siedem scen z życia
Sobota
Dokuczliwy upał nie pozwala się komunikować. Słowa się topią, obraz rozmazuje, kształty zlewają się z dźwiękami w drżącą papkę. Słońce na niebie jak wielka soczewka wypala ludziom dziury w głowach, wysusza i pali oczy, popieli skórę. Upał w wielkim mieście, ciała między nagrzanymi ścianami kamienic, dziecięce truchełka wysychające w piaskownicach. Upał i nuda, upał i zimne piwo, upał i grill na balkonie.
Karol leżał w wannie z zimną wodą. Samochód sprzedał, a telepać się na wieś podmiejskim to samobójstwo. Mimo że myśli o zakończeniu życia nawiedzały go ostatnio częściej niż zazwyczaj, to jeszcze zupełnie nie zwariował by ostatnie chwile życia spędzić w zatłoczonej „ósemce”.
Woda zdążyła stracić swoje chłodzące właściwości, ale Karolowi nie śpieszno było się podnieść. Czekał na Renatę. Miała zaraz wrócić. Umówiona była na jedenastą, a dochodziła już pierwsza.
Piątek
- Panie Karolu, my musimy jakoś to wszystko poukładać. Ja rozumiem, problemy, ja rozumiem, że życie prywatne jest ważne, ale proszę pana, Panie Karolu, nie możemy, jest to niedopuszczalne, aby zaniedbywał pan swoje obowiązki względem firmy. – Szef był człowiek, ale do pewnego stopnia. Niedociągnięcie produkcji do „targetu” traktował jako osobistą wycieczkę, jako krucjatę przeciwko człowieczeństwu w ogóle.
Panowie, zwykł mawiać na porannych „mitingach”, target w tym tygodniu wynosi sześćdziesiąt dwa procent, trochę wysoko, ale zważywszy, że sezon nam sprzyja, to myślę, że uda nam się bez problemu. Od wszystkich wymagam pełnej dyscypliny i zafokusowania na targecie.
Karol stał przed nim jak skarcone dziecko. Chciałby mu wytłumaczyć w czym problem, ale znał Szefa – człowiek oddany pracy, to jest dopiero człowiek, to jest nadczłowiek – swoją maksymę przypominał podwładnym, tak często, jak tylko często nadarzała się ku temu okazja.
Czwartek
- Musisz zostać ze mną jeszcze trochę – prosiła Renata – sama sobie nie poradzę.
-Nie stawiaj mnie przed takimi wyborami. Ja nie mogę stracić pracy, zdajesz sobie z tego sprawę. Nie mogę. Wzięłaś roczny bezpłatny urlop, wszystko rozumiem, dla mnie tez jest to priorytetowa sprawa, ale do kurwy nędzy, za co będziemy żyć jak mnie zwolnią.
- Zadzwoń chociaż, że się spóźnisz… dwadzieścia minut – Renata nie była zła za ten wybuch, przerażała ją wizja zostania w domu samej.
Karol podszedł do żony, pocałował ją w czoło, starał się to zrobić najczulej jak potrafił. Renata przywarła do niego i nie chciała puścić.
- To nie jest rozwiązanie Renia. – Oderwał się od niej i wybiegł na rozgrzaną patelnię ulicy.
Pędził do autobusu, podeszwy skwierczały, wytapiał z siebie tłuszcz. – Powinienem ogolić głowę – pomyślał. „Ósemka” zamknęła mu drzwi przed samym nosem, kierowca uśmiechnął się drwiąco i odjechał.
Środa
Wieczór daje ukojenie. Jeśli uda się złapać odpowiedni moment, można go przedłużać, rozciągać jego trwanie, do kolejnego zakłócenia, do następnego rozpraszającego telefonu, wiertarki, płaczu dziecka. Widok z balkonu nie był zachwycający. Balkon nie był miejscem anonimowym. Nie w taki upał. Sąsiedzi z lewa, z prawa i z naprzeciwka, każdy chciał trochę dla siebie, tego powietrza, tego wieczornego chłodu zaprawionego chmurką.
Małżeństwo siedziało na rozkładanych krzesełkach, między, którymi stał rozkładany stolik, a na stoliku dzban z lemoniadą. Woda, cukier cytryna, mnóstwo lodu. Sztywniejące palce, przykładanie szklanki do czoła i do dekoltu, moczenie palców w napoju, oblizywanie. Sekretne pieszczoty, karmienie fantazji, wydłużanie szczęścia.
Słońce zaszło za kamienicę, zaświeciły się latarnie. W mieszkaniu naprzeciwko starsze małżeństwo usiadło do kolacji. Kolacja szurająca, kolacja pociągająca, kolacja mlaszcząca, kolacja przy górnym świetle.
- I to byłoby na tyle – powiedziała smutno Renata i weszła do domu.
Wtorek
- Nie rozumiesz mnie, nie rozumiesz i nie zrozumiesz – krzyczała na niego.
Szybkimi krokami przemierzała niewielką powierzchnię, przedpokój, kuchnia, łazienka, pokój i drugi pokój. Karol siedział w fotelu i z udawaną obojętnością, przyglądał się temu co się dzieje.
- Nie zrozumiesz, bo nie możesz, bo właściwie, sama nie wiem, czy ty tego, też nie robisz. – Zatrzymała się i spojrzała na niego z wściekłym wyrzutem. Wwiercała w niego wzrok, czekając, na przyznanie się, a może na policzek.
- Nie obawiaj się, pracuję z samymi mężczyznami – Starał się ją uspokoić.
Renata przez chwilę wydawała się spokojna, ale kolejny atak kurwicy, był gwałtowniejszy niż poprzedni.
- To nie jest usprawiedliwienie, nie rozumiesz… Nie robisz tego, bo nie masz okazji, gnoje, wszyscy jesteście gnoje… Kobiety zresztą też. – - Usiadła na dywanie jak zrezygnowane dziecko. Karol myślał, że jej przeszło i że zaczęła płakać.
Podszedł do niej i chciał ją przytulić, dostał w twarz. Nie poznawał jej, oczy, usta, rysy twarzy, zmieniały się, jej buzia nabierała obcych kształtów, nieznane spojrzenia witały go rano, bolesne grymasy odbierały apetyt. Renata nie wytrzymywała.
Poniedziałek
Upały nie zelżeją przez cały tydzień, ostrzegamy osoby…
Karol wyłączył telewizor, spojrzał na Renatę. Po solidnej dawce relanium, spała mocno. Już od dawna nie widział jej twarzy bez tego grymasu zniechęcenia.
- Dziś znów to zrobił, jutro idę na policję i do sądu – powiedziała przez półotwarte usta.
Karol nie był zdziwiony, sam jej to doradzał, ale w tym momencie poczuł lęk. Kredyt za mieszkanie, kredyt za samochód, kredyt za kuchnię i łazienkę, za podłogi, za okna, całe mieszkanie jęknęło ze strachu przed komorniczymi znaczkami.
Niedziela
- Karol, musisz być ze mną, to się może źle skończyć. Musisz być ze mną, rozumiesz, inaczej nie dam rady. – Renata patrzyła w jego oczy, szukała w nich lęku, który mógłby ją zwolnić z tego, co chciała zrobić.
Gdyby znalazła w nich choćby ślad, łapkę lęku, jakąś plamkę niepewności,ale nie, patrzał na nią bez mrugnięcia, z jakimś samurajskim gniewem, poczuła tę siłę, poczuła, że poprzez ręce idzie do niej ta pewność.
Sobota
Ciało Karola zrobiło się całkiem miękkie, ciało ogrzało wodę do temperatury zupy, mydliny zwijały się na brzegu wanny. Leżał jak krewetka w zimnej zupce chińskiej.
Dochodziła druga. Renata nie wracała. Zaczął się martwić, ale pomyślał, że przecież gdyby było coś nie tak, zadzwoniłaby. Zrobił sobie kawę, usiadł na zydelku w kuchni i gapił się za okno.
Zamek w drzwiach zgrzytnął, Renata weszła do domu. Przez dłuższy czas stała w przedpokoju. Karol nie pośpieszał jej, czekał.
- Daj mi papieros – powiedziała z przedpokoju.
- Na pewno?
- Kurwa, coś ty taki poprawny, dawaj – głos Renaty nie pozostawiał wątpliwości co do jeje stanu.
- Chodź i sobie weź.
Renata weszła do kuchni, spocona, zmęczona i nieobecna. Wzięła papierosa do ręki, ale nie odpalała, bawiła się nim. Mąż wpatrywał się w nią uporczywie, ale jej oczy, zupełnie wyblakłę i puste, nie zdradzały tego co się stało w ciągu tych paru godzin.
- Co powiedział lekarz? – Zapytał w końcu, bo Renata nie przejawiała ochoty do opowiedzenia mu o wizycie.
- Jestem w ciąży – oznajmiło sucho – akurat teraz, kurwa.
Gdyby wyciągnąć spod Karola zydelek, jego pozycja by się nie zmieniła. To co wydarzyło się w jego głowie, a co trwało sekundę, można by opisać jednym słowem: katastrofa.
- Myślałem, że idziesz do psychiatry, nie do ginekologa?
- Poradnie są na tym samym piętrze. Psychiatra zalecił – tutaj spojrzała na męża przeciągle – zalecił więcej czasu.
- Czasu na co? – Karol był poddenerwowany.
Będzie tatą, mamą będzie schizolka, będą oboje bezrobotni, będą żebrać, a Renata, nie chce mu w kilku słowach wyjaśnić co się dzieje.
- Mów do cholery, jaka ciąża, co z głową.
- Musimy więcej czasu spędzać razem. Musisz mi pomóc w procesie, musisz mi pomóc w czasie ciąży…
- I mam jeszcze zarabiać na życie?
- Tak to wygląda.
