Anderseitsarbeiter

truposza życie dwojakie

Walizki spakowane. Upał, ponad trzydzieści stopni. Dzieci czekają w taksówce. Żona i mąż kręcą się jeszcze w poszukiwaniu kluczy. Przysiadają na chwilę przed wyjściem.
- Możemy omówić sprawę jeszcze raz? – Zapytał Tomasz, denerwując się.
Miał nadzieję, że nie dojdzie do tego. Ale cóż. Wierzyciele nie będą czekać w nieskończoność, a zdolności kredytowe się pokończyły. Plan był prosty.
- Tomek, gadaliśmy o tym setki razy. – Odparła zniecierpliwiona Anna.
Pomysł jej się nie podobał. Zastanawiała się w tej chwili, jak do tego doszło, że się zgodziła. Poddała się chyba wtedy, gdy w nocy, wyłamując zamki, wtargnęli do mieszkania, ubrani na czarno mężczyźni.
- Trzeba było zawieść działalność, albo ogłosić bankructwo.
- Teraz mi z tym nie wyskakuj, dobrze? Sąd ogłosiłby upadłość, a Czarny wysłałby moją głowę Krysi. Przekształcenie przedsiębiorstwa też nie wchodziło w rachubę, za długo by to trwało. Nie było innego wyjścia. – Jeszcze raz tłumaczył żonie.
Zapadła chwila ciszy. Obojgu przed oczami stawały obrazy, jak graniczne słupy. Ostatnie miesiące znaczone były nieprzyjemnymi wydarzeniami. Wypadek, zaległości płatnicze, długi, w końcu Czarny. Tak w skrócie mogliby streścić ten czas.
- Powiedz, krok po kroku, co zrobisz jak wrócisz? – Poprosił najspokojniej jak umiał, lecz nie zdołał ukryć irytacji.
Nie umknęło to uwadze Anny i specjalnie, z wrodzonej przekory, zaczęła się zastanawiać, udając, że nie może sobie przypomnieć.
- Anka, kurka, nie rób tak – krzyknął zwęszywszy podstęp.
- Po przyjeździe zawiozę Karola i Karolinkę do twojej mamy, przyjadę do domu – głos jej uwiązł w gardle – przyjadę do domu i znajdę twojego trupa.
- Dobrze, co dalej?
- Tomasz, ja pierniczę, nie można tego jakoś inaczej, to jest chore, to jest pokaszaniony plan, to się nie uda, wyda się wszystko – panika rozlała się po meandrach jej ciała, dygotała.
Mąż objął ją, mocno przycisnął do siebie i do ucha wyszeptał: – Spokojnie, wszystko będzie dobrze. Nikomu nie robimy krzywdy, po prostu nie ma innego wyjścia, pieniądze z ubezpieczenia nas uratuję, rozumiesz. Kiwnęła głową, która opadła na jego ramię, mówiła dalej:
- Wejdę do domu, znajdę trupa. Zejdę do Eli, poproszę o pomoc. Pojadę do Łukasza, zawołamy policję…
- Musisz być roztrzęsiona, nie rozmawiaj z nikim, kiwaj głową tylko. Żebyś nie powiedziała niczego, co mogłoby nas zdemaskować. – Pouczał ją.
- Nie mów do mnie jak do dziecka. Myślisz, że jak zobaczę trupa, to zachowam spokój. Na pogrzebie babci mało nie ześwirowałam. O to się nie martw.
Wstali, mąż uściskał żonę na pożegnanie, pocałował w czoło i otworzył drzwi.
- Idź już. Nie ma czasu. Pociąg odchodzi za pół godziny, mogą być korki. Kiedy masz wrócić? – Zadał pytanie z zaskoczenia chcąc sprawdzić, czy Anna jest skoncentrowana na planie.
- We wtorek.
- Co mamy dzisiaj?
- Niedzielę.
- Idź.
- Idę.

Po wyjściu Anny Tomasz usiadł w fotelu, zdjął z siebie przepoconą polówkę, ściągnął spodnie i siedział tak, w samych gaciach, przez kilkanaście minut. Układał sobie, który raz już, nawet nie wiedział, to co ma nastąpić. Tkwiło w nim przekonanie, że nie może nie wyjść. Jeśli pojawiały się wątpliwości usuwał je z trudem ale skutecznie, nie dając im możliwości wejścia na parkiet i zaprezentowania swoich wątpliwych wdzięków. Otworzył neseser, stojący przy fotelu i poszukał papierosów. Po chwili trzasną się otwartą dłonią w trzecie oko i powiedział:
- Przecież rzuciłem – opuścił brodę na pierś – też wybrałem sobie moment.
Z kieszeni spodni wyciągną paczkę gum z nikotyną i telefon. Włożył gumę do ust z obrzydzeniem i wybrał numer z listy.
Po dwóch nieudanych połączeniach, po dwóch zostawionych na poczcie głosowej wiadomościach odłożył aparat na podłogę. Nie zdążył go upuścić gdy usłyszał znaną melodię z „Różowej Pantery”.
- No w końcu, kurde belek, Łukasz, weź tak nie rób, bo mnie do zawału doprowadzisz. -Jeszcze bym chciał bawić się na osiemnastce naszych bliźniaków. – Naskoczył na brata Tomasz.
- Wyluzuj. – Od Łukasza wionęło alkoholem, nawet przez telefon.
- Wyluzuj i wyluzuj. Sam się, cholera, wyluzuj. Ja jestem wyluzowany, jak nigdy w życiu. To ty się wyluzuj, z tym luzowaniem bracie, bo mnie, od tego twojego luzowania, to się już luźno zrobiło i teraz mi dupa opada, kumasz? – Skończył słowotok, zapanowało dłuższe milczenie.
- Mówiłem ci żebyś się wyluzował? – Brat zapytał poważnie.
- Szlag mnie trafi – pożałował, że wciągną go w swój projekt, pewność, co do powodzenia zaczynała się chwiać. Jeśli coś pierdyknie, pomyślał to będzie jego wina. – Jak się sprawa ma, powiedz mi w dwóch słowach.
- Jesteś już wyluzowany, czy wciąż ci dekiel pulsuje, bo jak tak…
- Tak, jasny gwint, jestem wyluzowany. – Ryknął do aparatu Tomasz, aż mu żyły na skroniach pociemniały.
- No, nie wydaje mi się, ale przejdę do meritum…
- Tak, przechodź do meritum braciszku…
- Czy już mogę, skończyłeś? – W głosie Łukasza nie było krztyny zniecierpliwienia.
Gdyby telefonem można by wyrządzać krzywdę na odległość, Łukaszowi trzaskałby teraz kości.
- Mów. – Sapnął krótko przedsiębiorca.
- Sprawa załatwiona.
Nie chciał słyszeć nic więcej. Rozłączył się, napisał esemesa do Anny tej samej treści. Teraz nie było już odwrotu. Żona nie odpisała. Skasowała esemesa podług wcześniejszych ustaleń.

O czasie można mówić dużo, bez końca. A to, że się ciągnie albo pędzi na łeb, na szyję, złamanie karku. Czas może sprzyjać, czas może leczyć, ale czas wypełniony bezczynnością potrafi zabijać, na przykład nudą. Dla bohaterów opowieści, czas między niedzielą a wtorkiem, przybierał różne postacie. Dla Tomasza były to chwilę przebrane za Heroda, wydającego na niego niesprawiedliwy wyrok. Dla Anny, codziennym schabowym podanym na talerzu serialu. Łukasz, jakkolwiek czas by nie wyglądał, nie zwracał nań uwagi.
Mimo różnic w postrzeganiu tego zjawiska, określanego czwartym wymiarem, ciała bohaterów, umieszczone w przestrzeni, przeżyły te dwa dni. Nastał czas realizacji planu.

O godzinie dwunastej w południe (pociąg miał piętnastominutowe spóźnienie) wysiadła z wagonu. Asfalt na peronie był miękki jak piankowe chmurki, co szczególnie spodobało się bliźniakom. Nie zwracając uwagi na zdenerwowanie mamy, ślicznymi sandałkami odciskały podeszwy w topniejącej mazi.
- Dzieci, chodźcie już, pojedziemy do babci Krysi. – Anna siliła się na spokój.
- Cemu, cemu, cemu – zapytała trzyletnia Karolcia. – Nie kcem do babci Klysi, jej kot sika na fotel.
- Ja tes nie kce – wydukał Karol.
Matka chwyciła ciężką walizkę. Nie myślała już o tym, co było, ani o tym co będzie. Zaufała mężowi, zaufała jego przeczuciu, ba, nawet w to uwierzyła. Trzymać się planu, to jedyne wyjście, myślała. Jak będę, krok po kroku, robiła to co ustaliliśmy, to wyjdzie, to będzie dobrze, powtarzała magiczne słowa.
- Mamusia, a dzie jes tatuś – Karolek stał dwa kroki za nią trzymając się z krocze.
- Chce ci się siusiu – zapytała.
- Nie. – Odparł chłopiec.
- To dlaczego trzymasz się za siusiaka?
Anna podeszła do syna. Postawiła walizkę na ziemi, i uklęknęła przy bąblu.
- Scypie w ślodku – malec wskazał na rozporek.
- Co tam szczypie Karolku? – Pot spływał jej po plecach.
To chwilowe zawieszenie projektu rozbiło ją. Nie chciała wracać do domu.
Dom Krysi znajdował się kilka przecznic dalej. Pięć minut taksówką. Wiedziała, że już jest za późno, że trup leży w domu. Zawiezie dzieci do babci, potem pojedzie na Kruczą, potem do Eli, do Łukasza, policja. Przypominała sobie, krok po kroku, co będzie robić. Czuła się rozmontowana. Nie potrafiła nawet pomóc własnemu dziecku.
- To szczypawka, kochanie. U babci pójdziemy pod prysznic…
- Jaka scypawka – zainteresował się malec.
- Scypawka taka co ci uscypnie siurka – zaśmiała się Karolcia.
Dzieci zaczęły sobie dogryzać, biegać w koło walizki, przyprawiając matkę o zawrót głowy.
Stres, upał, podróż, krzyki i ogólne złe samopoczucie sprawiły, że Anna omdlała.

W przesiąkniętym nikotynowym zapachem mieszkaniu Łukasza, od dłuższego czasu dzwonił telefon. Spod grubej pierzyny wystawały dwie długie i chude stopy. Łukasz spał, odsypiał sobotnio-niedzielną balangę. Za każdym razem gdy telefon wygrywał melodię z serialu „Santa Barbara” stopy pocierały jedna o drugą. Po upływie, nie mniej niż pół godziny, telefon zirytowany spadł na ziemię. Rozłupał się na trzy części. Przednią część z ekranem, tylną klapkę i baterię. Spocona głowa Łukasza wyjrzała na chwilę spod piernat.
- I dobrze ci tak – powiedział do rozczłonkowanego aparatu.
Po upływie kilkunastu minut, do drzwi zaczął się ktoś dobijać. Z początku pukał delikatnie, ale z powodu braku odpowiedzi fale dźwiękowe przybierały na sile i Łukasz nie mógł ich już ignorować. Wstał z łóżka, odkleił od siebie pidżamę i poszedł do kuchni.
- Słyszę cię gnoju – dobiegł go męski głos zza drzwi.
Ja też cię słyszę i zaraz się zemszczę, pomyślał nie bez satysfakcji. Wszedł do kuchni i z dolnej półki pod zlewem wyciągnął dwa duże gary. Chwycił je w obie ręce i skierował się do drzwi.
- Kto tam? – Zapytał spokojnie.
- Kurdebelans! Otwieraj opoju, bo zaraz wywalę drzwi – męski głos starał się tłumić gniew, tak jakby bał się wybuchnąć.
- Przyłóż ucho do drzwi – rozkazał Łukasz – inaczej nie otworzę. – Dodał z powagą.
Za drzwiami zapanował spokój, przez judasza zobaczył kobietę o brzydkiej twarzy. Mutantka, pomyślał Łukasz, ale nie zrezygnował z pierwotnego postanowienia.
- Ucho do drzwi – polecił jeszcze raz. – Już?
- Już – odpowiedział głos, w którym z trudem można było odnaleźć przed chwilowy rezon.
Huk jaki rozniósł się po korytarzach był potężny. To dwa garnki bijąc o siebie, jak kościelne dzwony, oznajmiły, że Łukasz wstał, a niechcianego petenta wprawiły, co nie powinno dziwić, w osłupienie. Zanim gość doszedł do siebie, drzwi uchyliły się. W przedpokoju nie było nikogo.
Po chwili pojawił się Łukasz z dziesiątakiem w ręku i wręczył go kobiecie.
- Potyrtoliło cię bratku, co? Powaliło mózgowiec? Do jasnej ciasnej, wiesz, która godzina? – Krzyczał Tomasz z pianą na ustach.
Jego młodszy brat, przez chwilę stał nieruchomo, nie mogąc dojść, czy to baba udaje głos jego brata, czy też na odwrót, głosu brata udaje babę. Jako, że zbyt wczesne wstawanie nie leżało w naturze Łukasza, nie spodziewał się on rychłego rozwiązania zagadki.
- Nie. – Odpowiedział krótko. – Zapali pani?
- Łukasz, w mordę pimpka, patrz na mnie – Tomasz ściągnął perukę – poznajesz mnie teraz.
Brat przyglądał się mu bez widocznego zdziwienia. Wciąż nie mógł zrozumieć, dlaczego Tomasz budzi go tak wcześnie, dlaczego jest przebrany za kobietę i gdzie zniknęła ramka fajek. Przedsiębiorca, nie mogąc wytrzymać, pchnął brata na tapczan. Ten zapadł się w pierzynę i po chwili wstał z niej, jak wystrzelony sprężyną z powrotem, z bananowym uśmiechem.
- Są. – Krzyknął prawie, pokazując paczkę papierosów.
- Zamknij się! – Warknął Tomasz. – Słuchaj! Zrobiłeś wczoraj to co miałeś zrobić?
- No jasne – odpowiedział półgębkiem, w kąciku ust trzymał złamany papieros – byliśmy tam, gdzieś tak, no, byliśmy. Przesyłkę dostarczono. – Uśmiech opromienił mu twarz i zaszedł za chmurą dymu.
Tomasz usiadł obok niego. Gdyby ktoś chciał namalować obraz nędzy i rozpaczy, to portret Tomasza doskonale ilustrowałby te dwie cechy ludzkiej egzystencji. Wyjął z ust brata papieros i zaciągnął się. Bożeno, jak mogłem nie pomyśleć o tym, myślał rozpaczając, przecież nie mógł tego zrobić sam. Jak tak mogłem?
- Z kim go zaniosłeś? – zapytał całkowicie zrezygnowany, wydawało mu się, że jest piaskiem w klepsydrze, któremu coś się stało i utkną w wąskim przełyku czasomierza, nie mogąc przesypać się, ni w jedną ni w drugą stronę.
- Z funflami…
- Z kim?!
- Z Małym, Rybą i Łysym. – Odpowiedź była natychmiastowa, nie pozbawiona jednak wątpliwości. – Chyba…
- Jak to? Ja pierdykam! Nie wiesz nawet z kim zaniosłeś trupa do mojego mieszkania! Człowieku przestań pić! – Tomasz wrzeszczał na całe gardło.
- Wyluzuj, jakbyś pracował w trupiarni, to byś musiał pić. – Wyznał spokojnie. – Dlatego wybrałem taką robotę – dodał rezolutnie.

Gdy wydarzenia się zapętlają, gnieżdżą w wąskiej czasowej przestrzeni, nie pozostaje nic innego jak zrobić pauzę, na złapanie oddechu.
Anna leżała na peronie, powalona obuchem słonecznego udaru. W koło niej, zebrali się ludzie. Dzieci stały nad matką z błagalnymi minami wystrzelonymi w niebo. Karetka podjechała pod dworzec. Zabrano Annę do szpitala, do chłodnych, białych ścian, dających ukojenie. Po dzieci przyjechała Krysia. Rozmawiała z lekarzem. Dowiedziała się, że za parę dni jej synowa dojdzie do siebie. Nie ma powodu do paniki, uspokajał doktor, to częsty przypadek w taki gorąc.
Babcia uspokoiła dzieci. Zabrała je do siebie. Wyciągnęła szczypawkę ze spodenek Karolka, który, zawiedziony posmutniał. Szczypawka okazała się zmiażdżonym owocem dzikiej róży. Gdy czekali na pociąg, dzieci z nudów, obrzucały się czerwonymi kuleczkami. Jedna wpadła Karolkowi za koszulkę i dostała się do spodenek.
Jako, że wyjazd synowej z wnukami, do drugiej babci, był krótki, Krysia nie widziała powodu aby kontaktować się z synem. Nie umrze przez te dwa dni, pomyślała. Ale teraz, w tej sytuacji, musiała się z porozmawiać. Spojrzała na zegarek. Powinien być jeszcze w swoim biurze, zreflektowała i chwyciła za telefon.
- Dzień dobry, Krysia mówi, mogę z synem?
- Pana prezesa nie ma w pracy – odparł przemiły głos sekretarki.
- A kiedy będzie?
- Nie wiem pani Krysiu, wczoraj go nie było, dzisiaj też nie…
- Jak to?
- Tak to, pani Krysiu – sekretarka zrobiła się nie miła.
Nie lubiły się, mama Tomasza, podejrzewała ją o flirt z synem, o próbę rozwiązania świętego węzła małżeństwa.
- Młoda damo – zwróciła się do niej z wyższością motywowaną różnicą wieku – młoda damo, niech pani sobie nie pozwala, bo Tomasz panią będzie zmuszony zwolnić. – Krysia wpadała w pułapkę moralizowania, zapomniała na chwilę o absencji syna w pracy i nastawiła się na nadawanie programu naprawy młodzieży.
- Szefa nie ma w pracy od wczoraj, nie wiemy gdzie jest, telefon nie odpowiada. Tyle wiem. -Do widzenia pani Krysiu. – Powiedziała nie dając szansy starszej pani dokończyć wykładu.
Odłożyła słuchawkę wredna małpa, pomyślała babcia bliźniaków. W tej chwili zaczęła się denerwować. Może zaczął pić, zastanawiała się trwożliwie. Gdzie go szukać. Rodzina się sypie, a jego nie ma.
Ogarnęło ją uczucie paniki. Może chcą się rozwieść, pomyślała. Nic nie mogła zrobić, miała dzieci na karku. Ani się ruszyć, zmartwiła się. Pozostaje czekanie.
- Bąbelki – zawołała wnuczęta bawiące się jeszcze w wannie. – Kochania moje, wyskakujemy z kąpieli, pomodlimy się za mamusię i tatusia.
- Ja bym wolała coś zjeść – krzyknęła Karolcia.

Po chwili oddechu, zaczerpniętego w międzyczasie, wróćmy do braci, których rozmowa przybrała charakter godny pożałowania.

Łukasz, młodszy od Tomasza, leżał zatopiony w pierzynie i palił papierosa. Tomasz siedział w fotelu, mnąc sukienkę kupioną w sobotę, w sklepie „Z lewej ręki”. Co chwilę zapadało milczenie, zazwyczaj po pytaniu brata starszego. Łukasz miał połykendowe zawiechy, jak to określał i ciężko było mu się skupić.
- Kurde blaszka, Łukasz. Sprawa jest poważna, mógłbyś zrestartować swój system i przypomnieć sobie, co i jak, Anna nie była u Krysi, nie wróciła chyba. Czekałem pod domem mamy, nie zjawiła się. Trup w chacie, żony nie ma, Czarny mnie zabije, dzieci do sierocińca… Przyleciałem do ciebie, a ty w pieleszach jeszcze! A gdzie powinieneś być? Mów coś, bo zaraz sfiksuję na dobre.
- Na dobre i na złe – zanucił Łukasz – zrestartuję się około piątku, ale sam wiesz, co to piątek…
- Błagam cię, jak brat brata – tu się zastanowił nad tym co powiedział, bo jakoś nie mógł rozstrzygnąć, czy jak brat brata błaga, czy to jest po bratersku.
W końcu tyczkowata postać Łukasza powstała z łóżka. Stanął nad Tomaszem i rzekł:
- Bez piwa się nie obejdzie, nie zaskoczę, kumasz?
Tomasz kiwnął głową. Z bólem, w geście udręki nałożył perukę i wyszedł do sklepu. Nie minęło pięć minut gdy wrócił rozgorączkowany, bez peruki, na wpół rozebrany, z gazetą w ręce.
- Trzymaj, trzymaj to i czytaj, bo ja zaraz zwariuję, ja się czuję jak Kowalewski w „Misiu”, któremu przyprowadzają „wesołego Romka”. Masz, siadaj – pchnął go na fotel i wręczył gazetę.
- Piwa nie przyniosłeś…
- Ja cię zaraz ukatrupię, czytaj na głos, już!
Brat młodszy, odgarnął grzywkę z oczu i starał się skupić na literkach.
- Jakieś chochliki mi tu skakają, bez piwa nie ruszy, no nie zatrybię i już – Łukasz tak działał, nie inaczej.
- Tomasz popędził do sklepu, kupił sześciopak piwa i pędem wrócił do domu. Młodszy brat zdążył się zdrzemnąć, zapominając wyciągnąć papierosa z ust.
- Masz, żłop i czytaj – szturchnął go podając mu piwo, popiół posypał się na twarz śpiocha.
Pierwsza puszka piwa opróżniona została w trybie „niagary”, dwie kolejne, spokojnie, „spławikowo”. Po otworzeniu czwartej Łukasz z oczami gotowymi do zrozumienia woltyżerki druku sięgnął po gazetę:
- Czarny nie żyje. To tytuł – zaczął.
- Wiem, wiem, co dalej. Czytaj, no, kurdebelans, czytaj bracik, bo mi ciśnienie powoli puszcza, robię już bokami. Pokazać ci? – Tomasz ledwo trzymał się kupy.
- Nie interesują mnie twoje ekstrementalia, mam czytać? Czy chcesz jeszcze o tym pogadać? Wyluzuj i słuchaj.
Fotel jęknął pod zmęczeniem przedsiębiorcy.
- Ciało Zenona B. (57) pseudonim Czarny, znalazła w swoim lokalu, mieszkanka ulicy Kruczej. Policja odmawia jakichkolwiek komentarzy. Z tego, czego udało nam się dowiedzieć, pani E. (31), nie miała z ofiarą nic wspólnego. Nie są znane okoliczności śmierci Czarnego, trudno jednak przypuszczać, że był to zwykły atak serca. Naszych…
- Dość. Ja cię kręcę julek, rozwiązało się samo. Kurde, no trzeba wierzyć, trzeba wierzyć w sukces. – Tomasz skakał po pokoju i klaskał w dłonie.
- Wyluzuj, nie jest tak wesoło jak ci się wydaje – widać piwo zaczęło działać i Łukasz myślał już, może nie jasno zupełnie, ale jaśniej.
Twarz jego starszego brata skamieniała, przeraził się nagłej myśli, że to jakiś inny Czarny Gość, który miał takie samo pseudo, w końcu miasto duże, a Czarny to jak wśród psów Burek albo As.
- Co jest, brat, co tam jeszcze napisali?
- Nic nie napisali więcej, zdjęcie dali.
- To w czym problem?
- Jak ja teraz tego swojego trupa odzyskam? W trupiarni jak w wojsku, stan ma się zgadzać, a nie zrobię z jednego dwóch, trup to nie prześcieradło.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.