pobite gary
Gogomanowi
I
Mieszkanie, jak zresztą cały dom należało kiedyś do średniozamożnego Niemca, pomocnika aptekarza, którego wygnano z jego domu w odwecie za to całe „gówno, które wpadło w wentylator”, a za które nie był odpowiedzialny. Czasami zdarza się tak, że szczęście czyjeś na czyjejś niedoli rośnie. A to niedobrze.
Po wojnie, wspomniany dom został „sprytnie” podzielony na dwa małe, klaustrofobiczne mieszkania. Nie wiedzieć, czemu „modernizatorzy” uznali, że obywatelom w nim mieszkającym, znacznie bardziej przyda się szeroki na dwa metry korytarz niż parę dodatkowych metrów kwadratowych powierzchni mieszkaniowej.
Dom. Dom to trochę szumna nazwa dla tej rozlatującej się, śmierdzącej pokraki, która przycupnęła sobie przy niewielkim placyku, na którego środku, przed wojną stała kolumna zwycięstwa zwieńczona jakimś koszmarnym pruskim ptaszyskiem, ale nie ma już śladu po niej, przepadła wraz z rodziną pomocnika aptekarza i innymi. No, ale dom! Schronienie dla dwóch rodzin. Miejsce, do którego wraca się po ciężkim dniu, siada w fotelu i włącza telewizor – na tym poziomie, to był dom, bez wątpienia.
Drzwi prowadzące na szeroki na dwa metry korytarz były zniszczone. Nosiły na sobie znamiona czasów i czynów dawnych, nie zawsze szlachetnych. Nie raz, sąsiad Bożydara i Werki będąc kompletnie zalany, próbował otworzyć je za pomocą siekiery, grabi, czy co tam miał pod ręką. Zamiast je ciągnąć, pchał. Liszaje farby osypywały się z nich jak jesienne liście. Odnosiło się wrażenie, że gdy cała farba opadnie łagodnie na chodnik, drzwi przestaną istnieć. Zupełnie bezużyteczny wpust na listy został zakneblowany starą szmatą. Jedynie zdobiona klamka ratowała ich honor, świadczyła o niegdysiejszym dostojeństwie domu i domowników.
Ludzie grają w totolotka z nadzieją na wygraną, która zmieni ich życie. Bezzębne i biedne kobiety mieszkające przy placyku czuły się wybrankami losu, zwyciężczyniami w boju o pozycję społeczną. W jednym z domków, na parterze mieszkała Stara Ancikowa, wiecznie wystająca ze swojego okna, wypatrując „zdarzeń”.
Kim była Stara Ancikowa i dlaczego kobiety mieszkające w jej sąsiedztwie czuły się wyróżnione?
Najprościej mówiąc, była ona Matką Chrzestną prawie wszystkich małżeństw i konkubinatów w mieście, ale nie rozwodów, sądowe rozstania były źle postrzegane, budziły wstręt, a kobiety dopuszczające się tego haniebnego czynu, bo pozwy najczęściej składały kobiety, powoli i bardzo niedelikatnie wypadały z zbiorowego życia. Była pojemnym jak Internet poradnikiem domowym, staruchą, która całą wiedzę o życiu czerpała z… życia. Kobiety mawiały, jeśli ci się zupa przypala, kartofle gniją albo chłop kołtuni, to idź do niej, na pewno nie odmówi porady. Chodziły więc, z różnymi problemami, niekiedy spędzały u niej pod oknem parę godzin, a jeśli któraś zniknęła w jej mieszkaniu, to sprawa musiała być poważna, zaraz jakiś gówniarz z podwórka leciał do „Boczka” po flaszkę i odbywała się „narada”. Tak było wtedy, gdy mąż pani Tomczukowej potrącił po pijaku rowerzystę, męża swojej kochanicy. Pani Tomczuk z rozpaczy chciała popełnić samobójstwo, bo mąż w kryminale, jego stosunki się upubliczniły, wstyd i hańba. Przyjaciółka namówiła ją, żeby poszła do staruchy. Po wizycie, sprawy potoczyły się dobrze. Mąż wrócił z „wyjazdu”, sporządniał, nie pił. W niedziele, po mszy szedł ze swoją żoną pod ręka na spacer po parku mówiąc wszystkim głośne: dzień dobry. Skandal rozpłynął się w powietrzu.
Na temat jej przeszłości krążyły legendy, a to, że bywała w świecie, że widywała koronowane głowy, że była kiedyś bajecznie bogata i piękna, że nie jedno widziała i słyszała. Ale dokładnie, co i jak, to nikt nie potrafił powiedzieć. Ludzie ślepo wierzyli w te bajki, bo wszystko inne zawiodło: bóg, honor, ojczyzna, ojciec dyrektor, lech wałęsa, zachodnioniemieckie marki i euro, i gdyby mięli nie wierzyć w historię Starej Ancikowej to mogliby, jeden po drugim strzelić sobie w łeb.
Mężczyźni w miasteczku prawie nigdy z nią nie rozmawiali, bo ona była „od tych babskich spraw”. Choć wielu zawdzięczało jej całą głowę, niejeden z nich, źle jej życzył, uważając, że wścibia nos w nieswoje sprawy, oczerniał ją, zabraniał „swojej” kobiecie do niej chodzić. Oczywiście stał za tym lęk o „grzeszki”, które starali się ukryć.
Jedynym mankamentem starej wiedźmy, poważnym jednak, było to, że po jakimś czasie tajemnice wyciekały z niej jak z przerdzewiałej rury. Półprawdy, zmętniałe, nadgniłe i sfermentowane, wylewały się na chodnik przed jej domem i płynęły w świat, mącąc wodę spokojnego życia. Najczęściej takie sytuacje ratował czas, który leczy rany. Sprawy przycichały, tlały osiadając nagarem na zbiorowej pamięci, stawały się anegdotkami opowiadanymi przy piwie w barze „U Sikory”.
Korytarz był długi. Na jego początku, po prawej znajdowały się drzwi do mieszkania sąsiadów. Na końcu było wejście do gniazdka B. i W.. Ściany tynkowane dawno temu, nie zostały pomalowane z powodu „braku gminnych funduszy”. Goła, czterdziestowatowa żarówka pod sufitem jeszcze pamiętała czas remontu, rzucając nie światło, a tylko dziwny, zakurzony półmrok. W połączeniu z szarzyzną ścian dawało to wyjątkowe poczucie beznadziejności. Z korytarza wychodziło się na zagracone podwórko, które Stasiuk określiłby mianem „zwykłego pierdolnika”. W centralnym punkcie skwerku, jak demon z przeszłości, zły duch, straszył wrak trabanta, stojący tam tylko z powodu sentymentu B. do jego pierwszego „autka”. Szereg szopek zamykał przestrzeń tworząc coś na kształt studni z niewielkim przesmykiem między nimi, który udawał „drogę dojazdową do posesji”. Na skrawek nieba nad podwórkiem, czasami, gdy nie było pochmurnie, wstępowało słońce i z lubością grzejąc dziecięce brzuch pełne czereśni, dzieci, które leżały na daszku szopki i puszczały bąki, witając każdy salwą śmiechu.
Drzwi do mieszkania B. i W. zawsze były lekko uchylone. Życie tej rodziny było ruchliwe. Trójka dzieci, szopki pełne potrzebnych, co chwilę rzeczy: drewna, węgla, przetworów, śmieci, popsutych rowerów oraz sprzętu AGD i RTV, których naprawę B. odkładał „na później”; na przystosowanym do tego kawałku ziemi rosła „najpotrzebniejsza w każdej kuchni” zielenina, a w końcu podwórka, w byle budzie, uwiązany na grubym sznurze spał pies tak stary, że chyba tylko solidność sznura trzymała go przy życiu. Ciągła bieganina. Wszystko to, powodowało, że zamykanie drzwi było zupełnie bez sensu.
Sobota w rodzinie B. i W. to dzień specjalny. Jeden w tygodniu taki, że lepszy niż niedziela, mawiała W., poczym dodawała – prawie.
B. kończył pracę wcześniej i zazwyczaj około piętnastej już był w domu. Kąpał się i wtedy z dworu mogły wrócić dzieci, które do tej pory wykonywały różne „prace zlecone”, w południe mama wołała je na kanapki i herbatę, a potem wracały do swoich zajęć, czy to do pracy, czy to do zabawy. Obiad zawsze jedli razem, to „świętość nad świętościami”, rodzina razem przy stole.
Raz na miesiąc, w sobotę właśnie W. odwiedzała przyjaciółka. Chodziły razem do podstawówki, do jednej klasy. Potem ich drogi się rozeszły. I. „poszła do szkół”, a W. została w miasteczku i niebawem została żoną B.. Czasami W. zastanawiała się, co nie często się jej zdarzało, czemu jej koleżanka się z nią zadaje? Wykształcona, nieco ekscentryczna, schludnie ubrana. Nie mogąc znaleźć odpowiedzi pozostawiała sprawę nierozstrzygniętą i wracała do gotowania, a gotowała wybornie, prawdopodobnie gdyby wyjechała z O. mogłaby z powodzeniem prowadzić przyzwoitą, tradycyjną garkuchnię z widokami na przyszłość. Tak się jednak nie stało.
I. od lat odwiedzała W., najpierw z powodu starej znajomości, bo wróciła do miasteczka po studiach i nie pozostał tutaj nikt, kogo by znała, a później już z czystej sympatii do tej pulchnej i uśmiechniętej dziewczyny o oliwkowej skórze, matki trojga dzieci. I., W. wydawała się wręcz egzotyczna ze swoją familiarnością,
z podejściem do męża, które zakładało, że B. się nigdy nie myli, bo całą Europę zjeździł, pracując w najrozmaitszych zawodach, od pomocnika murarza zacząwszy a na dilerze narkotyków skończywszy, o tym ostatnim oczywiście W. nie wiedziała, bo by ją „cholera wzięła i krew zalała” no i wstyd by był, że „klękajcie narody”.
Z powodu niezbyt udanego pożycia małżeńskiego I. była bardzo nieszczęśliwa. Odkąd D. przestał pić wszyscy mówili jej, że modlitwy zostały wysłuchane, że to dopust boży itd. Konsternowała się wtedy, spuszczała oczy i mówiła: – Tak, tak. Mówili tak, bo nic nie wiedzieli. Cieszył ich ten „cud”, dodawał otuchy. D. był strasznym pijakiem, gdy chodziło o picie potrafił ukraść albo przepić całe „karpiowe”, które dostał na święta.
Na studiach trochę się jej przewietrzyło w głowie i zrezygnowała z chodzenia do kościoła. Nigdy nie powiedziała o tym rodzicom, którzy od kilku lat latają sobie z ptaszkami i srają na wszystko z góry. I. wielokrotnie się zastanawiała czy wróciłaby do O. gdyby rodzice wciąż żyli. Nie starała się jednak znaleźć odpowiedzi. D. wielokrotnie jej zarzucał to, że się „poszła kurwić na uniwerku” a nie uczyć, bo gdyby było inaczej to by była kimś, a nie „uczycielką” w O.. Mówił tak do niej gdy był bardzo pijany, a gdy był trzeźwy rzadko się odzywał.
„Uczycielka” bardzo cierpiała z powodu małżeństwa z D. To był związek, który po pierwszym razie skończył się ciążą. D. jako „prawdziwy mężczyzna” wspaniałomyślnie postanowił się z nią ożenić. Żeby ludzie nie gadali, że jesteś kurwa, powiedział jej kilka lat po ślubie. A I. wydawało się, że to miłość, że trafiła dobrze, może nie rewelacyjnie, bo faktycznie D. był trochę nieokrzesany i prawie w ogóle nie zajmowała go kultura, sztuka, książki, jednym słowem, tym co stanowiło dla niej najwyższą wartość. Był zwykłym kucharzem, ale miał w sobie to magnetyczne przyciąganie dorodnego ciała, któremu tak szybko uległa. Cóż to była za rozkosz, po tych wszystkich wymuskanych i przeintelektualizowanych kochankach, którzy myśleli, że po przeczytaniu książek Kundery wiedzą już wszystko na temat miłości, seksu i kobiet. Cóż za drapieżność i delikatność zarazem tkwiła w D.. Dał jej powód do bycia kobietą, do cieszenia się ze swojego ciała, które owszem do tej pory było inspiracją dla wzniosłych wyznań owych mądrych chłopców, ale, które było jak nieuprawiany ogród.
Potem zastanawiała się, czy przypadkiem nie uległa jakiejś dziwnej mutacji kompleksu helsińskiego, Rozwiązaniem tego problemu przestała sobie zawracać głowę gdy pojawiło się dziecko. Potem drugie, trzecie i było by czwarte gdyby nie zagroziła, że wezwie policję. Dlaczego się na to wszystko godziła? Trzeba by zapytać ją samą.
Ta sobota nie powodowała uśmiechu nawet na twarzach dzieci. Zbliżało się lato, dni były długie, ale akurat ten miał „kacowe” i wypacał się z pod pierzyny chmur nieprzyjemnym deszczem. Chodniki lśniły jak rybia łuska, powietrze śmierdziało stęchlizną. Właśnie w ten dzień I. wybierała się do W. na comiesięczne „pogaduchy”.
Ich spotkania miały w sobie coś z mezaliansu. Trochę pachniały skandalem, bo prawdę powiedziawszy niezależnie od tego jak W. dobrze myślała o sobie i swoim małżeństwie, wśród ludzi uchodzili za dziwaków.
On dziwkarz, lubieżnik, bo uwielbiał przy piwie opowiadać sprośne historyjki, no i „w Rajchu robił, to już wiadomo, co on tam robił”, a ona – pijaczka, bo z nim po knajpach chodzi. A przecież I., to pani nauczycielka, światło w tunelu, pomazaniec mądrości, oczytana, „i jak tak można”. Po jakimś czasie, jak to w małych miasteczkach bywa, sprawa przycichła i już nikt nie zwracał na to uwagi. Czasami tylko, przy jakiejś okazji z alkoholem, tej lub temu się przypominało, że „tak się nie godzi, żeby PANI NAUCZYCIELKA…”.
II
D. raz w miesiącu jeździł do powiatowego miasta. W siedzibie lokalnego urzędu do rozwiązywania problemów alkoholowych spędzał czas do piętnastej. Żona nie interesowała się tym, co tam robi, korzystała z „wolnej soboty”. Mąż wracał do domu dopiero ostatnim autobusem. Czas między piętnastą a osiemnastą wypełniał sobie tylko znanymi zajęciami. I. podejrzewała, że ma romans, ale gdy tylko zaczynała o tym myśleć, uśmiechała się do siebie, która by chciała takiego chama, myślała.
Rano szykowała śniadanie. Mąż zjadał i zaraz wychodził nic nie mówiąc, nie żegnając się nawet. Tak było od dłuższego już czasu, I. nie pamiętała, od kiedy. Cierpienie, jak się do niego przyzwyczaić, staje się prawie niezauważalne, znika na dzień cały, dopiero wieczorem przed snem wyłazi i gnębi nie dając zasnąć. I. wielokrotnie rozważała różne sytuacje: rozwodu, ucieczki, samobójstwa nawet, chciała położyć głowę na blasze gazowego piekarnika, odkręcić kurek i jak Sylvia Plath zakończyć swoją piekielną udrękę. Ale bała się podjąć jakąkolwiek decyzję, bała się o dzieci. Odkąd ich ojciec przestał pić, bardzo się zbliżyli. Była o tą relację zazdrosna. Nie ufała mu. Poświęciła im prawie połowę swojego życia i wydawało jej się, że nie kochają jej tak jak jego. A on pojawił się dla nich zupełnie niedawno. Wskoczył w rolę ojca jak w strój świętego Mikołaja. Obsypywał łakociami, na które nie zawsze było ją stać. W soboty chodzili na „wyprawy” do lasu. Nie zabierali jej ze sobą. Szli w czwórkę, żadne z dzieci nawet nie pytało, czemu mama nie idzie z nimi? Serce matki z bólu rozpryskiwało się jak sztuczne ognie na niebie, ale bała się zrobić krok, bała się, że może ich więcej nie zobaczyć. Przyzwyczaiła się do tego, że jest sprzątaczką i kucharką, że własne potomstwo jej nie akceptuje, tak jakby to ona miała się, czego wstydzić. Po jakimś czasie dała za wygraną, zajęła przeznaczoną jej pozycję w rodzinie i przestała się odzywać. Czuła, że życie zostało z niej wyssane, że cały trud poszedł na marne, bo jaśniepan, postanowił zostać świętym i oświecić wszystkich dostojeństwem.
Praca przestała być ważna, zlepiała pomysły na lekcje i tak przelewała się z godziny na godzinę. Podopieczni wydawali się coraz głupsi, rodzice ich beznadziejni, sens niesienia kaganka oświaty znikał za kolorową, migotliwą ścianą ciekawostek z Internetu, którymi dzieci interesowały się bardziej niż nauką. Nie potrafiła sobie z tym poradzić, odeszła od swojego życia na pobocze, tam szła, powoli stawiając kroki i patrzyła jak wszystko wali się w gruzy. Od czasu do czasu strzepywała z siebie kurz, zmieniała sukienkę i szła dalej.
Odwiedziny w domu W. odprężały ją. Słodki harmider domowego ogniska przez kilka godzin w miesiącu ogrzewał ją spokojnym płomieniem „normalności”.. Nie opowiadała swojej przyjaciółce o swoich problemach z obawy przed niezrozumieniem, albo, co było by gorsze, przed wyśmianiem i zbagatelizowaniem. Spędzały czas na oglądaniu powtórek seriali, piciu kawy i plotkowaniu o znanych i nieznanych ludziach.
Mąż zniknął jej z oczu. Pozostawiając po sobie smród taniej wody kolońskiej „Brut”, kupionej w kiosku „Ruchu”. Dzieci wczoraj wyjechały na wycieczkę, do jakiejś nowej świątyni. Wycieczkę dla swoich pociech ufundowali rodzice zrzeszeni w klubie AA „Krokus”, żeby pojechały pomodlić się o wytrwanie rodziców w trzeźwości. Wrócą dopiero wieczorem. I. uważała, że nie jest to dobry pomysł, ale nie odzywała się, unikając tym sposobem przyprawiającego ją o mdłości, spojrzenia męża.
Widziała zdjęcia tej bazyliki w Internecie. Ale nie te, które można obejrzeć na oficjalnej stronie. Przyjaciółka z czasów studiów przysłała jej na pocztę własne fotki. Czego tam nie było? I. aż wzdrygnęła się po obejrzeniu fotografii. Przypominał się jej pewien szalony, stary „artysta”, który w miejscowości K., po drodze do S., przy przejeździe kolejowym zrobił muzeum Papieża. Pomalowane farbkami plakatowymi kamienie, krzyże z denek od butelek po piwie wyłożone na ziemi. Wyblakłe od deszczu i słońca portrety „wielkiego polaka”, które z powodzeniem mogłyby przedstawiać cokolwiek: bałwana zimą, owce na hali, albo talerz. Jednym słowem „kicha”.
Smród „Bruta” zelżał. Zaparzyła sobie kawy. Usiadła w kuchni. Patrzyła w okno. Cisza oplatała jej głowę, zapach kawy owionął twarz i uczepił się czubka nosa powodując rozprężenie ciała, które lekko się osunęła na krześle. Po twarzy zaczęły płynąć łzy. Nie ruszała się a wilgoć wypływała z niej powoli. Otarła oczy rąbkiem koszuli nocnej i wyprostowała się na krześle. A, kurwa, wszystko za moje pieniądze, powiedziała do siebie.
Bo trzeba wiedzieć, że D. przestał pić, w oczach ludzi „sporządniał”, ale do roboty nie mógł się zabrać. Ot, od czasu do czasu dorwał jakąś fuchę, komuś w ogródku pomógł albo sąsiadowi, właścicielowi stolarni usłużył swoją krzepą przy rozładunku drewna. Poza tym całe dnie spędzał w domu pisząc listy, artykuły, porady do jakiś gazetek/broszurek dla byłych alkoholików i przyszłych byłych alkoholików.
Wstała. Ubrała się i poszła do przyjaciółki. Ciągle w nerwach, bo przecież mąż mógł się spóźnić na autobus, albo ten mógł nie dojechać… Wtedy musiałaby się tłumaczyć, gdzie i po co idzie, „gdzie ją, cholera znowu niesie”, jakby rzeczywiście gdzieś ją nosiło.
Szła skulona, naciągając płaszcz na kark. Deszcz pełzł z nieba, był ciężki prawie oleisty, spływał po karku i powodował sztywnienie kręgosłupa. W sercu miała kolczasty dym, który przy każdym kroku wirował, rozprzestrzeniał się boleśnie. Znała to uczucie aż za dobrze, nienawidziła go. Uczucie ciągle rodzącego się buntu, rebelii, która musiała zdusić w samym zarodku. Gdyby rebelianci wylegli na ulicę jej życia, może i odniosła by sukces, ale wiedziała, że każda rewolucja „zjada dzieci swoje” i mogłaby stać się tragedia. Przez te codzienne pacyfikacje czuła się winna wobec siebie. Przecież walczyła ze sobą, niszczyła siebie! Mam, kurwa dość, pomyślała. Ale za tymi myślami nic nie stało, żadne wojsko, które mogłoby walczyć po jej stronie. Była udupiona przez życie w małym, zatęchłym miasteczku, z całym bagażem konwenansów, tego, co wypada a co nie.
Myślała o swojej drodze, jaką do tej pory przebyła. Choć sprawiało jej to ból, rozmyślała o tym.
Gdy udało jej się wyjechać na studia była szczęśliwa wolna, niczyja, przez pierwszy tydzień przespała się z siedmioma facetami. Na każdy dzień tygodnia inny. Ot, młodzieńcze nieskrępowane wariactwo, do którego nikomu nic.
W O. dusiła się. Miała „chłopaka”, który już w szkole średniej znał całą ich przyszłość, w której nikt nie umierał. Ani „tatunio”, ani „mamcia”. Był „fajny”, wręcz rozkoszny, koleżanki jej zazdrościły. Jego ojciec miał zakład przetwórstwa warzyw i owoców. Mówiły, że ustawiona jest na całe życie, ale jej głowa pękała, gdy to słyszała. Nie mogła się pogodzić z tym, że jej przyszłość nie ma tajemnic.
Wielkim rozczarowaniem dla wszystkich był jej wyjazd na studia. Przecież mogła zostać w O. Pracę miała zapewnioną. Ojciec proponował jej żeby poszła na zaoczne. Stuknęła się w głowę wtedy, co ojca zraziło do córki na całe życie. Nie mieściło mu się w głowie jak córka tak do ojca może… Taki gest wobec ojca, nie powinnaś… wypominała jej matka. Ale utrzymywali ją na studiach, płacili, a gdy zaczęła osiągać naukowe sukcesy chodzili po znajomych i się chwalili. Nie dożyli jednak triumfalnego końca jej studiów.
Zginęli w wypadku samochodowy jadąc na sylwestra do K., miasta położonego niedaleko O. Było ślisko, a przed maską samochodu ojca przebiegł pies, czy lis, ojciec zahamował i uderzył w drzewo. Obrażenia głowy były poważne, ale gdyby karetka przyjechała wcześniej to może by żyli, powiedział jej bezpłciowy lekarz/lekarka w dwa dni później. I. była wtedy na zabawie studenckiej w jakiejś głuszy bez zasięgu. Potem była smutna, rozżalona, a gdy dowiedziała się, że ojciec zapisał jej mieszkanie naprawdę się załamała. W końcu, przy czym się upierała? Ten gest był rzeczywiście niegrzeczny, dlaczego nie chciała przeprosić. Powywracane miała wtedy głowie myślą feministyczną, którą zbyt bezrefleksyjnie sobie zaaplikowała.
Studia się skończyły, dyplom na piątkę w kieszeni, nic, tylko ruszać w życie. Ale życie nie miało jej niczego do zaoferowania oprócz pracy w małej szkółce w O. Pomyślała, że nie najgorzej. Po rodzicach miała mieszkanie, które kiedyś chciała sprzedać, od czego odwiodła ją, któraś z ciotek mówiąc, że ojcowizny się nie sprzedaje. Postanowiła nie robić ojcu drugi raz przykrości i mieszkania nie sprzedała.
Niebawem poznała D. i wszystko było pięknie. „Proletariacki” chłopak piękny jak erotyczna fantazja był dla niej czymś nowym. Miał opinię hulaki, awanturnika, ale jej, dziewczynie z „taaaką głową” wydawało się to jeszcze bardziej pociągające. Żaden tam wymuskany osesek, o którego męskości świadczył tyko penis. Prawdziwy mężczyzna o rękach czerwonych o ciężkiej pracy. Seksowny, niegłupi. Nie miała pojęcia, że sprawy się tak potoczą. Zresztą, kto ma pojęcie jak sprawy się potoczą. Jak mawiają Anglicy „who’s know?”.
Podobał się jej. Był trochę zbyt arogancki i szorstki, ale myślała, że w związku trochę się „uładzi”. Mamiła się tym powszechnym oszustwem, którego mimo swojej inteligencji nie rozpoznała. A jeśli rozpoznała to wiadomości przyniesione przez patrol zostały zamknięte w pancernym sejfie przez Generała Amora, który posłał swoje wojsko na „mission impossible”. Lubiła atmosferę quasi-skandalu, ale zapomniała, że życie w małym miasteczku rządzi się swoimi prawami, że mentalność jest nieubłagana i prędzej czy później pokazuje dupę.
Oczywiście nie pamięta jak zaczął się koszmar. Powoli do ich życia zaczęły przeciekać niepokojące sygnały. Na pewno pierwszym była utrata pracy przez D., który przychodził do niej pijany jak bela.
Potem wychodził z domu „żeby rozejrzeć się za robotą” i wracał pijany wieczorem. I pił coraz więcej i częściej. W tym czasie pojawiły się dzieci, które pooglądały sobie różne stadia alkoholizmu i zapisały w swoich głowach przykre historie, które później, na studiach będą im służyły w licytacjach, kto miał w dzieciństwie gorzej, nie zauważając, że dążą do miejsca, z którego pochodził ich tatuś.
Po pewnym czasie miłość zmieniła się w miłosierdzie, chciała mu pomóc, ale on kruszył się przed nią tylko wtedy, gdy chciał pójść z nią do łóżka. Gdzie ja miałam rozum, często parafrazowała popularne powiedzenie.
Życie I. zmieniło się w koszmar tak jak życia innych kobiet, które zostały oszukane przez poczciwe „katolickie wartości”, z tą różnicą, że I. to przeszkadzało. Nie mogła się pogodzić z tym, że jej w udziale przypadło życie, które zawsze wyśmiewała. Nie mogła się pogodzić z tym mentalnie, bo fizycznie godziła się na wszystko.
Wchodząc na szeroki korytarz rozchmurzyła się, wzdrygnęła jak pies, otrząsając się z kropli deszczu. Twarz zdradzała jednak głębokie zatroskanie. Tego dnia, miała wyjątkowo szarą cerę, na tle ściany korytarza wręcz zielonkawą. Była zmęczona i smutna, nie dało się tego ukryć.
III
Ludzie nie pukają do drzwi swoich przyjaciół/sąsiadów tak jak kiedyś, gdy pukanie było spokojne i głośne zarazem. Gdy czekało się na zaproszenie i dopiero potem wchodziło, witając się z gospodarzami. Teraz przyjaciele≠sąsiedzi wchodzą do swoich mieszkań zaraz po tym jak ich palec lekko dotknie drzwi. Nie witają się. Od razu zaczynają rozmowę, na temat, który ich przywiódł. Może to chamstwo, może tylko zbytnia poufałość wywołana podświadomym lękiem zbliżającej się zakłady… unicestwienia albo wchodzą do mieszkań/domów innych ludzi tak jakby chcieli ich przyłapać na tym, na czym odwiedzani nie chcieliby być przyłapani. Ogarek pukania, mizerny fantom, pozostałość po niegdysiejszej kurtuazji, po szacunku dla prywatności innych.
I. nie była wolna od tego przykrego przyzwyczajenia. Tak samo jak nie zauważyła jak do jej życia wkradł się brud, tak i nie zauważyła jak jej maniery stały się typowe dla bezzębnych babiszonów z miasteczka. Choć w przypadku W. nie miało to znaczenia, ona przez swoje wiecznie otwarte drzwi dawała znak, że do niej można przyjść zawsze i o każdej porze, że nie ma nic do ukrycia.
Puknęła w drzwi. Rękę wsunęła w szczelinę i uchyliła je. Zajrzała do środka, nie było nikogo. Na patelni coś skwierczało. Powietrze wypełniało się nieprzyjemnym zapachem przypalonej cebuli. Podeszła do kuchenki, chwyciła drewnianą szpatułkę i już chciała zacząć przewracać mięso, gdy do kuchni wpadła zziajana W., która zapewne uganiała się za dziećmi żeby zmusić je do jakiejś pracy.
Dochodziła dziewiąta a ona była jeszcze w koszuli nocnej, starej i poplamionej. Na to miała narzuconą „kapotę starego” a na nogach kapcie/laczki. Tyłkiem wypchnęła koleżankę do pokoju, głową wskazując narożnik jednocześnie wyjmując jej z ręki szpatułkę. O, na wiele mogła pozwolić gościom w swoim domu, ale na nic w kuchni. Tu rządziła niepodzielnie i despotycznie.
I. usiadła na skraju narożnika. Czekając aż przyjaciółka skończy i przyjdzie do niej ze świeżo zaparzoną kawą.
Kuchnia, pokój gościnny/living room, pokój A. i B., pokój R, z którego po krętych i wąskich schodkach wchodziło się na duszny stryszek, zaadoptowany na sypialnię w okresie „wielkiego remontu”, oto całe królestwo tej rodziny. Bałaganiarskie, wilgotne i przejściowe.
Narożnik, na którym siedziała pamiętał czasy dzikiego dobrobytu panującego na zachodzie polski po otwarciu granic. B. wtedy pracował w Rajchu i miał „szmalcu jak lodu”, a tapicerowane meble z drewnopodobną okleiną były wówczas bardzo w modzie. Moda minęła a narożnik wciąż stał. W rogu narożnika siedzisko wytarte było do gołej deski. Znać, że gospodyni zajmowała to miejsce od lat. Na stole, od jej łokci blat był wytarty i wytłuszczony, jak jakieś święte miejsce na figurce przynoszącej szczęście.
W. widząc niewypowiedziane pytanie na twarzach gości, wywołane stanem narożnika ratowała się opowieścią o tym, jak tu sobie siedzi, gdy nie ma nic do roboty i jak patrzy przez okno na placyk, gdy nie ma nic w telewizorze, albo jak patrzy w telewizor, gdy nic się nie dzieje na placyku. Zawsze bardziej ją interesowało to, co dzieje się na placyku niż to, co dają w telewizorze, a szczególnie zajmowało ją to, kto przystaje przy oknie Starej Ancikowej. I od tego kręcenia się to w jedną, to w drugą stronę narożnik się wytarł, a stół „wyświecił”.
- Pojechał. – Stwierdziła niosąc na tacce dwie kawy, cukierniczkę i „ciasteczko”. Obie piły czarną, więc nie było mleka.
Zamyślona nauczycielka kiwnęła głową. W czasie, gdy W. kończyła przygotowanie obiadów na cały tydzień, I. oddawała się smętnym rozmyślaniom na temat swojego życia, błądząc gdzieś po wspomnieniach dawnych ekscesów i teraźniejszej miernoty. Smutek wylewał się z niej każdą porą. Gospodyni widziała to, ale nie potrafiła odgadnąć, o co chodzi, więc zręcznie milczała.
- Smażyłaś kotlety? – Pytanie padło ku uciesze pani domu.
- Człowiek czasami tak siądzie i myśli… a ja nasmażę kotletów na cały tydzień i mam z głowy.
Nastrój nie był taki jak zawsze. W powietrzu coś wisiało, coś, co niepokoiło W. ale i ”rajcowało”. Czuła przez skórę „aferę”. O, jak ona lubiła to uczucie, aż ją pięty swędziały. W takich sytuacjach stawała się ostrożna, schodziła na jakieś błahe tematy, które zaraz rozmówcę nudziły, zagadywała o tym i owym aż w końcu w pękała tama rozpaczy i wylewały się bóle. W. nie myślała o sobie, jako o plotkarze. Ludzi, którzy trudnili się tym procederem miała za najgorsze „ścierwo”, „bez boga w sercu”, ale cokolwiek nie myślała na ten temat, była plotkarą. Ale bez plotkowania społeczność uschłaby z nudów, więc plotkowanie traktowano jak łapówki dla lekarzy, oficjalnie zabronione, nieoficjalnie konieczne.
Smutna kobieta siedziała wpatrzona w telewizor, w mizerną twarz PanaKracego, tępo uśmiechającego się do zakonnicy, która jest jego córką. A której nie rozpoznaje, bo PanKracy ma Alzhaimera, po to żeby innym, którzy mają Alzhaimera było raźniej. Ale czy to do nich docierało? Tego nie wiedziała. Nawet się nad tym nie zastanawiała. Gapiła się po prostu w telewizor.
Zapadła cisza. Oczy W. wyszły „na wierch” ze zdumienia. Język jej kołkiem stanął w gębie, słowa powiedzieć nie mogła, co zdarzyło się jej, bodaj pierwszy raz w życiu. A wszystko przez to, co I. miała wypisane na twarzy, a czego jeszcze nie powiedziała. I może W. wolałaby żeby koleżanka nic nie mówiła, ale ciekawość plotkary wzięła górę i zapytała, a pytanie wypadło z niej naznaczone jakimś dziwnym dramatyzmem:
- Iwonka, co się dzieje?
Nastąpiła znacząca pauza.
- A… o mojego chodzi. – Łzy jak groch, rozsypały się po stole.
Nic więcej nie powiedziała, z bladych policzków kapały krople. Pac, pac o blat stołu. W. wytarła małe kałuże ścierką, przysunęła się do niej i przytuliła, jak mama rozczarowaną pierwszym zerwaniem córkę.
- Co, bije? – I. nie odpowiedziała, pokręciła tylko głową spoczywającą na ramieniu „matki”. – Nie bije… To, czego ryczysz? – Chwila ciszy. – Boże!!! Zaczął pić. – I. jeszcze raz pokręciła głową pod jej podbródkiem.
- Nie bije. Nie pije. Czy ty czasem… – Oczy B. zrobiły się jak pięć złotych, złotawe w środku ze srebrną obwódką. W nerwowym milczeniu, zupełnie bezwiednie, na wysokości serca zrobiła drobny znak krzyża, taki, jaki w zwyczaju mają stare dewoty widząc „erkę” na sygnale. – Co on ci… – aż bała się pomyśleć, to, co mogła sobie pomyśleć.
- Patrzy. – W. spojrzała na I. takim wzrokiem, który miał nie zdradzać iż W. uważa I. za wariatkę, a który miał skłonić I. do dalszego mówienia. Innymi słowy zachowywała się jak psychiatra trzeciej kategorii, mający przed sobą pacjenta, utrzymującego, że jest Jezusem albo Napoleonem. Robiła minę, jakby wszystko rozumiała, przy czym było zupełnie odwrotnie.
- Patrzy?
- Usiądzie w kuchni i patrzy. Nic nie mówi, tylko patrzy a jak patrzy, to robią mu się takie świńskie oczka… I w zdycha.
- Wzdycha.– Pani domu potówrzył za koleżanką jak w transie, w głowie jej się nie mieściło, że można takie „androny” opowiadać. Ona cieszyłaby się gdyby B. zamiast łazić z chłopakami na „piwko” usiadł czasami i popatrzył na nią, jak się w kuchni uwija.
Niewiele rozumiejąc, nie mogąc znaleźć odpowiedzi/rady na tak postawiony problem zwolniła uścisk i zabrała szklankę z kawą. Poszła do kuchni. Zaparzyła melisy. Pąsowy rumieniec oblał jej twarz, znak uporczywego myślenia. Co począć z takim nieszczęściem, myślała. Każdy jej neutron zbijał się w poszukiwaniu odpowiedzi, jak Indiana Jones w poszukiwaniu świętego Grala. Jedyne, co jej przychodziło do głowy, co też ją „kręciło” to, to, że trzeba się poradzić Starej Ancikowej. Jeśli to nie pomoże, co graniczyłoby z cudem, to niestety, ale jej przyjaciółkę trzeba będzie zaprowadzić do odpowiedniego lekarza.
Plotkarskie sposoby/wytrychy, które W. miała w zanadrzu, pomogły jej znaleźć wyjście z sytuacji. Sprawa była poważna a rozwiązanie ryzykowne. Miała jednak nadzieję, że się uda. Zmiana tematu. Coś, co skutkowało prawie zawsze. Odwrócenie uwagi „adwersora” po to żeby inną dróżką dojść do tego, o co tak naprawdę chodzi. Coś, dzięki czemu przetrwają do godziny piętnastej, kiedy to I. pójdzie do domu szykować obiad dla męża i pociech, a ona będzie mogła spokojnie, „podebatować”, co tu robić. Myślała, najpierw pójdę do innych, popytam, zasięgnę języka, czy inni też „patrzą i wzdychają”. No a jak to nie pomoże to pójdę do Starej Ancikowej, ona na pewno poradzi. Bo mi się koleżanka całkiem zepsuje. Chłopa zostawi, dzieci pomarnuje.
I. patrzyła w blat, chciała odczytać to, co chcą jej przekazać zawijasy, którymi był upstrzony. Niestety, tajemniczy kod nie dawał się rozszyfrować, nie przynosił kojącej odpowiedzi. Żadnych rozwiązań. Po prostu trwał bezdusznie, nie zdradzając tajemnicy. Nie angażowała się nazbyt w odgadywanie znaczenia drewnopodobnych hieroglifów. Patrzyła tylko na nie z tępą nadzieją, że same przemówią. Jak dziecko, któremu się nie chce wstać po zabawkę znajdującą się poza zasięgiem ramion, i które siłą woli, z wiarą w magiczną moc, próbuje ją sobie przybliżyć. Poczym daje sobie spokój, wraca do rzeczywistości, ze smutkiem, że i tym razem czary nie zadziałał, że trzeba jednak samemu się pofatygować.
- Agelika zaprosiła mnie na wakacje do Berlina. – duma, z jaką W. to powiedziała przygasła w obliczu zupełnej ignorancji koleżanki. Zirytowała się, ale biorąc pod uwagę okoliczności, dodała: – Kuzynka, ta, co jest fryzjerką w Berlinie.
- A… ta. – Zmuszona do konwersacji I. ożywiła się. Była smutna jak mały powstaniec. Wyraźnie dotknęło ją to, że przyjaciółka zbagatelizowała całą sytuację. – I co, pojedziesz?
- Nie!
- Dlaczego? – Sposób zadziałał po myśli pani domu. Nauczycielka zaciekawiła się.
- Bożek był w Berlinie. Mówił, że nic ciekawego tam nie ma. – I. czekała na dalszą część argumentacji, ale dalszej części nie było.
Gospodyni przeprosiła na chwilę koleżankę, bo dochodziła już dziesiąta i musiała „nastrugać” ziemniaków. Przynosiła wielki gar, wór ziemniaków, usiadła na swoim miejscu i powiedziała:
- Musiałabym sobie buty kupić. – Nauczycielka spojrzała na poklejone różnymi taśmami kapcie/laczki, których może by nie było gdyby nie taśmy. Nigdy im się nie przyglądała, nie zwracała na nie uwagi, nie spostrzegła, że jej przyjaciółka nigdy nie występowała w prawdziwych butach tylko zawsze w tym chitynowym okropieństwie. Poczuła jeszcze większy smutek i jakąś niezrozumiałą jedność z tą kobietą. Zaraz potem uświadomiła sobie, że nigdy też nie widziała jej żeby nosiła na sobie płaszcz, kurtkę czy choćby coś innego niż „kapotę starego”.
W. jakby czytając w jej myślach, dodała:
- A po co mi buty? Do sklepu mam przez placyk, drewna mi Bożek naniesie… albo dzieciaki. – Wzruszyła ramionami, jak gdyby powiedziała najoczywistszą prawdę, choć widać było, że poczuła się lekko zawstydzona. – Nie pojadę. Bożek powiedział, że nic ciekawego tam nie ma, a to znaczy, że nic ciekawego tam nie ma. A Bożek wie, co mówi, bo za robotą zjeździł cały świat i wie co to Europa, Berlin… Zresztą sama wiesz, bo opowiadał.
- Ale ty sama nie chcesz… Na własne oczy… – Kapłanka domowego ogniska spojrzała na nią, tak jakby koleżanka osobiście na orła białego nasrała.
- Pamiętasz, co się działo, gdy zaklepało się nie tego, kogo się znalazło. – Powietrze zgęstniało, nad głową gospodyni prawie zmaterializował się znak zapytania. Nie miała pojęcia, o czym ona mówi, przekonywała się, co raz bardziej, że „ma nie równo pod sufitem”. – Jak graliśmy w „chowanego”… – Dodała widząc minę przyjaciółki.
W. „zajarzyła” w końcu, o co chodzi i uradowana tym faktem powiedziała:
- Trzeba było zaczynać od nowa…
- A pamiętasz, co się wołało, jak ktoś się tak pomylił?
- Pobite gary, pobite gary…
- I właśnie się tak czuję, jakby ktoś zawołał „pobite gary, pobite gary”. Rozumiesz? – Spojrzała się na nią i nie spuszczała z niej wzroku. W. nic nie rozumiała, ale kiwała głową obierając ziemniaki. Wzrok miała wlepiony w garnek. Nauczycielka zdawała sobie sprawę, że ona nic pojmuje, że może za jakiś czas, ale nie teraz, że to ją przerasta.
Kobiety patrzały sobie w oczy. Pierwszy raz odczuły wyraźnie przepaść, jaka je dzieli, nawet nie intelektualna, ale mentalna, społeczna. I. mimo lat w nieudanym/toksycznym związku nie straciła wewnętrznej poetyki, która ukształtowała się, gdy była na studiach, ale prawie całkowicie zniknęły jej zewnętrzne objawy takie jak wiara w ludzi i spontaniczność.. W. była od urodzenia wychowywana na gospodynię domową i żonę. Jak to w małych miasteczkach bywało za komuny, wychowywanie toczyło się dwutorowo, w szacunku do partii z jednej strony, a z drugiej w duchu katolickich wartości. Tworzenie potencjalnych schizofreników miało wówczas wymiar ogólnonarodowy. Wychowywaniem zajmowała się matka, ale uważało się, że tylko wypełnia wolę ojca. Także zrozumienie problemów nauczycielki dla gospodyni domowej wykraczało daleko poza jej możliwości. Jej lista spraw dających się rozwiązać była długa, zawierała przepisy na różne okazje „w kuchni, w sypialni i w ogrodzie”, ale próżno tam szukać recepty na „patrzenie i wzdychanie”.
Zaległa cisza potocznie zwana krępującą, ale było w tym coś więcej. Zaskakująca niemożność porozumienia się, obie wiedziały, że jeśli I. nie odkryje przed W. wszystkich tajemnic sprawa pozostanie mętna, stając się przyczynkiem do potencjalnych spekulacji. Nauczycielka bała się podjąć taką decyzję, nie do końca ufała swojej przyjaciółce. A gospodyni, z każdą sekundą czuła się coraz bardziej poniżona przez jej milczenie.
Wzięła garnek z ziemniakami i poszła do kuchni, żeby sobie koleżanka przemyślała sprawę „na spokojno”. Wracając stamtąd niosła kosz włoszczyzny i kolejny garnek. Zanim zaczęła czyścić warzywa, popatrzyła długo na I. starając się odgadnąć czy będzie mówić, czy nie?
IV
- Jak przestał pić, było cudownie…
- O, i tak trzeba mówić! Że to cud! – Bardzo chciała żeby wszystko okazało się błahostką, której będzie mogła zaradzić. – O mój Boże, jak ja czasami twojego widziałam, dzieciakom oczy zakrywałam, serce mi się kroiło, w duchu się modliłam żeby moje dzieci, nigdy takiego ojca nie widziały. – Plotła nie mogąc się zatrzymać, gdy w tym czasie twarz I. stawała się kredowa z poczucia beznadziejności.
- Jak przestał pić, myślałam, że teraz już będzie dobrze, że dużo przeszłam i że to jest nagroda… – Zaczęła jeszcze raz, ale W. znów się jej wtrąciła z peanem na temat łaski bożej, chwalebnego życia w trzeźwości, (czego akurat sobie by nie życzyła, bo lubiła sobie „strzelić piwko”, szczególnie latem, pod chmurką). Znów trajkotała aż przyjaciółka nie wytrzymała i powiedziała chłodno:
- Werka, dasz mi powiedzieć, czy mam sobie pójść?
- Mów. – Spuściła oczy w koszyk z warzywami, z których żadne jeszcze nie zostało oczyszczone.
Zebranie myśli nie było proste. Rozwiane wspomnienia walały się bezładnie po głowie. Plątanina bolesnych przeżyć nie ułatwiała ułożenia takiej wypowiedzi, która była by lekkostrawna dla W.. I. marszczyła brwi i pocierała sobie wierzch dłoni. Ciągle miła wątpliwości czy ma jej powiedzieć, czy właśnie przed nią ma wyspowiadać się ze swojego życia. Nigdy tego nie robiła, ale życie stało się nie do zniesienia i jeśli miało trwać dalej musiała się pozbyć tego ohydnego balastu.
D. wśród ludzi uchodził teraz za uosobienie dobroci i szlachetności. Nikt nie wiedział, jakim potworem jest w domu. Nie awanturował się, nie krzyczał, niszczył ją po cichu, z mocą złego westchnienia. Nikt nie widział jego wzroku, nikt nie wiedział, co ma w głowie, kiedy patrzy na swoją żonę, ona też nie, ale czuła, że nie są to miłość ani sympatia a już na pewno nie szacunek.
- To chyba zaczęło się niedługo po tym jak wstąpił do AA. Od razu zrobił się taki ważny. Głowę zawsze nosił wysoko, ale od tamtej pory zachowywał się jakby już za życia trafił w szeregi świętych. Myślał chyba, że od nie picia zabłysła nad nim aureola, a już na pewno myślał o sobie, jako o kimś kto wie o życiu coś, czego nikt inny nie wie. – Wciąż nie mogła się przełamać. Głos się jej rwał, chciała zrezygnować, ale przyjaciółka zachęcała ją do dalszego mówienia kiwając głową. – Nie pamiętam dokładnie, kiedy, ale nie długo po jego wstąpieniu do AA, mięli zajęcia z psychologiem. To się nazywało „terapia rodzinna” i musiałam w tym uczestniczyć. A było między nami nie dobrze, ciągle się kłóciliśmy. Bo on zaczął czytać pismo święte. To oczywiście nic złego, ale kazał się dzieciom na pamięć uczyć… Uznałam, że to przesada. Do tej pory się nimi nie zajmował, a ja chciałam żeby moje dzieci dojrzały do wiary, takiej czy innej, ale żeby podjęły decyzję same. Rozumiesz? – Zapytała, ale nie czekała odpowiedzi, mówiła dalej. – Acha, o tym psychologu mówiłam… i poszłam tam. A ten psycholog przywiózł ze sobą swojego przyjaciela, „pijaka”, który wyszedł z nałogu i żył już wolny od niego ileś tam lat. Straszne łzawe pierdoły opowiadał, zupełnie się rozckliwił i metaforyzował w sposób przesadny. Mówił o tym, że pewnego dnia się obudził w bramie, cały w kale i moczu, z butelką pod głową zamiast poduszki, i przypomniało mu się, że miał kiedyś żonę, dzieci i dom…
- To bardzo smutne. – Gospodyni najwyraźniej wzruszyła się historią „pijaka”. – Chłop bez baby zginie, może wytrzyma dzień, dwa, ale potem to już kanał murowany.
- Później – ciągnęła dalej, nie zwracając uwagi na wtrącenia W. – miała być jakaś terapia, ale ten „pijak” zaczął wyciągać jakieś gazetki, zaczął mówić o bogu, o miłosierdziu i zrobił się hałas i zamieszanie. Bo on tym handlował. Ktoś tam chciał prenumeratę i w ogóle to był niewypał, bo psycholog się zaraz gdzieś znikł, a ja chciałam z nim porozmawiać, o tym, co się dzieje z moim mężem. Jakiś miesiąc później wstałam rano, D. już nie było w łóżku, wchodzę do kuchni a on w białej koszuli, w spodniach od garnituru i w krawacie. Pięknie wyglądał. Wiesz, że wtedy się prawie znów zakochałam. – W. westchnęła i wyobraziła sobie B. w białej koszuli pachnącej krochmalem, w krawacie. Otarła łzę, mów, mów kochana, powiedziała. – Prawie, bo zaraz się odezwał. Wiesz, co on do mnie powiedział? – Wbiła wzrok w wystraszoną koleżankę, która potrząsnęła szybko głową. – Zapytał, dlaczego porządny człowiek musi tyle czasu czekać na śniadanie? Oniemiałam. To była chyba sobota. Może drugi czy trzeci miesiąc jak nie pił. Całe nasze wspólne życie nie zawaliło się tylko, dlatego że wypruwałam sobie żyły żeby ten bajzel można było nazywać „życiem”. A on nagle ubzdurał sobie jakąś wizję bycia „porządnym” i postanowił wprowadzić ją z dnia na dzień. Wtedy w kuchni nie było dzieci. Zapytałam, gdzie są? Nie odpowiedział, patrzył się na mnie jak na idiotkę. Poszłam do nich, a one, wyobraź sobie też w białych koszulkach i czytają pisemka od tego „pijaka”. Sobota, wcześnie rano… Wróciłam do kuchni i pytam, co to ma znaczyć. Wtedy mnie uderzył. – Przerwała. Oczy ją piekły, a powstrzymywanie łez spowodowało, że żyłka jej wyszła na czole.
- Czasami jak coś palnę, to Bożek też mnie szturchnie. – Powiedziała W. tak jakby naturalną rzeczą było bicie kobiety. – Wiesz jak to mówią, jak chłop baby nie bije to jej wątroba gnije. – Uśmiechnęła się do niej czekając reakcji.
Kiedy człowiek staje wobec tak bezdennej głupoty, która uchodzi za mądrość ma tylko dwa wyjścia, albo się śmiać albo płakać. I. wybrała wariant pośredni, uśmiechnęła się kwaśno a z oczu popłynęły jej łzy. W. uznała, że to dobra oznaka, że ją trochę rozweseliła, tymczasem koleżanka porzuciła wszelkie nadzieje na to, że znajdzie u niej wsparcie i zrozumienie, bo nie oczekiwała tego, że W. pomoże jej rozwiązać problem.
Zarazem zrobiło się jej lżej. Zobaczyła siebie z dystansu. Nie był to widok zachwycający ale utracił polor tragizmu. Teraz widziała siebie jakby czystszą. Poczuła do siebie wielki żal. Gdyby mogła stanąć teraz obok tamtej zagubionej kobiety, która praktycznie dawała się gwałcić, poniżać i wyzywać to wykrzyczałby w jej zaczerwienioną od płaczu twarz to wszystko co w tej chwili myślała, że powinna zabrać dzieci i uciec, nie przejmować się tą kreaturą. Kazałaby jej zacząć życie od nowa.
Wokół miski ze starkowanymi warzywami utworzył sie wianuszek z drobnych wiórek. Gdy pani domu zabrała miskę kompozycja przypominała kwiat. I. nawet uśmiechnęła się do tego krajobrazu na stole, ale W. zaraz starła kwiat brudną ścierką.
- A ja myślałam, że coś gorszego… Nie wiem, że ma inną… O taką to raz dwa byśmy przepędziły. A ja widziałam, że na mieście się za nim Z. oglądała i jej siostra też. Kiedyś jak podeszłam do kobiet, co stały przy Ancikowej, to umilkły, ale zdążyłam usłyszeć, że o twoim gadają. – Zły czar prysł. W. czuła się znów panią sytuacji. Oj, zdarza się, że chłop babie zdzieli, ale to nie powód do takich histerii. Potem myślała sobie o tym, jak te wykształcone kobitki to nic o życiu nie wiedzą.
Czas płyną powoli. Kobieta na narożniku obserwowała swoje splecione na podołku dłonie i ich kciuki, które bawiły się w berka. Gdyby myśli jej i przyjaciółki mogły się teraz spotkać, mogłaby nastąpić obyczajowa katastrofa. W. znów w świetnym humorze, myślała o tym jak opowie innym kobietom o tej „hecy”. Natomiast I. opłakiwała już nie tylko siebie, ale i W. bo ona nawet nie jest świadoma swojego nieszczęścia. W tym momencie obie cierpiały z powodu „wiedzy”, jedna z powodu jej braku, druga z powodu jej posiadania, przy czym pierwszej, zdawać by się mogło wcale „wiedza” nie była potrzebna.
V
- Myślę o rozwodzie. – Gdy tylko wypowiedziała te słowa, od razu pożałowała. Ciągnęły za sobą mnóstwo czynności, na które nie miała siły, chciała się wycofać, ale było już za późno. W dodatku W. zrobiła bardzo kwaśną minę i uciekała przed jej wzrokiem. Chęć cofnięcia czasu wzrastała proporcjonalnie do zapadającej ciszy.
Nauczycielka skurczyła się na narożniku, ściągnęła ramiona i schowała między nie głowę. Po chwili ziewnęła, co zaskoczyło ją i gospodynię.
- Muszę jednak napić się kawy. – Starała się zatrzeć nieprzyjemne wrażenie.
Pani domu z ostentacją wyszła do kuchni. I. Siedziała teraz wyprostowana. Jej wzrok się wyostrzył i zaczął jej przeszkadzać ten bajzel, który odwiecznie królował w mieszkaniu B. i W. Chciała jak najszybciej wyjść. Nie wiedziała, co ze sobą zrobi, ale czuła, że jej życie nie będzie już wyglądało jak do tej pory. Myśli obsiadły ją jak nieznośne ciotki. Czuła narastające zmęczenie, drętwiały jej nogi. Czuła się jak mężczyzna w poczekalni do dentysty. Wie, że nie ma odwrotu, że to, co robi jest konieczne, bo odkładając na później, sprawa się tylko pogorszy co wcale nie zmniejszało lęku przed tym co ma nastąpić. Bolało ją całe ciało. Myślała o tym, dlaczego ją spotkało takie życie, dlaczego się na to wszystko godziła, tyle lat… Tyle lat oszukiwała samą siebie, że warto, że to dla dzieci, bo przecież dzieci muszą mieć ojca, bo później będą miały problemy emocjonalne. Aż ją zatrzęsło, gdy sobie przypomniała rozmowę z przed lat, jaką odbyła, chyba właśnie z W.. Taka teoretyczna gadanina, co by było gdyby? Buntowała się wtedy, gdy koleżanka mówiła o tym, że rodzina to grunt, że obojętnie, co, to rodzina najważniejsza. I. nie mogła się sobie teraz nadziwić, jak stało się tak, że ona w te wszystkie bzdury uwierzyła. Oddałaby tę część swojego życia, która jej pozostała za to, żeby odwrócić czas i część poprzednią przeżyć tak jak sobie kiedyś marzyła… zostać na uniwerku, zajmować się literaturą, boże wszystko tylko nie to, co ją spotkało.
Z dworu dochodziły krzyki matki trojga dzieci. Krzyczała, że już południe, a że one tylko tyle narąbały drwa. Dzieci stawały okoniem, nie chciały rąbać ciężkich kloców drewna, mówiły, że nie mają siły, żeby tata jak wróci z pracy te ciężkie porąbał… W. huknęła na nie, że nie mają szacunku dla ojca, który ciężko pracuje żeby utrzymać rodzinę. Poczym dzieci się rozbeczały, rzuciły siekiery i powiedziały, że nie będą rąbać i kropka, że to „gupia” robota. Najstarszy syn, R., dwunastolatek dostał w twarz, od matki. Zacisną zęby, ale już się nie odezwał. W. spojrzała na nie i powiedziała, żeby zrobili tyle ile mogą, a ona porozmawia z ojcem, który na pewno będzie zawiedziony.
- Rozwód to rzecz straszna. – Kawa parowała przed nosem I. – Przysięgałaś przed Bogiem, że… zresztą sama wiesz, co przysięgałaś.
- Nie wytrzymam dłużej. On mnie wykończy. – I. była twarda. – Rozwiodę się z nim i kropka. To łajza. Przecież oprócz tego, że przestał pić to nic się w naszym życiu nie zmieniło. No, może przestał rzeczy z domu wynosić, ale jak nie przynosił nic, tak nie przynosi. – Uśmiechnęła się do siebie, jak gdyby udał się jej dowcip.
- Wiesz, co Iwonka, ty masz trochę we łbie poprzestawiane. Zobacz na tą Marysię, co ona ma ze swoim, ten to ją pierze, a ona nic, ani na policję, ani do sądu, czasami jak jemu za mocno odbije to leci do brata, a ten robi z nim porządek i Marysia ma spokój. Żona to żona, na całe życie. Przysięgałaś, to dotrzymaj przysięgi…
-Werka, żeby on bił… to ja bym może to wytrzymała, nie takie rzeczy można znieść, ale on patrzy na mnie…
- Ty znowu z tym patrzeniem, co ci przeszkadza, że patrzy. Niech sobie popatrzy, znudzi mu się, ty w ogóle nie wiesz jak z chłopami…
- Może nie wiem jak z chłopami, ale wiem jak z mężczyznami. Rozumiesz, potrzebuję mężczyzny, a nie chłopa. On na mnie patrzy jak na kurwiszona jakiegoś, jakbym to ja całe życie była szmatą a nie on!!!
Złość biła z oczu W.. Nienawidziła koleżanki za to, że się wywyższa. Czego ona chce, zastanawiała się w duchu. Atmosfera zrobiła się naprawdę nieprzyjemna. Porozumienie nie zostanie osiągnięte, bo obie kobiety mówią innymi językami. Słowa takie jak małżeństwo, miłość, mąż i żona, mają dla obu różne znaczenia.
Dzieci wpadły do mieszkania.
- Przez ciebie nie naszykowałam im kanapek i herbaty. – Pani domu obrzuciła koleżankę nienawistnym spojrzeniem.
- To ja już pójdę. Nie będę ci przeszkadzać. – I. uczuła ulgę, może iść z tej chałupy, która przypomina stan przedzawałowy podstawowej komórki w ciele społeczeństwa.
Z kuchni dochodziły krzyki. Dzieci oskarżały się nawzajem, że przez tego to, to, a przez tamtą to, to. Ich matka krzyczała jeszcze głośniej starając się je uciszyć. Po kilku minutach znów zapanowała cisza. W. wróciła do pokoju. Usiadła na drugim końcu narożnika, spojrzała na I. i powiedziała:
- Jak się rozwiedziesz to nie będziesz miała tu życia.
Szła do domu powoli. Przechodziła obok okna Starej Ancikowej. Tknęło ją coś. Zobaczyła w wyobraźni jak W. stoi tutaj z tymi okropnymi babami i rozprawia bez zażenowania o jej życiowych tajemnicach. Czuła się jak przestępca przechodzący obok sądu, który wie, że niedługo w tym miejscu odbędzie się nad nim sąd, a wyrok zapadnie skazujący.
W domu nastawiła cały garnek ziemniaków. Przygotowała mięso i warzywa na surówkę. Poszła do sypialni, przez środek, której rozciągnięta została zasłona, jego łóżko stało w części z oknem, jej w części z szafą. Położyła się. Z nocnej szafki wyciągnęła fiolkę z lekami uspokajającymi. Zażyła odpowiednią dawkę. Zasnęła.
Obudził ją drażniący zapach. Przez chwilę nie wiedziała, co się dzieje, gdzie jest. Przed oczami stanął jej obraz jak wstawia ziemniaki na gaz. Zerwała się z łóżka. Wybiegając z sypialni uderzyła barkiem w framugę drzwi. Syknęła z bólu. Weszła do kuchni. Płakała. Nie dało się oddychać, dym kąsał oczy. Wyłączyła gaz i chciała wrzucić garnek do zlewu, ale ucho było gorące i boleśnie sparzyła sobie palce. Płacz zamienił się w szlochanie małego dziecka. Chlipała.
Chwyciła garnek przez ściereczkę i wrzuciła go z hukiem do zlewozmywaka. Spojrzała na zegarek i powiedziała do siebie:
- Zdążę.
Dym był w całym mieszkaniu, ale nie traciła czasu na wietrzenie. Pakowała tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Ciuchy, kosmetyki, przybory do pisania, notesy, parę książek, chciała zabrać zdjęcia dzieci, ale jej rękę odrzuciło jak od gorącego garnka. Wyszła z mieszkania z ledwie zapiętą torbą, pod której ciężarem uginały się jej nogi. Szła szybko obijając sobie udo o bagaż, pod spódnicą zrobił się jej siniak, lecz ból tan znosiła, może nie z przyjemnością, ale na pewno z satysfakcją. Wyobrażała sobie jak D. będzie jej szukał, jak się będą martwić i stwierdziła, że już ją to nic a nic nie obchodzi.
