Anderseitsarbeiter

Takie przyjemne cyk (nowe)

Miejsce zbrodni

miłość, zaraza, punk


Bez owijania w bawełnę, to było w siódmej klasie. Kochałem się w Kasi B. od klasy pierwszej. Bardzo długo nie mogłem sobie tego uświadomić, aż nastała wiosna. Siódma klasa to już było coś. Koledzy opowiadali o swoich pierwszych masturbacjach a ja się rumieniłem i spoglądałem za okno. Tylko ze wstydu przyglądałem się swoim dłoniom, gdy mówili: wiesz, że ten kto wali konia ma włosy między palcami. Wstyd było tego nie robić, wstyd było o tym mówić. Potrzask, z dwojga złego lepiej być pośmiewiskiem, ale należeć do grona „walących” niż być pośmiewiskiem i do tego grona nie należeć.
Kilka lat później, pamiętam, rozmawiałem z holenderskim kolegą, który bez żadnego zaczerwienienia na licach opowiadał o swoich wyuzdanych masturbacjach. I tak pojąłem, że to nie jest grzech, że wszystko zależy od środowiska. W chwili gdy spowiadałem się księdzu, z poczuciem wielkiej winy i z widmem ognistego miecza nad głową, ze swoich pierwszych kontaktów erotycznych ze sobą, mój kolega, w niedalekiej Holandii rozrzucał swoje plemniki niczym obornik, gromko nawożąc dywan w pokoju rodziców.
Miłość do Kasi B. miała dwóch solidnych konkurentów. Jeden z nich nosił nazwę Commodore 64 a drugi klocki Lego. Przyznacie, że trzynastolatkowi takie dylematy musiały sprawiać trudność. Wybór między powabem Kasi a zdobyciem kolejnego levelu w Gianę Sister, wyborem łatwym nie mógł być.
I tak do tej pechowej wiosny, wiosny siódmoklasisty, zwyciężały gry Giana’s Sisiter, Rick Dangerous, River Ride i Montezuma Revange. Ale tej cholernej wiosny, coś się ze mną stało. Nie pytajcie co, nie wiem, nie odpowiem.
Po prostu, między historią a plastyką, które odbywały się w tej samej klasie, coś mnie napadło i do Kasi B. zacząłem mówić „prosiaczku”.
Nie mogło to być obraźliwe. Kasia B. uchodziła za szkolną piękność, mnie też niczego nie brakowało.
Na ostatniej szkolnej dyskotece otrzymałem czek na milion dolarów wraz z tytułem mistera VII B. Także moje szanse wcale nie były nikłe, mimo tego, że na owej dyskotece upiłem się do pomieszania zmysłów colą (przeszło cztery litry w ciągu trzech godzin, stosunek ilości płynów do niewielkiej masy ciała spowodował zawroty głowy i głupawkę).
Jakoś obeszło się bez dochodzenia, bez pytań czy tam w tej coli coś było, coś ponad colę. Ale i tak otrzymałem etykietkę pijaka. Co podważyło trochę moje szanse u Kasi B. z prostej to przyczyny, że moja miłość należała do tej lepszej części klasy. Ja, chyba, do tej średniej.
Jak wyglądał klasowy podział na lepszych, średnich, gorszych i wsioków chyba łatwo się domyślić.
Najlepsi to ci, którzy mięli kasę, rodziców w urzędzie i wakacje spędzane nad morzem. Średniacy to ci, którzy kasy mięli mniej, przynajmniej jednego rodzica w urzędzie (ja miałem mamę) i kolonie szkolne. Gorszymi nazywano tych, którym nie poszczęściło się mieć rodzica w urzędzie, nie dane im było jeść bananów na przerwach a szkolne wakacje spędzali nad jeziorem Kolejowym. A wsioki, to wiadomo, cokolwiek by nie mięli i tak byli spisani na straty. Wieś to wieś, tego nie dało się wymazać, to skaza na całe życie.
Mnie się poszczęściło w połowie. Szanse u Kasi miałem, nawet po tym wypadku, mimo że znacznie umniejszone, wciąż były. Choć przez pewien czas Kasia B. unikała mojego wzroku.
I ta wiosna felerna, gdy przyszło mi do mojego zakutego łba słowo „prosiaczek”. Już mówiłem, nie mam pojęcia dlaczego. Może dlatego, tak teraz sobie myślę, że była trochę podobna do Świnki Piggi z Muppetów, tylko o wiele ładniejsza oczywiście. Piękność to była na całą szkołę. Nie tylko ja się w niej bujałem, pewnie wszyscy do niej świrowali, chociaż tego nie okazywali.
Pamiętam jakiś mecz siatkówki, w którym to wykazałem się nie lada bohaterstwem.
Mecz był koedukacyjny, drużyny mieszane. Grałem w jednym teamie z „prosiaczkiem”, który „prosiaczkiem” jeszcze nie był. Chyba dostawaliśmy wciry, co nie dziwiło, bo po przeciwnej stronie serwował Mietek J., który mimo tego, że był wsiokiem był wysoce tolerowany.
Powody tolerowania Mietka J. były dwa. Na sześćdziesionę schodził poniżej siedmiu sekund, a na któreś wakacje uratował dziecko z szamba. Wskoczył do dziury z gównem i gówniarza uratował najnormalniej.
Gdy Mietek J. serwował, lepiej było zejść z toru piłki. Pędzący pocisk ciął powietrze jak żyleta. I co się stało? Gdy wszyscy rozpierzchali się przed kulą miotaną przez Mietka, jak wyskoczyłem z jakieś dalszej pozycji i „lotem dębu przez Włocławek”, wykładając się na murawie, w ostatniej chwili odbieram pieroński serwis. Pamiętam doskonale, jak piłka przygniata moją dłoń do ziemi, jak odbija się od niej, szybuje wysoko zasłaniając chwilowo słońce. Wszyscy zamarli, nie widziałem twarzy Kasi B., ale wiedziałem, że jest pełna podziwu. Odebrałem serwis Mietka J., cóż to był za wyczyn. Przebiłem nawet pierwsze próby żachania kleju przez Artura W.
Oczywiście wciry dostaliśmy zasłużone i bezdyskusyjne, ale to ja schodziłem z boiska jako zwycięzca. Ostentacyjnie trzymałem się za nadgarstek, żeby wszyscy widzieli jakim wielkim męstwem i poświęceniem się wykazałem. To zawsze rusza dziewczyny, te, które przychodzą popatrzeć jak chłopaki kopią w piłę, albo tną w kosza. Jak się wywracać to efektownie, jak upaść to z hukiem, jak się podnieść, to z czołem wysoko, jak krwawić to z nosa. I nie żadne tam, „o Jezu”, czy „kurka”, nie, nic z tych rzeczy. Podbiegasz do kolegi, który cię zafaulował i jeszcze z nim pionę przybijasz, że wypaśnie i w ogóle gicior.
Po tym meczu, bez dwóch zdań, moje noty u Kasi B. wzrosły. Musiały wzrosnąć, przy okazji spychając mój colowy wyskok w niebyt. Nie było tego jakiś specjalnych oznak, ale Kasia B., jak zawsze otoczona wieńcem koleżanek już nie unikała mojego wzroku, gdy przechodziłem, jej koleżanki rozstępowały się aby „prosiaczek”, który „prosiaczkiem” jeszcze nie był, mogła nacieszyć oko.
No i było na co popatrzeć. Mój tatuś w tym czasie jeździł do Reichu, zarabiał co nieco i mieliśmy zielonego VW Derby. Był to szmelc, jednym słowem, ale nie wielu w tym czasie mogło jeździć do szkoły samochodem. Tatuś podwoził mnie pod same drzwi budynku i przechylając się odblokowywał przycisk bezpieczeństwa. Wysiadałem, robiłem dwa kroki i byłem w szkole. To była miła odmiana po kilku latach naginania z buta, codziennie ponad trzy klocki, dla smarkacza to kawał drogi i wiele pokus po drodze, by do przybytku wiedzy (nie mylić z mądrością) nie dotrzeć.
Poza tym, że do szkoły przywoził mnie tatuś, jak akurat był w kraju, bo przeważnie go nie było, miałem też zarombiaste ciuchy, tylko moje siostry wtedy pachniały dezodorantami Palmolive z flamingiem, tylko ja i mój brat mieliśmy nie ruskie gierki.
Gierki ruskie to był szajs, kucharz mający przerzucić kiełbaski z jednej kuchenki na drugą, strzelanie do kaczek czy o piratach. To był szmelc. Niemieckie gierki, oprócz tego, że miały bajeranckie kształty, jaskrawe kolory, to i tematyką się odróżniały. Walki w kosmosie, wyścigówy czy tetris.
Ale przede wszystkim, z całej chmary różności w szkole, bo przecież nie tylko mój tatuś jeździł na saksy, ja miałem najfajowsze spodnie. Dekatyzki, to jeszcze nic, dekatyzki z dziurami. To też pikuś. Dekatyzki z dziurami podszytymi brązową skórą. I to jeszcze nic. Jedna dziura była w kształcie gwiazdy, i na tym jeszcze nie koniec. W środku tej gwiazdy był ćwiek w kształcie czachy. To był zupełny odlot. W tych spodniach mogłem nawet obmacać Kasię B., nie tę, o której cały czas mówię, tylko tę z trzeciej grupy.
To zasmucające, tak po latach stwierdzić, że ta stratyfikacja ma swoją kontynuację w dorosłości. Nikomu z wsioków nie udało się wyjechać poza wieś, ze średniakami nie było lepiej. Ta druga Kasia B. aby jakoś radzić sobie w życiu oddała się kilkakrotnie jakimś zbójom co to fajki za granicę przemycają i tak się jej powiększyła rodzina. Ze średniakami, jak to ze średniakami, jednym się udało, a drugim nie. Tym co się powiodło siedzą na posadkach w budżetówce, a tym co się nie udało, tak jak mnie, siedzą za granicą. Z lepszymi to nie ma tematu, wszystkim się udało, a jak się nie udało to zachowują się jak Bill Clinton: Paliłem ale się nie zaciągałem.
Moja Kasia B., mój „prosiaczek” wywoływała wśród kolegów jakiś dziwny popłoch. Nieledwie się do niej zbliżali, a już czmychali w głupim chichocie.
Wśród nas, chłopców, krążyło, jakieś niewypowiedziane przekonanie, że do Kasi B. nie można startować. Za jej prześliczną, blond-różową urodą kryła się tajemnicza przyszłość. Książę, maharadża, sułtan z dalekiej krainy, który pewnego dnia podjedzie pod szkołę czarnym, sportowym VW Scorpio ze spojlerem i zabierze nam Kasię B. z naszego życia, z naszych snów.
Kasia B. była święta. Z opowiadań kolegów wiem, że nikt, ale to nikt nie warzył się podjąć tematu jej, a jakże, cycków. W ten czas nie były jeszcze okazałe, ale prędkość przyrostu dawała do zrozumienia, że gdy Kasia B. skończy podstawówkę będzie trzeba się mocno nastarać żeby je zobaczyć. Bez VW Scorpio ze spojlerem nie podchodź.
Święta Katarzyna, luka w masturbacyjnym przeglądzie dziewcząt z klasy, blond madonna z pączkami kwiatów melona, moja Kasia była jedną z tych Kaś, które na zawsze pozostają w pamięci chłopców, obojętnie czy bawią się klockami Lego, czy żachają klej.
I sam nie wiem, czy to VW Derby tatusia, sam tatuś za granicą, mama w urzędzie, spodnie dekatyzki z ćwiekiem w kształcie czaszki, gierki z niemieckich sklepów, odebrany serwis Mietka J., czy zwykła głupota to była, gdy postanowiłem się do Kasi B. odezwać poufale per „prosiaczku”.
Między historią a plastyką, podszedłem do wianuszka jej koleżanek, który to rozkwitł dla mnie odsłaniając ten cud, który w sobie chował – Kasię B. Siedziała na krześle, otoczona innymi blond lokami, jak Afrodyta morską pianą spojrzała na mnie i zamarła. Ona musiała wtedy wiedzieć, że coś się stanie. Miała oczy utkwione w moje spojrzenie, o Boże!, tego spojrzenia rozgrzeszającego mnie z moich grzechów, nieczystych myśli, z papierowych wycinanek z Twojego Weekendu, z tego przyjemnego cyk, którego jeszcze nie osiągnąłem, ale nie miałem wątpliwości iż musi to nadejść, jej twarz anielicy rozpromieniona niezachwianym poczuciem sensu nauki i uśmiech perlisty, mokry i śliski rozwadniający szybciej i lepiej niż znane H2O, to wszystko wpłynęło na mnie olśniewająco. I co ja zrobiłem, w tym całym olśnieniu, w tej scenie prawie jak z filmu „Moja dziewczyna”, co ja zrobiłem. Powiedziałem do niej „prosiaczku”. To co było potem, to o czym mówiłem, spowiła złowroga mgła zapomnienia. Nic.
Mówię do niej „prosiaczku” a potem, mam to w pamięci doskonale zapisane, ruszam ustami, ale żaden, najmniejszy dźwięk z mych ust się nie wydobywa. A po twarzy Kasi B. widzę, że rumieniec rozlewa się niewiarygodnie szybko i z chwilą, tą znikomą częścią sekundy, gdy dochodzę do wniosku, że ów rumieniec nie jest przejawem słodkiego zakłopotania, a ordynarnym rumieniem speszenia i wstydu, wtedy ten, ten, ten… KOLOR rozpływa się po twarzach koleżanek, które więdną i zamykają moją Afrodytę w środku czerwonego, płomiennego kwiatu, który już nigdy miał się dla mnie nie otworzyć.
Tak, to była prawdziwa trauma. Kilka chwil później odzyskuję dźwięk moich wspomnień. Pierwsze słowa jakie utrwaliły mi się w pamięci, były takie: „Miłość jest bez sensu”. I faktycznie, przez długi czas tak myślałem.
W ósmej klasie, zabujała się we mnie (zawsze to było jakoś tak, że to one się we mnie zabujowywały, a nie na odwrót) Agnieszka T. z Bolesławca. Przyjeżdżała na Pycinę do swojej babci. Zabujała się we mnie na ament w pacierzu i odbujać się nie chciała. Co gorsza, Aga T. poważnie myślała o życiu, w wieku piętnastu lat znała ilość dzieci jakie będzie jej dane urodzić, jak będzie wyglądał ich dom, Aga T. wpisała mnie w swój plan, ponoć pasowałem idealnie. Agnieszka T. bardzo chciała się ze mną całować. Skurkowana wiedziała jak mnie podniecić. Czaicie, piętnastolatka, który gra w Gianę Sister, ona wiedziała jak podniecić.
W małych miejscowościach miejscem intymnych spotkań są zazwyczaj autobusowe przystanki na rogatkach. Kiedyś, to było lato między siódmą a ósmą klasą, czyli nie tak drastycznie daleko od tej felernej wiosny, zaciągnęła mnie, ta nimfomanka na taki przystanek i włożyła mi język do ucha.
Wiecie, czternastolatek, czy tam piętnastolatek, a pamiętajcie, że było to lat temu prawie osiemnaście, myślał, że w spodniach ma wąż strażacki, a nawet jak w nocy coś z niego pociekło, to gacie lądowały za oknem, a sprawa spychana zostawała do podświadomości, aby później w dorosłym życiu mężczyzna mógł odkryć, że to nie było nic złego. Aga T. wsadziła mi język do ucha i tym samym mój wąż strażacki zmienił przekonania i więcej wężem strażackim nie chciał być. Co gorsza Giana Sisters nie cieszyła jak kiedyś, klocki Lego stały się banalne i nie kręciły mnie, myślałem, że może jestem nienormalny, za krótko myłem zęby, albo w lecie jakiś lód zaszkodził mi.
Ale nie, nic z tych rzeczy. Miałem, nie boję się do tego przyznać, miałem wzwód. Jeszcze nigdy tak szybko nie spieprzałem do domu ze spotkania z Agnieszką T. z Bolesławca. Od razu wgrałem sobie Gianę czy tam River Ride, pykałem do późna w nocy, ale to przerażające uczucie mnie nie opuszczało. Przeskakując ostatni level, postanowiłem, że trzeba to skończyć, że jest to jakieś okropne okropieństwo, które niszczy mój świat. Wiedziałem, że to wina jedwabnej koszuli i spodni Piramidy, że to ten cholerny strój zwrócił oczy Agi T. na moją postać.
To co zdawało się być atutem w sprawie Kasi B. okazało się przekleństwem w przypadku Agi T.
Przestałem się do niej odzywać, a że nie miała odwagi przyjść do mnie, o czym doskonale wiedziałem – w końcu przyjezdna nie bardzo się czuła by po ulicach miejscowych samej spacerować – kontakt się między nami urwał.
Po dwóch tygodniach, gdy został jej tylko jeden dzień do wyjazdu, wysłała do mnie mediatora z listem. Aneta P. prywatnie jej przyjaciółka, przyniosła pachnącą kopertę zroszoną łzami. W tych plamach wody widziałem złamane serce, zniszczony domek i nasze dzieci na śmietniku. Ale musiałem być twardy, Giana i jej siostra nie znosiły konkurencji, forteca Piratów Kapitana Kuka domagała się naprawy i wzmocnienia murów. Nie, mimo całej sympatii i, jakby nie patrzeć miłych doznań, nie mogłem się odważyć na to by znajomość naszą kontynuować. Na szybko wykombinowałem zmyślną historyjkę o gangrenie szczęki, którą zaraziłem się od koleżanki siostry, której to koleżance wycięto całą żuchwę i że mnie też to czeka, a co oznacza, że niedługo, już więcej nie będę mógł się z nią całować, a to przekreślało jej romantyczną wizję w sposób bezapelacyjny, ostateczny i skuteczny.
Spotkaliśmy się jeszcze raz z Agą T.. Na zimowe ferie. Zobaczyła, że żuchwa u mnie na miejscu, że nic się nie stało, ale szybko jej wyperswadowałem iż czasu mi zostało niewiele, że choroba postępuje i dla wspólnego dobra, lepiej się nie całować.
Wróciłem szczęśliwy do domu, w końcu dwa tygodnie zimowej laby, w ciepłym domu, przed ekranem ogromnego grundika, w świecie gier komputerowych, to musicie przyznać, było coś. To było takie coś z czym nie mogła konkurować ani Kasia B. z rumieńcami na policzkach, ani Aga T. ze swoim językiem w moim uchu.
Nigdy nie przyznałem się kolegom z klasy, że przez całą podstawówkę ani razu nie waliłem konia. Zaraz po rozdaniu świadectw pojechałem z tatą do S. do szkoły zawodowej zawieźć papiery.
Trochę było tkliwości, nie powiem, Kasię B. zmoczono łzami i obsypano kwiatami, ja stałem zły, z jakimś przedziwnym uczuciem pustki i złości, było mi duszno i niedobrze.
Mechanik samochodowy, taki wybrałem zawód. Brudny i śmierdzący, a po zawodówie chciałem iść od razu do wojska, a potem zginąć na jakimś poligonie, tak na poligonie, bo nawet nie wiedziałem, że jakieś wojny się obecnie toczą, na których warto byłoby wywiesić sztandar miłości i za nią zginąć.
Ale, na całe szczęście, na swoje drodze spotkałem Kulkę, który to (bo Kulka to był facet) pożyczył mi kasetę Defekt Muzgó i już wiedziałem jak na Kasi B. i na Agnieszce T. z Bolesławca się zemścić. Za te ich rumieńce, domki z dziećmi i język w moim uchu. Zostałem punkiem.

Odpowiedzi: 14

Subscribe to comments with RSS.

  1. [...] pomysł Wałujewa z FP. Napisałem, ale za wcześnie, a że temat pilny to umieszczam u siebie. Takie przyjemne cyk Otagowano z:miłość, punk, [...]

  2. goha said, on 6 Grudzień 2009 at 10:18

    Oj taaak. Bylo…Historia krotka ale przywolujaca wspomnienia na caly dzien. Choc z drugiej strony Freud mialby tu pozywke hehehe
    Milo,smiesznie,tragicznie,komicznie. Podobalo mi sie to wspominanie.

    • tomasz8705 said, on 6 Grudzień 2009 at 11:44

      Ponoć Freud nie żyje :d, ale Elvis jednak tak.
      Dzięki Gosh za kolejną wizytę i oczywiście zapraszam na kolejne “poczytaj mu mamo” :d

  3. Z Prowyncyji nad Miejskim said, on 19 Styczeń 2010 at 21:46

    PUNX juz umarł ale Starzy Punkowcy nigdy nie umierają !!!

  4. tomasz8705 said, on 19 Styczeń 2010 at 22:48

    Ugh… kto to może być???
    starzy nie starzy, i tak umrzemy wszyscy nim na skrzypcach nauczymy się grać :D

  5. Z Prowyncyji nad Miejskim said, on 20 Styczeń 2010 at 6:18

    Przypuszczam iż w swej niezmierzonej mądrości wiesz kim jestem ..ale tak dla spokoju może kawałek tekstu pewnej piosenki utwierdzi Cię w tym przekonaniu, lub podpowie..

    …Gitara, ognisko tu leją się po pyskach, słońce jezioro ich trzech ale nas czworo…
    Kazik Staszewski

    A co do skrzypiec.. hemm jakoś nigdy mojej skromnej osoby nie kusiły… i chyba nie zaczną..

    .klasa “B” rocznik najpiękniejszy pod słońcem

  6. tomasz8705 said, on 20 Styczeń 2010 at 12:41

    nie będę zgadywał, bo i tak to są jaja, a piosenkę znają wszyscy :d

  7. Z Prowyncyji nad Miejskim said, on 20 Styczeń 2010 at 15:10

    skoro powiadasz ze jaja niech Ci będzie… upierać się nie zamierzam…
    ..pozwolisz pozostawię resztę bez komentarza…
    może kiedyś się gdzieś spotkamy jak powrócisz z B. w UK do O. w PL

    a teraz narka

    • tomasz8705 said, on 20 Styczeń 2010 at 22:34

      sprawa jest prosta, jesli to nie są jaja, więc po co ta zabawa w ciuciubakę, sprawdzasz, czy kojarzę fakty?

      • Z Prowyncyji nad Miejskim said, on 21 Styczeń 2010 at 7:43

        powiadasz ciuiciubakbke…
        skoro tak myślisz bo sie nie podpisałem ze to ja g. to sie mylisz panie W.
        Ja chyba też się myliłem…
        No cóż dawno żeśmy się nie widzieli więc może to jest przyczyną.

        Pozdrawiam śnieżnie i zimowo z miasta nad Wisłą panie W., albo Z Prowyncyji nad Miejskim ..jak kto woli…

        g.

      • tomasz8705 said, on 21 Styczeń 2010 at 9:31

        Góral, Grzesiek? No i narobiłeś bigosu i teraz jestem knfjuz :d A dlaczego tak poważnie, tak ostentacyjnie i dlaczego “panie W.” ?

      • Z Prowyncyji nad Miejskim said, on 21 Styczeń 2010 at 18:40

        haha no to masz zagwostke..;) a jednak ci zadałem zagadkę .. kolejna podpoweidź..:)))

        A dlaczego nie .;) W. a pamietasz kiedys wyprawe nocna z dwoma kolegami nyska po krzaczorach za EKO..??..;) dlatego toż Panie W…;)))

        pozdroofki
        g…:)

      • tomasz8705 said, on 21 Styczeń 2010 at 23:55

        Góral :d
        no jak mam nie pamiętać Wodzu prowadź :d
        eh… to były czasy :d po co to my szliśmy, a po moździerz jeśli się nie mylę :d
        Pozdro Warszawiaku :d

  8. Z Prowyncyji nad Miejskim said, on 21 Styczeń 2010 at 7:38

    jaką ciuciubabke…???
    Co uważasz że jeśli się nie podpisałem że to ja g. to jakaś zabawa w ciuciubabkę.. hemm no cóż…
    Troszkę się myliłem chyba panie W.
    Pomyłki mogą się zdarzać dawno żeśmy się nie widzieli..i nie rozmawiali…

    nic to pozdrawiam zimowo z miasta nad Wisłą…..
    albo z Prowyncyji nad Miejskim wielce szanownej zresztą…
    g.


Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.