń w koło karuzeli, z trójwymiarowej, barwnej zamieniła
się w szarą, płaską ścianę. Studnia, pomyślał Wacław, jestem w
studni. Ręce o zbielałych kostkach zaciskały się na uchwycie. Nie
widział już nic, wydzierał się pod samo niebo, zanosząc swoje bóle.
Kasjer śmiał się do rozpuku i użyczył więcej mocy technicznym
wyrzutom głośników.
Wacław fruwał, latał, wnętrzności przekręcały się, nie chcąc
wrócić na swoje miejsce. Odczuwał uporczywe wibrowanie w dupie i
gdzieś z tyłu głowy. Nie miał czasu na kontrolę swoich odruchów.
Poddał się. Jego świadomość opadła na dno czaszki jak wiśniowy
kwiatek strącony kruczym skrzydłem.
Wierzcie lub nie wierzcie, Wacław zasnął. Jego ciało zjednoczyło
się z karuzelą, ba! pokochało ją jak część siebie. Wacław wirował, na
jego buzi malował się uśmiech szaleńczy, kąciki ust rozrywały od lat
zastygłą maskę zmęczenia. Wacław latał nucąc w duszy Free as a
bird Beatles’ów.
Lekko zataczając się zsiadł z karuzeli szczęśliwy jak nigdy
wcześniej.
Kasjer wychylił się ze swojej budki i zapytał: „Jeszcze raz?”.
Wacław nie odpowiedział. Nie potrzebna był mu repeta. Już
nigdy więcej.
A sklep z tytoniem?
(pi…….. Bogdan, chyba jednak tam coś nie tak powiedziałem, wtedy, na końcu, co? Bogdan?)
