raj adama
Ewa wróciła do domu przemoknięta i zziębnięta.
Nie wiadomo, które deszcze są gorsze, te późnojesienne, czy wczesnowiosenne. Listopadowe ulewy nie trwają zbyt długo, z wieczora zaczynają przymarzać, skuwając ziemię w twardą grudę. Marcowe siąpienia, niby zwiastujące śmierć zimy, zdają się bawić z ludźmi w nieprzyjemną grę polityczną, czekając z meteorologiczną abolicją do ostatniej chwili.
W marcu jak w garncu, szemrała pod nosem kobieta ściągając paltot.
- Adam! Wróciłam. Nie łaziłeś nigdzie, jak mnie nie było. – Krzyczała z kuchni w stronę pokoju gdzie, leżał mąż.
- „Nie!”
Nastawiła wodę w czajniku i czekając, aż się zagotuje, patrzyła na sad za oknem.
Pośrodku ogrodu stała stara jabłoń, posadzona bardzo dawno temu przez, jak głosi rodzinna legenda, pradziada Adama. Była to jedyna jabłoń, z której owocu nie wolno było zrywać. Opowiadano we wsi, że drzewo jest cudowne. Zwaśnionym, którzy pod nim usiądą, ześle pokój; zepsutym mężczyznom, dobrą kobitę; szpotawym źrebakom, zdrowe kolana.
Woda zawrzała i wypchnęła gwizdek, ten padł niemy na podłogę i potoczył się pod krzesło. Ewa powiodła za nim wzrokiem. Po drodze napotkała swoją torbę, leżącą wciąż na podłodze. Z torby wystawała duża koperta z notarialną pieczęcią.
- Adam! Dlaczego to nie można z jabłoni zrywać jabłek? Bo co? Nie pamiętam! – Krzyczała wciąż z kuchni.
- „Bo umrzesz!”
„Bo umrzesz”, co za bzdury, pomyślała gospodyni i zawołała córkę. Nastoletnia dziewczyna, w za dużym swetrze, agrafkami w uchu i żyletką pod językiem, zbiegła na dół i z dąsem zapytała:
- Że niby ja? – Ciężko jej było mówić przez tę żyletkę, ale, jak twierdziła, praktyka czyni mistrza.
- Pójdź no do szopki i przynieś no husqvarnę…
- Ta-tu-sio-wą – wypluła żyletkę i wybałuszyła oczy.
- Tak! Leć no – rozkazała z nutą szaleństwa w głosie.
- Ty to jesteś mamo, wiesz co… – I już jej nie było.
Minęła trochę czasu zanim Róża wróciła z piłą mechaniczną. Ewa usiadła przy stole i wyjęła dokumenty z koperty. Kawa pachniała pod sam sufit. Spojrzała w stronę pokoju męża:
- Napiłbyś się kawy Adam? – Zapytała cichutko.
- „Napiłbym”.
W gardle gilgotało, oczy piekły. Krople potoczyły się po polikach. Czego beczysz głupia, strofowała się za swą ckliwość. Ale czy to była ckliwość, zapytywała siebie? Czy coś więcej?
- A bo mi siebie żal? – Mówiła głośno, nie bacząc na to, że w każdej chwili może wejść Róża z piłą. – Ciebie mi żal, Adasiu. Takiś marny, całe życie przy cycu mamci i przy płaszczu ojczulka. Nigdyś się Adamciu nie postawił, jak grali takeś tańcował, no i żeś się dotańcował, w końcu. Mówiłam, sprzedajmy ziemię, jak można. Dom sprzedajmy, do miasta pojedźmy. Toś się bał, co ojce powiedzą – westchnęła głęboko i dodała: – Wiesz mężu, co ja mam tutaj przed sobą?
- „Nie.”
- Wczoraj rano byłam u pani mecenasowej. Sporządziłyśmy te papiery. Wiesz, co to za papiery? – Machała nimi w powietrzu patrząc w stronę pokoju męża.
- „Nie.”
Do kuchni wbiega umorusana Róża, z pomarańczową piłą w ręku.
- Co żeś się tak umorusała? Postaw ją koło kuchenki. Nie, nie tam. Koło mojej torby. – Mówiąc wymachiwała wskazującym palcem tak, że córce ciężko było się zorientować, gdzie dokładnie miała postawić narzędzie.
- Benzyny nie mogłam znaleźć, już myślałam, że nie ma, ale była…
- Teraz biegnijże na górę, zawołam jak będę gotowa. Zrobimy sobie dzisiaj ognisko. – Oczy jej zaszły szaleńczą mgłą, co, nie ukrywajmy, spodobało się córce.
Dziewczyna poleciała do swojego pokoju robiąc na schodach raban. Jej ciężkie, wojskowe buty dudniły wesoło, a nie jest to rzecz normalna u zbuntowanej nastolatki.
Kawa przestygła i Ewa wychyliła cały kubek jednym haustem. Oczy poszerzyły swoje pole widzenia, nozdrza nadymały się i opadały jak u konia sportowego, a na dłoniach wystąpiły żyły.
Z kuchni do pokoju miała cztery i pół kroku. Wstała, wzięła w rękę papiery i poszła do męża. Nacisnęła klamkę. Światło wpadające do wewnątrz na chwilę oświetliło jego bladą twarz, na której tle, czarny wąs wydawał się być maźnięty jakąś pomadą. Zamknęła drzwi, najciszej jak potrafiła. Awantura trochę od niej odstąpiła.
Zapaliła świeczkę u wezgłowia i spojrzała na Adama.
- Wiesz, co to jest?
- „Nie.”
- Papiery rozwodowe. Wczoraj załatwiłam. Wiesz dlaczego?
- „Nie wiem”.
- Bo od jakichś piętnastu lat cię nie kocham. – Włożyła mu plik papierów do ręki. – Pewnie chcesz wiedzieć, dlaczego z tobą byłam?
- „Chciałbym.”
- Powiem ci. – Zastanowiła się chwilę, bo to co miała mu do powiedzenia, uleciało jej z głowy: – Jakoś tak wyszło…
Ewa patrzyła na męża, na jego znajomą, a obcą twarz. Nie spuszczała z niego wzroku. Zamknęła wieko trumny i wyszła z pokoju. Szarówka wita się z szybami, zapowiadając dżdżystą noc.
Oddech Ewy był niespokojny. Objęła głowę oburącz, obróciła się ku drzwiom, oparła czołem o nie i płakała. Zawieszona między pragnieniami z wczoraj, a dzisiejszą niespodzianką, nie mogła znaleźć słów by powiedzieć sobie, co czuje. Chciała powiedzieć Adamowi, urządzić poważną pogadankę „tak żeby mu w pięty poszło”. A tu nic z tego, wściekłość w niej wezbrała gorąca.
Weszła jeszcze raz do pokoju, podniosła wieko i krzyczy w twarz nieboszczyka:
- Nawet tego mnie pozbawiłeś! Miałam być rozwódką, znienawidzoną we wsi babą, która rzuciła „takiego dobrego chłopa”, mieli się mnie bać, wytykać palcami, miałam być postrachem mężatek! A teraz, tylko litość! Gnojek!
Wybiega z pokoju, trzaska drzwiami. Chwyta za piłę i krzyczy do córki.
- Róża! Chodź, zobaczymy, czy od tego się naprawdę umiera!
- Mamo, ty się aby dobrze czujesz? – W głosie córki zawierała się fascynacja pomieszana z przerażeniem.
- Tak, bardzo. Powiedzieć ci coś o twoim ojcu? Tatuś miał wiele wad charakteru i jedną serca.
