Anderseitsarbeiter

polska ze snu

Bez zbędnych wyjaśnień: rano, zaraz po przebudzeniu poczułem się geniuszem.
Surrealiści, podbudowani freudowską teorią podświadomości, tworzyli najwymyślniejsze dzieła, przekraczając wszelkie granice narzucone przez klasyczny rozsądek, konieczności utylitarne, realistyczne celowości. W tej koncepcji pozostanę, by sobie nie psuć poczucia geniuszu jaki rano mnie nawiedził.

Dlaczego architektonicznie mi się śniło? To mogę odgadnąć. Przed snem, dostarczyłem swojej podświadomości informacji na temat stuletniego brazylijskiego architekta, nazwiskiem Niemeyer. Dlaczego wyśniła mi się budowla jako symbol Polski? Tego już nie wiem, bo przecież treści patriotycznych nie dostarczałem sobie wcześniej, może nawet nigdy. Ale stało się. Wyśniłem Polskę jako budynek, który może miał coś wspólnego z budowlami starego architekta, bo faktycznie niewiele w niej było kantów.

Zadać sobie muszę pytanie, dlaczego rano uznałem, że budynek, który wyjrzał z moich piwnic, uznałem, za symbol Polski? No i jakiej Polski? Liberalnej, solidarnej czy zgoła zupełnie innej? Odpowiedzi na to pytanie udzieliłem sobie we śnie. Odpowiedź ta, zapewne nie usatysfakcjonuje czytelnika, bo i mnie nie zadowoliła, a brzmiała tak: bo tak! Na pozostałe zapytania, odpowiedzi żadnej sobie nie udzieliłem. Co pewnie Was, Szanowni Czytelnicy, denerwuje jeszcze bardziej niż mnie. Ale nie mając na to wpływu nie drążę dalej tego tematu. To co mi się przyśniło, było symbolem Polski i basta. Nie wiem, czy to wszystko co napisałem usprawiedliwia jakoś pretensje mojego poczucia do bycia geniuszem, ale nie zmienia to faktu, że tak się poczułem po przebudzeniu.

Skoro już część wprowadzającą mamy za sobą, nawet pokusiłem się tu o jakiś artystyczno-historyczny kontrapunkt, to może powiem jak owy budynek, symbolizujący Polskę naszą, wyglądał i co się z nim działo. Bo z nim się działo, nie był ot, statycznym budynkiem, stojącym i trwającym zupełnie jak inne budynki, bez ruchu. Ten się poruszał jak sandomierska starówka w dniach ostatnich – rozjeżdżał. Właściwie, to on cały się nie rozjeżdżał tylko jego część schodowa. Ale o schodach później, gdy wejdziemy do środka.

Na razie stoimy na zewnątrz.

Co w architekturze jest ważne? Przestrzeń w jakiej się budynek znajduje. W dużej mierze to kontekst wyznacza sens budynku, budowli. Słynna paryska wieża zniknęłaby w centrum industrialnej metropolii wśród drapaczy chmur, które mogły by jej pluć na leciwą łysinę. Ale wieża, dumnie górująca nad Polami Marsowymi, wolna i wyzwolona z kajdan niewygodnego towarzystwa prezentuje się jak złota jedynka w dziąśle rosyjskiego biznesmena. Skoro przestrzeń jest tak ważna, to opowiem Wam, Szanowni Czytelnicy, w jakiej znajdował się budynek-symbol.

Pewnie doskonale wiecie jak wyglądają makiety urbanistyczne (nie wiem czy używam poprawnych terminów, bo architektem nie jestem, ale mam nadzieję, że wyrażam się jasno). Makiety tworzone na potrzeby symulacji. Urbanistyczne wizje lokalne z udziałem przyszłego przestępcy, który ma zaburzyć obecny porządek rzeczy.

Widzimy tekturowe budynki, papierowe drogi-ulice, bibułowe drzewa, wszystko czyste i jaskrawe, świat dla ludzi bez ludzi, raj bez Ewy i Adama. Żadnych brudów, psich kup, starych gazet walających się po kątach, nie widać wyblakłych plakatów wyborczych inkrustowanych swastykami i gwiazdami Dawida, po prostu czysto, jasno i kolorowo.

Oto krajobraz, w którym tkwi budynek-Polska. Stoimy przed nim, realną budowlą w kartonowym entourage’u. Nie jest wysoki. Linia dachu ma kształt fali, a fasada jest cała ze szkła, przez którą widać kolejne kondygnacje. Szklana ściana, u samego dołu ma namalowane czerwono-żółte fale o wzorze uproszczonym, fale schematyczne, nad którymi unoszą się bańki w tych samych kolorach. Możemy to sobie wyobrazić, z pomocą przychodzą nam malunki na zasłonach prysznicowych czy też obudowach brodzików. Brakuje rybek tylko, ale przecież to nie ta kolorystyka. Wnętrze kryje się za owymi malowidłami, widać jakieś poruszające się cienie, świadczące o tym, że znajdują się tam istoty żyjące, no! przynajmniej inteligentne, choć może sztucznie. Bądź co bądź są tam jakieś istoty, humanoidy, roboty (?), na razie nie wiemy, bo stoimy w przestrzeni, wciąż zewnętrznej. Stoimy na skwerku vis a vis budynku –symbolu. Ściany boczne są dla nas nie widoczne, ale wiemy (skąd – nie wiem), że ściany są użebrowane w linii poziomej. Ujmując to najprościej, nasza architektonicznie wizualizowana Polska prezentuje się trochę jak dworzec kolejowy, a trochę jak hipermarket, zdziecinniały, zinfantylizowany. Przestrzeń w koło również zdziecinniała, bo mimo tego, że wzorowana na makietę, plan urbanistycznego zagospodarowania, ale w wykonaniu dzieci z przedszkola, z grupy starszaków pod wezwaniem misia.

Zanim wjedziemy do środka – a jak wejdziemy, to się zaraz okaże – chciałbym nadmienić, że nie chcę tutaj analizować tego tworu wyobraźni mojej, trzymamy się koncepcji surrealistycznej, czyli każdy widzi to co widzi. Freud po rozmowie, z którymś z surrealistów powiedział, że on rozumie co oni robią, ale nie zmienia to jego przeświadcza, że istotnie są to wariaci. Mimo tego, zachęcam do odczytania tak jak Wam się podoba. Oczywiście można całkowicie odrzucić pomysł o tym, że jest to symbol, bo jak symbolem może być wymysł, nocna mara, rzecz zupełnie nie materialna (a materializująca się dopiero w owym tekście), pamiętajcie tylko o tym, że ludzki mózg nie rozróżnia fikcji od rzeczywistości, podczas marzeń sennchy aktywizuje te same partie, które aktywne są na jawie. Dlatego, jeśli liżesz lizaka we śnie czujesz jego smak, a gdy kochasz się z kobietą – osiągasz orgazm.

Wchodzimy do środka. Brak drzwi wejściowo-wyjściowych nastręcza nam niejakiego problemu, konsternacja trwa chwilę, bo ponad dachem budynku, jak zły zza węgła, wyłania się ramię żurawia, dźwigu. Unosi szklaną ścianę i przestaje być ważny. Istoty, postacie wewnątrz nie zwracają na to uwagi, nie ma najmniejszego poruszenia z powodu braku elementu dość istotnego dla konstrukcji budynku. Może jednak nie jest to ważny element skoro nikogo nie wzruszyło jego zniknięcie. O mieszkańcach budynku trochę później. I co nam się ukazało, gdy szklana ściana zniknęła nie wiadomo gdzie?

Przed nami potężny hall. Duża, pusta przestrzeń umacnia w nas poczucie, że znajdujemy się na dworcu, a może na lotnisku. Faktycznie, obok stojących w grupkach ludzi, pokładane są w regularne stosiki jakieś pakunki, walizy, torby. Zdaje się, że nikt się nigdzie nie wybiera, że kupki rzeczy są tam bo są i tyle, a zgromadzeni ludzie, czują się zgromadzeni nielegalnie, bo po ich twarzach, choć nie wyrażają tego, pełga jakiś ognik kontrabandy. Ale jak powiedziałem – o nich potem.

Dopiero teraz sobie uświadomiłem, że kondygnacje, które widzieliśmy przez szybę okazały się fikcją. Nie były namalowane, nie było też ich za szybą. Ściana tworzyła te piętra, poziomy. A może stwarzał je patrzący poprzez szklany mur? No nie wiem, teraz ich nie ma. Schody ukrywały się w głębi hali. Na nich nie było nikogo. Wcale mnie to nie dziwi, i Was też nie zdziwi, bo powiem Wam, że to ruchome schody. Ale nie ruchome w potocznym tego słowa znaczeniu, nie takie jakie widzimy na Dworcu Centralnym w Warszawie. Te schody przypominają klawisze fortepianu wyrastające ze ściany, tyle tylko, że wygięte w łuk, a nawet dwa łuki stykające się ze sobą końcami, przy czym jeden był odwrotnością drugiego, i tak, jak klawisze instrumentu, schody poddawały się naciskom palców pianisty niewidzialnego, falowały. Może i dałoby się po nich wejść, gdyby udało się odgadnąć jaka to melodia, nawet nieopodal stoi pan Janowski , który mógłby przyznać za to jakiś punkt, czy też nutkę, czy co tam sobie by chciał, może misia, może jabłuszko, mniejsza z tym.

Wiem, że bardzo chcielibyście wiedzieć jaka to melodia pozwoliłaby nam wspiąć się po tych schodach, ale tego i ja nie wiem. Może to Mazurek Dąbrowskiego, może Pod Twą Obronę, a może Candle in the wing Eltona Johna? Nie wiem, nie wiem, nie wiem, więc dajmy temu spokój, bo ważniejsze chyba jest to, co się wie, a wie się, że każdy stopień, klawisz był drewniany, a na płaszczyźnie, że tak to ujmę, nastąpnej (od nastąpienia nań) miał umocowaną ciemnoróżową poduszkę w czarne gwiazdy. Po co te poduszki, też nie mam pojęcia,

Właściwie to byłoby na tyle, jeśli chodzi o opis budynku, który, ja w śnie, nazwałem symbolem Polski. Dokąd prowadziły schody? Do nikąd! Zupełnie bezużyteczne, a w dodatku, nawet gdyby ich użyteczność jakoś się okazała, to i tak użytek byłby utrudniony poprzez tego niewidzialnego muzyka, który naciskał na nie, wytłaczał z nich dźwięki dla nas niesłyszalne. Mogę dodać jeszcze, że ludzie, postacie wewnątrz, wcale nie byli zainteresowani wejściem na te schody, z ich min, gestów nie dało się wyczytać nic poza tym, że są obecni. Choć nie wiem, czy obecności swojej świadomi. No, ale miałem nie oceniać.

Zostawiam Was, Drodzy Czytelnicy, z tym wyśnionym symbolem, teraz już zmaterializowanym pod postacią tego piasku słów, którego wam do oka nasypałem.
Rano po przebudzeniu czułem się jak geniusz. Oto udało mi się znaleźć dopowiedź na to pytanie, które tak uporczywie zadaje Tomasz Lis, co z tą Polską? Tylu ludzi się nad tym głowi. Stara się dotrzeć do jądra problemu, do sedna sprawy, do Sensu i Prawdy, a ja proszę, obudziłem się i wiedziałem. Z Polską jest tak jak z tym budynkiem. I już i basta.

Poczucie geniuszu zblakło wraz z dniem, który minął, odeszło w kąt i w ogóle przestało być ważne. Surrealiści też przestali być ważni, Freud też niewiele ma do powiedzenia i ja nie czuję się najlepiej.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.