poborca
Utrzymanie jamy ustnej w jako takim porządku nie nastręcza zbyt wielu kłopotów. Od biedy można nawet palcem, pod bieżącą wodą. Problemy zaczynają się wtedy, gdy zamiast solidnych stalaktytów i stalagmitów w paszczy mamy rozczesane wiatrem wydmy lub ruiny zamku.
Poborca przechadzał się po okolicy. Obejście majątku należącego do Zamku zajmowało mu ni więcej, ni mniej tylko rok. Co cztery lata Poborca miał dzień wolny. Wtedy udawał się nad rzeką, nachylał się nad taflą wody, jak kwiat. I udawał.
Zbieranie podatku to męcząca praca. Kobiety z rzadka dawały się przekonać do płacenia. Dopiero wizja zajazdu lekko je usposabiała.
Odpoczynek zaczynał się o zmierzchu a kończył o świcie. Zwyczajny odpoczynek. Pod dębem, pod sosenką, pod lipą lub olszynką.
Zbóje rabowali w okolicy Zamku. Grabili, palili i plewili. W niwecz obracając domostwa niespokojnych Kobiet i ich Kobiet.
- Dawaj całe złoto, które niesiesz ze sobą. – Krzyczał Zakapturzony Robert.
- Nic ci nie oddam łotrze, wszak jestem poborcą – wskazał na worek i dodał – podatkowym.
- A to przepraszam. – Powiedział Zakapturzony Robert i znikł.
Myślałem, że opowie dowcip, szepnął do siebie Poborca.
- Ten o gąsce Balbince? – Dosłyszał głos zbója zza krzaków.
Zima za pasem, worek robił się coraz cięższy. Poborce zaczynały boleć zęby. Przeciągi, wieczne przeciągi.
Rok ustępujący zwiastował nastanie roku następującego. Poborca się cieszył zakrywając ręką usta. Idzie luty, podkuj buty podśpiewywał sobie znane w okolicy Zamku porzekadło. Melodia podśpiewywana była w tych rejonach nikomu nie znana, więc Poborca czuł się zupełnie swobodnie.
W domu, którego dach okryty był puchatą czapką paliła się mała oliwna lampka. Oho! Oczekują mnie, pomyślał Poborca. Zapukał.
- Witaj dobra Kobieto. – Przez uchylone drzwi wejrzał do środka. – A co to? Palicie oliwę, w dzień zwykły?
- Kobieta mi umarła – odparła Kobieta.
- Szkoda.
- Szkoda, dobra była. – Oblizała wargi i zaprosiła Poborcę do środka.
- A nie, nie… Dziękuję. W dniach uroczystych: święta, śmierci, urodzin Hrabiego z Zamku podatków nie pobieram.
- Odejdź – odszedł.
Szkoda, pomyślał Poborca, dobra Kobieta to była. W naszej okolicy dużo dobrych Kobiet. I ja jestem Kobietą, choć chyba się pomyliłem, myślał dalej Poborca. Rozważał swoje bycie lub nie bycie Kobietą. Doszedł do wniosku, że Kobietą jest, tylko wtedy gdy nie jest Poborcą. Raz na cztery lata, czyli.
- Dawaj całe złoto, które niesiesz ze sobą – wykrzyknął Zakapturzony Robert.
- Nie mogę, wszakże jestem Poborcą – wskazał na worek i dodał z emfazą: – podatkowym.
- Zapomniałem. – I znikł.
Myślałem, że opowie dowcip chociaż, żalił się w duchu Poborca. Nadstawił ucha, czekał chwilkę, ale nic nie usłyszał.
Nastał dzień wolny. Dwudziesty dziewiąty lutego. Moje urodziny, cieszył się poborca. Moje dziesiąte urodziny.
Nad rzeką, nad którą udawał się jak zwykle pieszo, nie spotkał nikogo, co nie powinno nikogo dziwić, gdyż nikogo tam nie było.
Usiadł na kamieniu i spojrzał w toń, nachylając się nad czarną wodą jak kwiat. Jego twarz odbijała się w pomarszczonym zwierciadle.
I jak tu nie udawać. Jestem piękna. Uśmiechnęła się do siebie.
