Anderseitsarbeiter

w złym stanie się

Czekali na klatce, przed jego mieszkaniem. W końcu wyszedł.
-Marek jesteś? – Wąsaty staruch z łapskami w kieszeniach spojrzał na łebka, nie mając wątpliwości, że zapytany jest tym, o kogo pyta.
Chłopak nic nie odpowiedział, zamknął drzwi. Klucz schował do kieszeni i przechodząc obok starego i jego syna, powiedział:
- Może tak, może nie. Chuj wam do tego. – Ciężko zbiegł po schodkach, lecz kroków nie zrobił wiele, bo wnet znalazł się w powietrzu miarkując, że jego ciało zbliża się do kaloryfera na półpiętrze z prędkością, która nie wróżyła nic dobrego. Kopniak w plecy jaki zaserwował mu synalek wieśniaka, był naprawdę potężny.
Marek leżał nieprzytomny pod kaloryferem, może nawet nie żył. Z drzwi, znajdującego się na tym samym piętrze mieszkania, wychyliła się staruszka, sąsiadka, w tle szczekał lękliwie pekińczyk.
- Co się stało panowie?! – Zapytała głosem lękliwszym niż szczekanie psa.
- Chłopak spadł ze schodów, wyrżnął w kalorefer, chyba nie dycho… a może dycho…? – Zapytywał siebie stary.
- Boże! Dzwonię po karetkę. – Do starej podbiegł synek, z krzepą parobka chwycił kobiecinę za chruściane ramię i szepnął jej do ucha: – Pani nie dzwoni.
- Jak to? – Zdziwiła się sąsiadka.
- Bo my go do szpitala zawieziem. Prędzej my bedziem tam niż oni tu, wie pani jak jest. – Puścił staruszkę, spojrzał na nią oczami rozmarzonego zbieracza czereśni i zbiegł do ojca, pomóc zbierać nieprzytomnego chłopaka, ale wprzód trzeba było go znieść ze schodów nie uszkadzając bardziej, ale z tego starania się nie wiele wychodziło, bo chłopak był młody co prawda, ale napakowany jak tucznik i ważył ze sto kilo, więc tarmosili go i obijali o ściany.
Kobiecina marudziła, żeby ostrożnie, żeby nie poobijać, bo może kark złamany albo kręgosłup. Mężczyźni nie reagowali na to co mówiła. Wpakowali niewładne cielsko chłopaka do samochodu. Ruszyli spod bloku z potężnym rykiem silnika, bo polonez był leciwy, wysłużony latami pracy w gospodarstwie.

Otworzył oczy. Było ciemno. W chwilę potem poczuł smród. Zanim zorientował się, że ma na głowie worek, a jego ręce i nogi są skrępowane drutem, upłynęło kilka dłuższych chwil. Drgną, chciał się podnieść, bo leżał na boku. Drut wżął mu się w nadgarstki. Zaskomlał jak nadepnięty pies. Chwilę jeszcze próbował się oswobodzić. Ból był zbyt silny. Poddał się czując wyczerpanie. Ciemność trochę rozjaśniała. Na zewnątrz padał deszcz głośno bębniąc o blaszany dach. Głowa opadła mu na posadzkę, mokrą i zimną.
W pomieszczeniu nikogo nie było, tak mu się zdawało. Starał się coś usłyszeć, ale w uszach mu szumiało morze. Jeszcze raz uniósł głowę, ścięgna na szyi napięły się jak struny wpadając w rezonans, szum w głowie nasilił się. Opuścił głowę. Zemdlał, a może zasnął.

Sąsiadka czekała pod drzwiami, żeby złapać matkę chłopaka, która zdziwiona krwawą plamą na półpiętrze wchodziła po schodach.
- Pani dzwoni do szpitala, syna pani zawieźli…
- Do szpitala?! – Matka zbladła, spojrzała na plamę, potem na sąsiadkę, sąsiadka z dramatyczną miną pokiwała głową.
- Zadźgali, mówiłam, że zabiją go kiedyś ci gangsterzy…
- Nie! Pani syn, spadł ze schodów, i rąbnął w kaloryfer, ale na szczęście było tu jakiś dwóch mężczyzn, chyba…
- Karetka zabrała, gdzie, do jakiego szpitala, gdzie dzwonić???
- Proszę wejść do mieszkania. Proszę… opowiem pani…
Weszły do mieszkania. Matka coś mamrotał, bo widziała wciąż jak jej synka nożem przebijają, a sąsiadka rozbierała ją z płaszcza. Poszły do kuchni.
- Jezusieńku… Gdzie dzwonić, pani sąsiadko, do którego go zawieźli… – sąsiadka podrapała się w głowę.
- Cholera z tego wszystkiego zapomniała spytać.
- Pani wzywała karetkę i nie wie Pani do jakiego szpitala wieźli, nie powiedzieli pani, zawsze mówią – wzburzenie było oczywiste i sąsiadce się zrobiło głupio, ale przecież ona nie wzywała karetki.
- Żadnej karetki nie było…
- Jak to nie było, to kto powiózł do szpitala, mówiła pani, że zabrali do szpitala, kto w takim razie – atmosfera się zrobiła nieprzyjemna, sąsiadka poczuła się urażona, tym że gospodyni nie chciała jej słuchać, a teraz ona wychodzi na idiotkę.
- Nie było karetki, bo jak Marek spadł, to po chwili pomogło mu dwóch ludzi, powiedzieli, że zawiozą, bo oni prędzej tam niż tamci tu, wie pani jak jest, zabrali, ale Marek ciężki, nieprzytomny, to się z nim tarmosili…
- Jezu, jacy faceci, pani kochana, mów pani jaśniej, na Boga…
- No mówię przecież, dwóch facetów…
- Jakich dwóch facetów, na rany Chrystusa, jakich facetów?
- Niech się pani uspokoi. Chyba tych co jajka i ziemniaki po osiedlu sprzedają, niezwykle tanio – “chłop u nas ciemny jest” – przeleciało jej przez głowę. – Akurat jak Marek spadł to oni na klatce byli i raz dwa go zawieźli do szpitala… Ale zapomniałam jakiego spytać…
- Jezus maria. – Matka wstała, bo telefon dzwonił, myślała, że ze szpitala, ale to był ktoś inny. – Halo – zapytała umęczona – słucham.
- Marek jest? – głos w słuchawce był spokojny, metaliczny i ciężki, więc pytanie, które padło zaciążyło na sercu matki.
- Nie nie ma, powieźli go do szpitala…
- Acha, to już byli u niego.

Zimna woda przesączyła się przez worek. Otworzył oczy. Ciało pękało w szwach, opuchnięte do granic. Czuł, że przed nim ktoś stoi, czuł inny smród, choć worek oblepił mu twarz, czuł smród jeszcze gorszy niż wcześniej. Poruszył głową, chciał coś powiedzieć. Nie mógł. Wypluł z ust lepką maź, która ściekła mu po policzku.
- Se nie myśl gnoju, że sie wywiniesz. – Głos był mu nieznany.
Ponownie chciał coś powiedzieć, ale kompletnie nie wiedział co, bo nie miał pojęcia co się stało. Szukał w pamięci czegokolwiek co mogłoby mu wyjaśnić co się dzieje, nie znalazł.
- Co się dzieje? – powiedział, a raczej słowa wypadły z niego, wytoczyły się nieporadne, zwichnięte.
Zanim usłyszał odpowiedź poczuł jak w okolicach nosa rozlewa się gorąca fala, która zalewa mu gardło. Metaliczny smak miał w ustach. Cofnął się w ciemność, gdzieś w oddali zamajaczył mu obrazek, kobieta stojąca przy kuchence gazowej. Kto to? Zapytał sam siebie.

Telefon zadzwonił. Matka podeszła i odebrała. Sąsiadka poszła do siebie, żeby spokojnie podzwonić po szpitalach, w mieście były tylko cztery, więc nie zajęło jej to dużo czasu. Niczego się nie dowiedziawszy smutna wróciła do mieszkania matki Marka.
- Nic się nie dowiedziałam, nie rozumiem, może Marek się ocknął po drodze i… – sąsiadka zobaczyła, że kobieta wcale jej nie słucha, stoi ze słuchawką przy uchu ale nic nie mówi.
Podeszła do niej. Wyjęła słuchawkę z ręki, posłuchała, cisza. Odłożyła na widełki. – Co się stało?
- Marek nie jest w żadnym szpitalu.
- Też pani dzwoniła…
- Nie, zadzwonili do mnie – potoczyły się matczyne łzy po matczynej twarzy.
Staruszka podprowadziła kobietę do fotela i usadziła ją, ta się poddawała machinalnie, jak lalka, nawet musiała ją trochę przymuszać żeby usiadła.
- Kto dzwonił?
- Marek kiedyś miał problemy z prawem, chodziło o narkotyki, po rozprawie i wyroku przyrzekł mi, że się tego gówna więcej nie tknie. Zaczął uprawiać sport, kulturystykę, dobrze mu szło, w krótkim czasie zrobił się z niego taki barczysty chłopak, że aż miło popatrzeć… Nie wiem kto dzwonił. Pytał czy jest Marek, ten sam głoś co wcześniej. Powiedziałam, że nie ma, że w szpitalu, bo spadł ze schodów… A ten ktoś… zapytał… czy sam spadł… – rozryczała się mama.
Sąsiadka w lot złapała, że ci panowie wcale nie sprzedawali kartofli ani jajek, że Marek nie spadł ze schodów, tylko, że oni go zepchnęli. Przyłożyła dłonie do chudych policzków i westchnęła.
- Na policję…
- Gdzie na policję, pani, przecież pani nie wie co to za bandyterka jest, ja zadzwonię a oni go zabiją za to… jeśli jeszcze nie… – znów zaczęła płakać.
Robiło się późno, w mieszkaniu mrokało, staruszka chciała zapalić górne światło, ale gospodyni ją powstrzymała. Zaczęła coś mamrotać, po czym powiedziała wyraźnie: – Czekam. Może znów zadzwoni ten łotr, może coś powie. Może będzie chciał pieniędzy. Nie wiem skąd wezmę… Może mi Pani pożyczy… ma Pani jakieś oszczędności… – zagalopowała się i gadała jak nakręcona, sąsiadka stała nad nią i lękliwie przyglądała się kobiecie, młodszej, jeszcze w sile wieku, a już zmęczonej i starej.
- Nie, nie mam, nie mam żadnych oszczędności, przecież pani wie, że nawet mi zabrali rentę po moim starym. – Mówiąc to, coś jej zaświtało w głowie. – Wie Pani, oni nie wyglądali na gangsterów! – Aż klasnęła w zasuszone jak polne kwiaty dłonie, tak się ucieszyła, że jej się przypomniało.
Kobieta w fotelu podniosła zapłakaną twarz. Spojrzała na staruszkę. Zdawało się, że nie do końca rozumie co tamta mówi. Poprosiła ją żeby zapaliła światło i jeszcze raz powiedziała co się stało. Dokładnie.
Ktoś zapukał do drzwi, po chwili znów tylko mocniej.
- Kto to? – zapytała zlękniona staruszka.

Kobieta stojąca przy kuchence, coś smażyła, odwracała się do niego i poruszała ustami, nie słyszał co mówiła, widział tylko, że porusza ustami. Wydawała się znajoma ale nie miał pojęcia kto to.
Nagle obraz zaczął mu skakać przed oczami jak w popsutym telewizorze i znów się wynurzył z ciemności. A kosztowało go to wiele bólu. Wynurzył się w środku ustawki kibiców Legii i Lecha, wynurzył się w knockout, który z powrotem wtłoczył go w przyjemną ciemność. Ulga nie trwała długo, ktoś szarpał jego ciało i wrzeszczał:
- Ocknij się chuju, pogadamy… – szarpanie było uciążliwe, więc Marek się odezwał, ale bulgot jaki wydobył się z jego gardła nie niósł ze sobą żadnej treści.
Oczy nabiegły mu łzami. Czuł się bezsilny i nie miał pojęcia co się dzieje. W głowie miał pustkę, bał się, bał się bardzo, choć tego nie pamiętał wydawało mu się, że nigdy się jeszcze nie bał.
- Czego chcesz, ode mnie? – wydusił z siebie prawie płacząc.
- Chuja złego kutasie, się kurwiu pytasz jeszcze, cię załatwię aż… aż… – oprawca zaciął się, splunął i kontynuował. – aż się posrasz pizdzielcu.
Skrępowane ciało chłopaka znów zapadło w mroczną acz bezpieczną toń. I znów przed oczami widział tą kobietę w kuchni, znów do niego mówiła, znów jej nie słyszał. Obraz znikł i została pusta czarna przestrzeń, w której żadne światło, żaden dźwięk się nie pojawiał.

Pukanie się wzmagało, przybierało na sile. Kobiety spojrzały na siebie pytająco i z przestrachem. Sąsiadka powtórzyła cicho, kto to? Matka wzruszyła ramionami, nie wiem, szepnęła. Podeszła na palcach i zajrzała przez judasza. Za drzwiami stał chłopak, mniej więcej w wieku Marka, w czarnej kurtce. Rozglądał się.
- Kto tam? – zapytała.
- Marek jest. – młody mężczyzna prawie krzyknął.
Uchyliła drzwi zabezpieczone łańcuchem. Spojrzała na chłopaka. Ten zdawał się nie zwracać na nią uwagi, rozglądał się po korytarzu – Marek jest – zapytał ponownie.
Kobieta nie wiedziała co ma robić, co ma myśleć. Bała się i o syna i o siebie.
- Coście z nim zrobili. – Zapytała drżącym głosem, desperackim.
- To znaczy nie ma. – Facet zbiegł po schodach a matka usłyszała jak jeszcze do kogoś mówi – Ktoś inny go załatwił.

- Niech Pani mówi co się stało, bo ja zaraz zwariuję. – Oczy matki jak jesienne szyby zaszły łzami.
Znów siedziały w dużym pokoju. To znaczy matka siedziała na fotelu a sąsiadka stała nad nią z założonymi na chudej piersi rękami.
- No bo ci, co zabrali Marka, to wcale nie wyglądali na gangsterów, no chyba, że gangsterzy noszą walonki i waciaki, takie jak na wsi. – Starała się zażartować żeby rozładować trochę sytuację, bo w końcu chyba nic złego się nie dzieje. – Może Marek – zaczęła wahając się – może on wcale nie ucierpiał mocno… i ocknął się w samochodzie i wysiadł… – matka słuchała z pęczniejącym nadzieją sercem – może tylko na pogotowiu był żeby głowę zszyli…

Teraz siedział, już nie leżał. Musieli go posadzić gdy był nie przytomny. Nie miał juz worka na głowie. Prawie się ucieszył, odetchnął głębiej. Skrzywił się, zabolało, jego żebra spinało jakieś niewidzialne imadło, gniotło i uwierało. Pomyślał, że połamane. Powoli rozejrzał się. Jakaś szopa blaszana, dopiero teraz odczuł chłód. Wzdrgnął się. Zmęczenie zamykało mu powieki, pod czaszką wirowało się pranie, przed oczyma mieniły się barwy. Spojrzał na swoje nogi, na ubranie pokrwawione. Wszystko wydawało mu się obce. On sam sobie wydawał się obcy. Nie miał pojęcia co tu robi, dlaczego jest związany?
Drzwi się uchyliły i wyjrzał zza nich rudy łeb. Zaraz jednak zniknął.
- Tatek, Tatek, się cwel obudził, TATEK!!!! – darł się głos, Marek rozpoznał go tym razem. Ze smutkiem stwierdził, że to jego jedyne wspomnienie.
Rudzielec wszedł z powrotem. Przyglądał mu się. Nie mógł się nadziwić, jaki Marek jest wielki.
- Sie żeś kurwa spasł. – Powiedział i zarżał jak koń.
- Co się dzieje, powiedz, co się dzieje? – Łzy kapały na koszulę. Rudy chwycił widły i trzonkiem zmiażdżył mu jądra. Ciało chłopaka przekrzywiło się i runęło na ziemię, zanim kompletnie odpłynął rudy dodał – świnie nie jadły od kilku dni.
Po chwili do szopy wpadł ojciec. Rozejrzał się, spojrzał na nieprzytomnego potem na rudego syna.
- Dycho jeszcze?
- No.
- Synuś, kurwa, jak tak mu bedziesz często rachował ziobra, to on nam kipnie nie długo. – I zdzielił go po rudej czuprynie, sztywnej jak świńska szczecina.
- Jakoś mnie tak wnerwił. – Starał się chłopak jakoś wytłumaczyć.
- Żebyś ty mnie nie wnerwił… Pilnuj tu, ja idę po Agnę, niech se dzieucha popaczy, niech ma za jej nieszczęście i naszą hańbę. – Wyszedł. Rudzielec uklęknął obok zmaltretowanego chłopaka. Dotknął bicepsa. Marek drgnął, z ust wypłynęła mu brunatna ciecz. Rudy odskoczył, stanął na proste nogi i tknął go jeszcze trzonkiem wideł. Nie zareagował już. Ojca nie było czas jakiś, Rudy przyglądał się cielsku zwalonemu pod ścianą. Oddychał ciężko, z ran na głowie sączyła się krew, gdzie nie gdzie łuszczyły się liszaje strupów, jego twarz wyglądała jak zniszczona cerata w bufecie kolejowym.
Drzwi skrzypnęły, wszedł stary ciągnąc za rękę dziewczynę. Opierała się. Nie chciała iść. Twarz miała napuchniętą, nabiegłe łzami oczy, było jej niedobrze. Wieśniak podciągnął ją jak lalkę do zmaltretowanego ciała i pokazał na nie starą steraną ręką.
- Pacz, Agna, pacz na chuja – ojciec nawet nie zdał sobie sprawy z tego co powiedział – pacz, zemsta jest i sprawiedliwość.
Agna się wyrwała, wybiegła i zwymiotowała. Pobiegła i zniknęła za rogiem domu.

Dzień się zamroczył, zrobiło się szaro i ponuro jak na łódzkim podwórku. Kobiety siedziały w kuchni, głowy wspierały na zmęczonych życiem dłoniach. Patrzyły w zniszczoną ceratę, matka drapała co jakiś czas i odrywała niewielkie kawałki materiału, składała je bezwiednie na mały kopczyk między nimi. Skończyły się pomysły na to co się mogło z Markiem stać.
- Marek już czasami tak nie wracał? – Zapytała sąsiadka znając odpowiedź i trochę się krępując tej sąsiedzkiej wszechwiedzy.
- Tak, chadzał z kolegami z siłowni na jakieś imprezy, ale to były dobre chłopaki, użyteczne, nie jak te pasożyty… – spojrzała w okno i załkała.
- Może i tym razem się gdzieś z kolegami zawieruszył, może go pozszywali na pogotowiu… już za późno żeby tam dzwonić… może się po tym poszli gdzieś… zabawić – matka podeszła do kredensu i wyciągnęła pół litra napoczęte, pokazała sąsiadce, ta kiwnęła głową, na stole pojawiły się kieliszki.
- Napijmy się to nam rozjaśni umysł – gospodyni łyknęła z doświadczaniem starego pijaka, sąsiadka spojrzała na nią trochę krzywo po czym łyknęła niezgorzej.
Trochę się rozluźniły. Łatwiej im się rozmawiało. Gesty stały się bardziej płynne, mniej nerwowe. Rozmawiały już spokojnie analizując to co się stało, wszystkie szczegóły. Alkohol dudnił w głowach, co raz to rozjaśniając sytuację, kierował uwagę na wszystkie haczyki pachnące nadzieją i zamieniał je w haki holownicze, które kobiety zaciągnęły do przekonania, że faktycznie, prawdopodobnie nic złego się nie stało.

Z ciepłej krwistej ciemności wychynął w mokrą, dudniącą o dach kroplami mroczność. Był już poza bólem, jak ten piłkarz, który gra do końca mecz mając złamaną nogę. Nie ruszał się. W głowie pętały mu się dzieci pod blokiem myśli. Wiedział, że nie może się ruszać. Wiedział, że nic nie wie. Nic nie pamięta. Ta kobieta przy kuchence w jego widzeniach, znał ją, choć nie wiedział kim ona jest. Powoli docierało do niego, że nie pamięta nic poza tym co się stało od pierwszego ocknięcia. Jego wszystkie wspomnienia dotyczyły bólu, upokorzenia i bezradności. Coś w nim drgało, bunt jakiś niesamowity.. Słyszał oddech, chyba tego rudego. Spokojny, przerwany zaciąganiem się papierosem.
Musiał się dowiedzieć, co się dzieje. Bał się.
- Co ze mną zrobicie, zabijecie, przecież to się wyda, prędzej czy później – mówił szybko bo wiedział, że ma mało czasu – przecież będą mnie szukać.
- Chuja bedom szukać, Twoja stara pewnie myśli, żeś znów poszedł w balet, nawet cię nie szuka – to matka, ta w głowie, pomyślał, na pewno już mnie szukają, znajdą, odnajdą zanim te dwa wieśniaki mnie wykończą.
- Nawet jak mnie zabijecie, ktoś mnie znajdzie, co ty nie wiesz, zaczną szukać…
- Se możesz pierdolić.
- Za głupi jesteś żeby zatrzeć wszystkie ślady…
Rudy podszedł do niego, uderzył go w twarz, z „liścia” mu wyciął siarczyście. Marek wiedział co potem nastąpi i to nastąpiło.

Walenie do drzwi. Kobiety, juz pijane, patrzą po sobie, ale odważniej niż wcześniej. Matka wstaje, idzie do drzwi. Nie zagląda przez judasza. Odsuwa łańcuch i otwiera. Tam stoi ten sam młody chłopak w czarnej kurtce. Wpycha ją do środka, kobieta upada. Podnosi ją jak zatęchły materac i wrzuca do kuchni. Sąsiadka wpada w popłoch i chce krzyczeć. Mężczyzna kładzie na ustach palec i mówi, ciiiii…
- Sprawa wygląda tak panienki – tu się uśmiecha mniemając, że dowcip mu się udał – Marek jest winien trochę pieniędzy. Chuj nas obchodzi – nas, pomyślała matka, to mafia – czy synalka powinęły psy, czy ktoś inny mu kosę ożenił, sprawa wygląda tak. Dziesięć koła jest winien za towar co go wziął w zeszłym miesiącu do rozprowadzenia, a nabrał jak głupi, mówił, że ma zbyt, może mu coś nie poszło, może spierdolił coś i sam spierdolił, macie do jutra czas. Dziesięć koła, będę jutro o tej samej porze, która godzina – zapytał sąsiadki, matka leżała na ziemi podparta na łokciu, wyglądała trochę jakby była na plaży, sąsiadka odparła, pół do dziewiątej, choć nie spojrzała na żaden zegarek – jutro o pół do dziewiątej. Dziesięć koła. Jak nie, to dołączycie do Mareczka w niebiesach naszego jaśnie pana – znów się uśmiechnął uważając, że dowcip mu się udał.
Wyszedł. Trzasną drzwiami, na korytarzu coś jeszcze krzyknął, ale chyba już nie do nich.
- Co to znaczy dziesięć koła – zapytała matka z bladą matczyną twarzą, z miną, która zawsze czekać będzie na syna z gorącym obiadem i nie ważne, czy syn wraca z więzienia czy z pracy.
- Pewnie chodzi o pieniądze sąsiadko – staruszka wydedukowała, a z pomocą przychodziły jej wszystkie seriale kryminalne, które oglądała. Mąż jej był kiedyś milicjantem dochodzeniowym.

- Może i gupi jestem, szkół nie kończyłem, zaraz po elementarnej, do świń, do Tatka poszłem… a wiesz ile mamy świń? – Rudy mówił spokojnie, z lekką nutą samozadowolenia, nie patrzał na Marka, który się ocknął czas jakiś temu i przyglądał się swojemu katowi w lękliwym milczeniu. – Nie, nie wiem ile macie pierdolonych prosiaków…
- Sto dwadzieścia jeden – odparł świniarz – sto dwadzieścia jeden – powtórzył jakby wymieniał siłę swoich wojsk stojących pod obleganym zamkiem. – Takie świnie zeżrą najgorsze gówno i się zesrają, i ja wcale najmądrzejszy we wsi nie jestem, a to wymyśliłem – zarżał znów jak koń, pełen dumy, przeczuwając, że to co teraz powie będzie naprawdę mocne, jak w filmach z Jackie Chanem. -Zeżrą ciebie gnido i wysrają i myślisz, że się będzie jakiś pro… pry… prok… myślisz, że jakiś sąd będzie się w gównie grzebał?
Marka zemdliło. Poczuł smród gówna, na twarzy obłożonymi strupami jak zeschłą maseczką pojawił się grymas śmiertelny, mina niezgody na to co się ma stać, zmarszczki beznadziei, oczy wielkie jak u dziecka, które zrzuciło kota z dachu wieżowca z nadzieją, że naprawdę ma dziewięć żyć, uczucie paniki dojrzało, rozlało się po ciele, wybuchło mu serce, eksplodował płacz.
- Za co!!! Boże za co!!! Ja nie wiem, nie rozumiem, nie pamiętam nic, kurwa nic nie pamiętam, co ja takiego zrobiłem chuje, mówcie, gdzie jestem… – W ustach znalazła się jakaś szmata brudna, buczał już tylko. Chwilkę trwała cisza, rudy nie wiedział co ma zrobić. Drapał się po głowie, czemu on nie pamięta, się zastanawiał, co teraz, jak go zabić, jak on nie wie za co, trza mu powiedzieć, kombinował tak dłuższą chwilkę, aż nie mogąc sobie poradzić z trudną materią problemu zawołał ojca.

- Tatek!!! Tatek!!!
Ojciec przychodzi po chwili. Wyciera zakrwawione ręce w brudny fartuch, pyta synka, co sie drze jak baba na porodzie, co się stało pyta?
- Nie pamięta. – Rudy pokazuje na Marka palcem jakby go oskarżając o brak pamięci.
- Co nie pamięta?
- Nic.
- To znaczy co? – Tatek się zaczął denerwować.
- Wszystko.
To ojca już kurwica brała, bo był chłop nerwowym nadciśnieniowcem, już się żyły na rękach mu napięły, jak przed każdym biciem, już się synek skulił w sobie, a tu Tatko zapytuje:
- To nic czy wszystko. – I zdzielił syna po łbie, bo jednak nie wytrzymał, solidnie aż się tamten zachwiał.
- Nie pamięta nic, to znaczy zapomniał wszystko. – Odetchną z ulgą gdy pomiarkował, że udało mu się jakoś to wszystko wytłumaczyć.
Znów cisza zapadła. Marek drżał z przerażenia, oczy mu pękały, jęczał, łkał, zbierało mu się na wymioty, bał się zrzygać żeby się nie udusić. Wzrokiem biegał po ścianach, aż się spocił. Szukał jakiejś deski ratunku wśród desek leżących w nieładzie na podłodze, wśród desek na których siedział wcześniej rudy, wciąż tliła się w nim nadzieja, że to jakaś szopka, że zaraz ktoś wejdzie i powie, że już po wszystkim, policjant jakiś, gładko ogolony z zapleczem dobrze uzbrojonych i ogolonych kolegów, że go uratują i że będzie mógł spuścić tym dwóm śmierdzielom łomot jaki popamiętają do końca życia. Strach ustępował miejsca niewiarygodnej agresji i złości. Kipiał. Zaczął się tarmosić. Druty poprzecinały mu żyły, nawet tego nie poczuł. Opadł po chwili bez sił, zemdlał. Ojciec nakazał synkowi przyprowadzić córkę.
- Nie ma jej, spieprzyła gdzieś Tatku – ojciec popatrzył na niego chmurnie.
- No! chciałem jo mu przypomnieć co narobił,ale jak nie tak to przypomnimy mu inaczej, jak sie do naszej Angny dobrał. – Szarpnął Marka, ten się ocknął, wybudzony jakby z przyjemnej drzemki, z miną dość zdziwioną, obłęd zaczął mu poprawiać humor, nagle wszystko mu zaczęło tańczyć, zaczął się przez tą zbutwiałą szmatę śmiać.
Stary posadził go. Spojrzał w jego zmęczone, szaleństwem nabiegłe oczy, które powoli gasły, znikało w nich światło, niekontrolowany wyciek krwi z żył poza ustrój zwalniał Marka z odpowiedzialności za wszystko.
- Słuchasz mnie – chłopak przymknął oczy, co stary potraktował jako odpowiedź, wyciągną z ust szmatę, Marek się oblizał jakby zjadł coś dobrego przed chwilą, a życie wyciekło z niego skrycie za jego plecami – słuchaj, zhańbiłeś naszą Agnę, żeś myślał, że się chuju nikt nie dowie, mówisz, że co, że nie pamiętasz, to ja Ci przypomnę – zgniótł mu jądra kolanem, Marek już nie reagował, gapił się głupio w przestrzeń, przez dziada się patrzył, bo mu znów ta kobieta przy kuchence zaczęła majaczyć przed oczami, a stary mówił – poszedłeś na zabawę, tam ją spotkałeś, i zaciągnąłeś do klopa, wyruchałeś ją i jak pospolitą kurwę, naszą Agnę, dziewicę, naszą jak…-i uderzył go pięścią w twarz, w oczach ojca stanęły łzy jak snopki siana. Marek runął nieprzytomny na posadzkę. Kobieta, którą widział przez cały czas, wirowała w koło niego, zdawało się mu, że słyszy co mówi.
Do szopki wbiegła Agna, zaryczana i zarzygana do połowy. Jakieś liście we włosach, widocznie włóczyła się po lesie okolicznym. Podbiega do chłopaka i chce go ocucić, szarpie jego wielkie spuchnięte cielsko, ale Marek nie reaguje. Ojciec z rudym wzruszyli ramionami i się uśmiechnęli do siebie, myśląc, że ona chce go sama dobić, tylko, że za wątlutka jest, że nie ma siły. Wiele ona przeszła ostatnio.
- No już zostaw dziewczyno, to ścierwo, już on Ci krzywdy nie zrobi, i po nim, i po naszej hańbie, zrobilym jak trza było, po dziadkowemu, sie nie idze do sędziego, sie robi po dziadkowemu. No, a teraz by trzeba jakoś go, no… rudy… do świń z nim, powiedział stary ale nim zdążył skończyć Agna wykrzyknęła:
- To nie on!!!
Przez pierwszą chwilę, ojciec z synem, nie zrozumieli o czym mowa, znów spojrzeli na siebie, znów się uśmiechnęli głupio. Dziewczyna w tym czasie starała się ocucić Marka.
- Jak to kurwa nie ten, co ty córa pierdolisz, do chuja, jak to nie ten, Jezu – ojciec chwycił się za głowę, Agna wybiegła, chciała wezwać pomoc, ale ojciec dał znak rudemu, żeby poleciał za nią. Pobiegł. Ojciec podszedł do umierającego Marka. Posłuchał czy oddycha. Oddychał. Ale jego oddech juz sie kończył. Wydychał z siebie resztki powietrza jakie mu zostały w płucach. Stary, z niemałym wysiłkiem wyciągną ciało na środek szopy

Kobieta mówiła coś do niego, wytężał słuch, ale im bardziej się starał tym kobieta mówiła ciszej. Zrezygnował, patrzał tylko na nią. Zobaczył że jej szyja się wydłuża, robi się jak wąż, że jej twarz, taka stara, znana i dobra, ta twarz się do niego zbliża, nachyla się nad nim i szepce mu coś do ucha, ale Marek już słyszy coraz słabiej, już ostatnimi nitkami powiązany jest z życiem, ale i one puszczają, zanim ostatnia pęknie z trzaskiem usłyszał, że ta twarz, mówi, że mówi do niego: Żebyś tylko synuniu do piekła nie poszedł za te narkotyki.
Otworzył oczy i zobaczył nad sobą, jakiegoś mitycznego rycerza z trójzębem, w lśniącej zbroi, z aureolą nad głową. Szepnął jeszcze coś, ale już nikt nie usłyszał, słowo rozpłynę się w przestrzeni, zamarło wraz ostatnim tknięciem serca. Czas się skończył.

Sąsiadki zrobiły nalot na pokój Maka, nawet wykładzinę zrywały. Matka przeklinała swojego syna, klęła i płakała, serce jej się rozpieprzyło w drobny mak, chciała znaleźć te pieniądze, ale i nie chciała. Jak znajdzie to odda, ale jak znajdzie, to znaczy, że syn, jej jedyny, najjedyńszy książę, mały królewicz, który kiedyś z ojcem majstrował w piwnicy, bawił się narzędziami i mówił, że „tesz bede ciślom Tata…”. Po kilkunastu minutach znalazły pieniądze zawinięte w reklamówkę, ukryte pod dnem szafy. Przeliczyły, było tego dokładnie dziesięć tysięcy złotych. Sąsiadka pobladła, pierwszy raz widziała tyle pieniądze, w jej oczach majaczyła chciwość, bała się zaproponować, żeby może oddały połowę,i powiedzieć, że więcej nie mają, a resztą się podzielą, bała się bo nie wypadało, bo to brudne pieniądze, ale oczy piekły ją, a ręce świerzbiły, w końcu poprosiła matkę, żeby ta dała chociaż potrzymać. Ich wzrok się spotkał, obie nie wiedziały co począć. W głowach, potarganych alkoholem, rodziły się dziwne pomysły, wizje ucieczki do ciepłych krajów, wyprowadzki, kupna nowych mebli… Matka otrząsnęła się z tych koszmarów, wrzuciła pieniądze do reklamówki i zaniosła na przedpokój. Pożegnała sąsiadkę i poszła się położyć. Wciąż zmartwiona, ale trochę spokojniejsza, myślała, że odda pieniądze, a potem rozprawi się z Markiem. Wyśle go do siostry na wieś, do tartaku szwagra tam się odechce mu wszystkiego. Starała się zasnąć, ale nie mogła. Nastawał świt, w końcu oczy zamknęły się jak kamienne bramy i Matka zasnęła.

Poranne słońce wschodząc niemrawo, rozganiając leniwie mgłę, wrzuciło kilka zdechłych promieni słonecznych przez mały lufcik u poddasza komórki. Światło spłynęło na Ojca. Wyglądał jak święty rycerz, wyświecona od tłustych łap watowana kamizelka błyszczała jak zbroja, jak aureola srebrzyły się strzępy włosów okalające łysinę, w prawej dłoni dzierżył widły, lewą zaś miał zatkniętą za pazuchę, nogę postawił na ciele Marka, jak zwycięzca po łowach, a na twarzy jego malowała się duma i uczucie dobrze spełnionego obowiązku.
Wyszedł z komórki, zaraz obok ściany, do niej przytulona, łkała Agnieszka, Ojciec obrócił się do niej, podniósł jej twarz ku swoim czerwonym ślepiom i krzyknął do syna, zakop ścierwo, a potem do niej, a ty kurwo do domu. Rudy, nie wiedział co się dzieje, więc w całej swej głupocie, zapytał ojca:
- Tatek, to my niewinnego zabiliśmy, przecie za to piekło murowane – dostał w łeb tak potężny cios, że powalił się na ziemię.
- Nie ma niewinnych synek, nie ma niewinnych.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.