Anderseitsarbeiter

See V – Katatonik vel. Wałujew

See V
albo
wszystkie wielkie nieistotności

Look, what your God has done to me

Solitude Aeturnus, „Days of prayer”

Nazywam się Bogusław Filipowski. Przyznam, że matka mogła dokładniej przewertować jakąś księgę imion albo chociaż kalendarz. Cóż – wybrała Bogusława i tyle. Może jej się podobało albo miała sentyment? Nigdy nie pytałem.
Nie lubię tego imienia i to nie tylko z uwagi na znaczenie, obecnie zupełnie mylące, lecz głównie przez niemożność zdrobnienia, które nie doprowadzałoby mnie do szału.
Boguś! Boguś! Boguś!
Nawet dziś niektórzy tak mnie nazywają, a ja niezmiennie muszę udawać, że jestem przyzwyczajony, choć trafia mnie szlag.
Cóż, mogło być gorzej. Matka myślała poważnie o Filipie. Że wtedy to jak Damian Damięcki prawie będę, i w ogóle bardzo fajnie brzmi. Gdyby tak mnie ochrzciła, krzewiłbym pewnie kulturę emo, jeszcze zanim świat na dobre o niej usłyszał.
Na szczęście ojciec miał w domu nie tyle decydujące zdanie, co prawo weta. Filip najwyraźniej źle mu się kojarzył, zapewne uznał, że to jednak groźny dla stadła sentymentalizm żony. Gwałtowny sprzeciw sprawił, że matka musiała głowić się dalej, aż stanęło na pozornie niewinnym Bogusiu.
Boguś to, Boguś tamto, Boguś sramto… – i tak przez całe dzieciństwo.
Mało tego. Zbieżność nazwiska z popularnym wówczas łyżwiarzem figurowym narażała mnie w szkole na wiele szykan i drwin.
Skoro nazywam się jak jakiś wyglancowany, kręcący piruety pedziu – właśnie pedziu, bo słowo gej jeszcze nie było w powszechnym użyciu – to na pewno sam jestem pedziem – wnioskowali. Nie byłem w stanie podważyć ich piekielnej logiki.
No, no – śmiali się – skocz, Boguś, potrójnego axla.
Albo toeloopa, ha ha.
Kombinację trzy – trzy!
Ha ha ha…
Nie skoczysz? Nie? To chociaż piruet zakręć… No, Boguś, dawaj!
Od dziecka wiedziałem: popularne nazwisko to zdecydowanie przekleństwo, a nie ułatwienie w życiu.
Jak wspominała matka, przez całą ciążę miała smak na piwo. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że przed moim poczęciem, a także już po urodzeniu, była zdeklarowaną abstynentką. Wiele lat później, gdy coraz częściej sięgałem po alkohol, mówiła zrezygnowana:
– Już chyba wtedy się dopominałeś.
Urodziłem się siedemnastego lutego 1981 roku. Wygląda nieciekawie, prawda? wojenny, ciężkie czasy. Tak wspominała zawsze pierwsze miesiące mojego życia babcia.
Poza tym babcia twierdziła, że w dacie śmierci musi być przynajmniej jedna kosa, bo inaczej kostucha nie odważy się przybyć. Kosa, czyli jedynka albo – lepiej – siódemka. A u mnie, w dacie urodzin, już dwie na samym początku prężą się buńczucznie.
Swoją drogą – z tego, co zauważyłem – to się zazwyczaj sprawdza. Babcia umarła w święto niepodległości przed rokiem. Załatwiło ją pięć kos, jak by nie patrzeć. Być może dostała ataku serca, gdy przewróciła w kalendarzu kartkę i nagle skojarzyła datę ze swym prawidłem. Jak to się mówi, przepowiedziała sobie śmierć.
Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego zwyczajowo podaje się konkretną datę przybycia na ten cudowny świat – we wszelkich formularzach, podaniach, gdy legitymuje policjant – jakby była kluczem do jestestwa.
No po kiego wała, się pytam? Żeby ze znakiem zodiaku zestawić, jakąś wróżbę naprędce ułożyć czy coś w tym stylu? Że jak kosa za jednostką, to – ani chybi – rychła śmierć i szkoda na delikwenta czasu? Pewnie po to.
Niech i tak będzie. Mój znak zodiaku to wodnik. Nienawidzę go od dziecka, pewnie dlatego, że kojarzy mi się niezmiennie z wodnikiem Szuwarkiem. To była najbardziej znienawidzona przeze mnie bajka. Zresztą, jeśli mam być szczery, nigdy nie lubiłem bajek. No, może dopiero potem, już w późnym dzieciństwie, gdy pojawiły się te ze zgniłego zachodu – disneyowskie, Gumisie, kot Tip-Top, Scoobie Do… Tak, wtedy wreszcie zaczęli emitować jakieś normalne bajki, nieurągające dziecięcej inteligencji. Ale właśnie wtedy wkraczałem w wiek, w którym oglądanie bajek stawało się obciachowe. A więc tak już musiało zostać – moje dzieciństwo to zasrane misie Uszatki, Gąski Balbinki, i inne gówna tego typu. Aha, jeszcze Muminki zafajdane – jak mógłbym zapomnieć o tych parszywych, wielkich gębach, chuj im wszystkim w paszcze.
Cóż, mogło być gorzej. Teletubisiów raczej na pewno bym nie przeżył.
Nie wierzę w te zodiakalne bzdury, ale czasem zerknę, z ciekawości czystej, do Temi na przykład – tam, na ostatniej stronie, są horoskopy, tuż obok kryminalnych historyjek z regionu. I co? Zawsze to samo: w przyszłym tygodniu spotkasz kogoś ciekawego, zdarzy się coś, co zmieni twoje życie. I uważaj na zdrowie.
Od dwudziestu siedmiu lat czekam na ten pierdolony przyszły tydzień. Zdrowiem zainteresuję się, gdy wreszcie nadejdzie.
I pomyśleć tylko – kilka dni i byłbym rybami. Zauważyłem, że ryby mają zawsze lepsze horoskopy. Przynajmniej w Temi – nie muszą jak ja wciąż czekać na cholerny przyszły tydzień. Może szef jest spod tego znaku i lokalni wróżbici liżą mu cotygodniowo naczelną dupę w nadziei na podwyżkę. Poza tym ryby toleruję, a nawet lubię. Znaczy się, nie na tyle, żeby je zjadać, co to, to nie. Tylko karpia raz w roku spróbuję, bo to niby tradycja i tak wypada. Kiedyś sporo wędkowałem i stąd ta sympatia. Chodziłem nad przepływającą kilometr od domu Białą, jeździłem z ojcem nad Dunajec albo nad Rożnów. Z sympatią nabijałem uklejkę na kotwiczkę, tak, żeby nie uszkodzić jej kręgosłupa i żeby przez kilkadziesiąt minut udawała żywotną. Z sympatią wydzierałem okoniom haczyki z żołądka, jeśli nie dostrzegłem w porę zatonięcia spławika, a one uparły się, że jednak połkną tego cholernego robaka, choć stawia potężny opór, a do tego kłuje pysk. Nie było to szczególnie miłe, ale też prędko przestało mnie wzruszać.
Wcześniej byłem chyba bardziej wrażliwy, jeśli chodzi o cierpienia tego łez padołu.
Gdy miałem kilka lat, pięć, może sześć, poszedłem na ryby ze starszym kuzynem i kilkoma jego kumplami. Połowy nie były zbyt okazałe: jednemu z chłopców udało się wyciągnąć na brzeg zaledwie niewielkiego kiełbika. Ktoś rzucił hasło, żeby go rozkroić – nie wiem, chyba w zemście za ignorowanie przynęty przez współbraci. Byłem najmłodszy i nie mogłem otwarcie zaprotestować, ale kuzyn w mig zauważył, że pomysł nie przypadł mi do gustu. Szepnął coś na ucho kolegom, po chwili jeden z nich wyciągnął z plecaka żyletkę i zaczęli znęcać się nad żywą jeszcze rybką i przy okazji nade mną. Nie wiem, co bawiło ich bardziej – krew i konwulsje kiełbia czy łzy w moich oczach. Odpuścili po kilkunastu minutach, gdy zaczęło brakować pomysłu, co jeszcze można naciąć bądź odkroić konającemu. Wrzucona do rzeki rybka o dziwo jeszcze żyła. Owszem – pływała brzuchem do góry, rozpaczliwymi zrywami próbując wydostać się z płycizny, po czym znikła w wirze głównego nurtu.
Pamiętam, że nocą nie mogłem zasnąć. Modliłem się, by pokiereszowana ryba przeżyła i wyzdrowiała, co wydawało mi się jakimś triumfem sprawiedliwości, przywracającym ład świata.
Jeśli Bóg jest złośliwy, pewnie wysłuchał moich próśb.
Wiele lat później, gdy bardziej absorbowały mnie dziewczęce, a nie rybie uczucia, moja ówczesna ukochana podarowała mi na walentynki bojownika. Twierdziła, że niby moją naturę odzwierciedla i takie tam. Może i miała rację. Hobbystycznie rozbijam sobie nos na szklanej ścianie niemożności.
Byłem zdolnym dzieckiem. Pisać i płynnie czytać umiałem, zanim poszedłem do szkoły. Raz nawet wychowawczyni w zerówce zaprowadziła mnie do jakiejś klasy, trzeciej albo czwartej, wręczyła gazetę, jeszcze „Trybunę” chyba, takie w końcu czasy, i kazała czytać wskazany artykuł.
No to czytałem, nie pamiętam już o czym (zresztą, wszystkie artykuły były wtedy o tym samym), aż wreszcie wychowawczyni powiedziała „wystarczy”. A później, już do tej klasy, trzeciej albo czwartej – „widzicie? słyszycie? on z zerówki jest i czytać potrafi, a wy co, nie wstyd wam?”.
I chyba było im trochę wstyd, bo cisza zaległa niesamowita.
Oczywiście, nienawidziłem szkoły, lecz, będąc zawsze najlepszym uczniem, miałem to przyjemne wrażenie, że cały świat stoi przede mną otworem.
Moja największa porażka pierwszych lat edukacji wiązała się z konkursem poetyckim, zorganizowanym w naszej szkole. Po czytaniu „Trybuny”, przyszła pora na coś z innej beczki, a mianowicie wygłoszenie wiersza o tematyce religijnej.
Wyglądało to mniej więcej jak casting do Idola, tylko że recytowaliśmy – jeśli można tak ująć nasze próby – zamiast śpiewać, a zamiast Cygana, Wojewódzkiego, i tej grubej w okularach, oceniała nas trójka Lokalnych Poetów. Lokalni Poeci nie rzucali też bon motami, tylko po każdej prezentacji mówili:
– Uhm. Uhm. Dziękujemy.
I coś tam zapisywali.
Nie pamiętam już, o czym traktował mój wiersz. Szczerze mówiąc niewiele pamiętam z tej imprezy poza ogłoszeniem wyników i porażającą mnie informacją – to nie ja wygrałem! Mało tego, nie znalazłem się w gronie bodajże dziesięciu wyróżnionych i pozostała mi nagroda pocieszenia: niewielka książeczka o niejakim Ojcu Pio.
Tuż po ogłoszeniu wyników poinformowano nas, że teraz mamy niepowtarzalną okazję uzyskać autografy Lokalnych Poetów. Wszyscy ustawili się w kolejce, a Lokalni Poeci kreślili kolejne parafki.
Wziąłem tę pieprzoną nagrodę pocieszenia i chciałem uciec. Cóż – miałem gdzieś autografy zasranych Lokalnych Poetów. Ponadto wiedziałem, że jeśli podejdę do nich, nic nie powstrzyma mnie przed wygarnięciem im w twarz, co sądzę o takich, a nie innych wynikach. Wymknąłem się jakoś z sali, ale nieszczęśliwie natrafiłem na swojego wychowawcę.
– Boguś, gratuluję! – powiedział i wyciągnął do mnie dłoń.
Uścisnąłem ją, lecz trochę się zmieszał, bo zauważył, że zbiera mi się na łzy i mam w dupie taki sukces i jego gratulacje.
Ale chuj z tym, jak to się mówi, trzeba z żywymi naprzód iść… W domu spaliłem triumfalnie książeczkę. Poczułem ulgę.
Moi rodzice przyjęli zasadę wychowania mnie bez jakichkolwiek aspektów przemocy, czyli tak zwanego wychowania bezstresowego w ujęciu fanatycznym. Ściślej – zasadę tę przyjęła matka, a ojciec nie zgłosił sprzeciwu. W ten oto sposób nigdy nie miałem możliwości pobawić się choćby plastikowym karabinem. Pewnie, potrzeba jest – jak to mówią – matką wynalazku i jakoś sobie radziłem. Przykładowo, układałem rozmaite bronie z klocków Lego. Niemniej jednak karabinu jako takiego czy choćby nędznego pistoletu nigdy w moim domu nie było.
Chyba matka wiedziała, co robi. Od dziecka byłem dość agresywny i diabli wiedzą, co strzeliłoby mi do głowy, gdyby tę agresję wspomagać atrapami militariów. I tak, potrafiłem chociażby rzucić się na kogoś, kto nazwał mnie „Bogusiem” i zwyczajnie go kopać. Ofiarą jednej z moich bardziej spektakularnych napaści padła ciotka podczas wigilijnej wieczerzy. To było przezabawne – kopałem ją po nogach ile wlezie, a wszyscy udawali, że to tylko niewinna, dziecięca zabawa kochanego „Bogusia”. Udawała też ciotka, choć widziałem, jak ból wykrzywia jej co chwila twarz i gdyby nie świąteczna atmosfera, z chęcią spuściłaby mi solidne manto. Bądź co bądź tego wieczoru nikt już nie nazwał mnie „Bogusiem”, a ciotka trochę boczyła się na moich rodziców.
Moją agresję utemperowała nieco szkoła. Utemperowała, lecz nie wykorzeniła – wciąż byłem wrażliwy na wszelkie próby upokorzenia, a tych, jak wiadomo, żadna szkoła nie szczędzi, i to od niewinnej wydawałoby się zerówki.
Już pierwszego dnia, udając, że bawię się zabawkami, rozbeczałem się na dobre. Pocieszało mnie kilku kolegów, bo pani przedszkolanka takie pionierskie łzy, jako powszechne i powtarzające się co godzina, miała głęboko w dupie.
Co się stało? Co się stało?
Nie może przekroczyć… nie może przekroczyć?
Że co?
Granicy. Auto.
Ach, w tym płaczu było jak nic marzenie o strefie Schengen i keine grenzen na festiwalu Eurowizji. Ale tak w ogóle to ja nie mogłem przekroczyć granicy. Nie wierzono łzom, trzeba było inaczej.
Do większego incydentu doszło kilka tygodni później, gdy sprawdzano, czy aby nie mamy płaskostopia. Tutaj muszę nadmienić, że od dzieciństwa uznawałem stopę za intymną część ciała, w równym stopniu z tymi, których intymność była bezdyskusyjna i kulturowo usankcjonowana. Z przerażeniem usłyszałem więc, że mamy zdjąć pantofle i skarpetki, a potem ustawić się w kolejce i poddać dziwnemu badaniu. To było straszne – kolejne dzieci podchodziły do miedniczki z fioletowym roztworem, zanurzały w nim stopy, a następnie przykładały je do arkuszu białego papieru. Ustawiłem się na samym końcu kolejki i miałem tylko jedną nadzieję – że stanie się coś, co mnie uratuje przed tym poniżeniem. Boże, zrób coś – szeptałem. Niech ta buda się zawali, niech nastanie koniec świata! Boże, błagałem, chyba przyznasz, że nigdy w historii ludzkości nie było i już nie będzie dogodniejszego momentu na interwencję, na ukazanie boskiej sprawiedliwości, niż ten – gdy zmuszają nas, niewinne dzieci, do zanurzenia stóp w tym fioletowym syfie!
Ale Bóg pozostał niewzruszony. Być może uznał, co nie mieściło się w mojej głowie, że świat przetrwał już gorsze plugastwa. Nadeszła więc moja kolej. Czerwony ze wstydu zbliżyłem się do miedniczki, zacisnąłem zęby i częściowo zanurzyłem stopę.
– Całą! – nalegała higienistka.
Pokręciłem przecząco głową. Higienistka westchnęła, wstała z krzesła i podeszła, by siłą zmusić mnie do zanurzenia stopy. I wtedy stało się to, co musiało się stać: z całych sił kopnąłem miedniczkę, na tyle skutecznie, że fioletowy syf spływał po chwili z higienistki, asystującej badaniom nauczycielki i kilkoro dzieciaków, które – jak to mówią – znalazły się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze.
Uznano mnie naturalnie za niewychowanego i tępego łobuza, czyli – jak to się z kolei ujmuje w dzisiejszym, bardziej subtelnym slangu – stwierdzono symptomy ADHD.
Wpadłem więc z deszczu pod rynnę, bo skierowano mnie na kolejny test, przy którym płaskostopie to pikuś. Skierowano mnie mianowicie do psychologa, by stwierdził, czy wszystko ze mną w porządku, choć w gruncie rzeczy było jasne, że z dzieciakiem kopiącym znienacka miedniczkę podczas zwykłego badania wszystko w porządku być nie może.
Kolejny test na szczęście nie dotykał spraw i części ciała intymnych. Miła pani pokazała mi kilka obrazków, a potem podała kredki i kazała narysować to, co ujrzałem. Rysowałem więc – drzewo, słońce, ptaka, pieska i jakiegoś śmiesznego człowieczka. Pamiętam, że zapomniałem tylko jednego elementu – mój człowieczek nie miał rąk.
Miła pani przyjrzała się rysunkom, pogłaskała mnie po głowie, napomknęła coś o tych rękach i orzekła: to nauczycielka powinna udać się do psychologa, skoro wysyła tam tak zdolnego dzieciaka jak ja. Ulżyło mi – jednak byli na tym świecie normalni ludzie.
Wizja wychowania bez stresu, bez przemocy i bez plastikowych karabinów mogła skończyć się tragicznie, i to przynajmniej z dwóch względów. Gdy miałem sześć albo siedem lat, moja matka dostała zadanie zakupu prezentów pod choinkę dla wszystkich dzieci pracowników firmy, a ściślej – wedle ówczesnej nomenklatury – zakładu pracy. Zakupione prezenty leżały przez kilka przedświątecznych dni u mnie w domu, dzięki czemu miałem przywilej wyboru najfajniejszych resoraków. Wybrałem więc z zapałem te, które najbardziej mi się spodobały, lecz po kilku godzinach zabawy moją uwagę przykuły inne prezenty. Resoraki resorakami, choć najfajniejsze, nie było w nich nic osobliwego, a wśród choinkowych podarunków leżały rzeczy co najmniej fantazyjne dla mojej bodajże sześcioletniej optyki: leżały mianowicie lalki.
Chryste, nie wiem co się ze mną stało. Nastąpiło jakieś przeciążenie, error w kresomózgowiu i ujawniły się znienacka i radośnie skłonności macierzyńskie (czy tam tacierzyńskie). Albo, co gorsza, ujawniła się we mnie dziewczynka.
Wziąłem jedną z lalek i położyłem ją na krześle.
Ale nie to, żebym się z nią bawił – zapewniłem patrzącą z zainteresowaniem na ten rytuał matkę.
Nie, nie, oczywiście.
Dopiero wiele lat później przyznała, że zawsze chciała mieć córeczkę.
Dotknąłem włosów lalki, pogładziłem po buźce, wyciągnąłem rączkę… Ale nie, nie bawiłem się, co to, to nie.
– Jeśli chcesz – powiedziała matka, widząc moje rosnące zainteresowanie – to mogę ci jedną zostawić.
– Nie chcę – wyjąkałem. – Ja wcale się nią nie bawiłem!
Dziewczynka, jeśli ujawniła się na moment, teraz uciekała w panice krzycząc wniebogłosy. Zacisnąłem zęby i, chyba na dowód tej deklaracji, wymierzyłem siedzącej na krześle lalce zamaszystego sierpa, na tyle mocno, że bidulka spadła z krzesła i poturlała się w przeciwległy róg pokoju.
To jednak jeszcze nie było to. Wciąż – jeśli można tak powiedzieć – czułem wewnętrzne rozdarcie. Apogeum tego rozdarcia nastąpiło kilka tygodni później, gdy bawiłem się w domu kolegi. Przyjaźń naszych matek sprawiła, że i tam nie było żadnych zabawek, mogących – ich zdaniem – źle wpłynąć na psychikę dzieci. Była jednak jak w każdym domu kuchnia. Rodzice Szczepana – tak miał na imię kolega – gdzieś wyszli i zostawili nas samych. Znudzeni konwencjonalnymi zabawami, buszowaliśmy po domu, szukając czegoś ciekawego dla naszej dziecięcej optyki, coś, co pozwoliłoby zabić nudę kolejnego dnia. Dotarliśmy w końcu do kuchni, gdzie zainteresował mnie zestaw noży. Choć Szczepan coś mamrotał, że nie można, wyciągnąłem jeden z nich.
Co skłoniło mnie do zaatakowania kolegi? Wytężam pamięć i nie mogę sobie przypomnieć. Może nazwał mnie „Bogusiem”? Albo przypomniałem sobie, że był jednym z tych, którzy moje nazwisko kojarzyli z pedziem kręcącym w figurówkach piruety? Tak czy inaczej – tych kilka ciosów mu się z pewnością należało.
Oczywiście nie zrobiłem mu wielkiej krzywdy, choć płakał i wrzeszczał wniebogłosy, widząc pokrwawione ramię. Wkrótce przyszli rodzice Szczepana, więc musiałem się czym prędzej ewakuować.
Nóż zabrałem ze sobą. Nie było to wprawdzie przemyślane działanie, lecz gdy zorientowałem się, że kroczę ulicą trzymając w ręce narzędzie zbrodni, moja postawa wydała mi się całkiem zasadna i zgodna z wiedzą nabytą w trakcie oglądania tego czy innego sensacyjnego filmu. Kto wie, może zorganizowano już pościg? Kto wie, może przyjdzie mi walczyć na śmierć i życie, zanim zdołają mnie pojmać? Tak, z nożem w ręce czułem się zdecydowanie bardziej bezpiecznie i wyglądałem – co tu dużo mówić – bardziej poważnie jako przestępca. Ale pościgu nie wiedzieć czemu nie było. Nieco rozczarowany krążyłem dobrą godzinę po osiedlowych uliczkach, aż wreszcie postanowiłem zatrzeć ślady zbrodni, a zwłaszcza pozbyć się trzymanego w ręce jej koronnego dowodu. W tym celu poszedłem na most i cisnąłem nożem do rzeki. Nóż miał drewnianą rączkę, więc nie zatonął: obserwowałem z napięciem, jak płynie głównym nurtem rzeki, a potem, zepchnięty do małej zatoczki, krąży w niej leniwie i wyzywająco. Cóż, zbrodnia doskonała z pewnością to nie była.
Nasze matki naturalnie przestały się po tym incydencie przyjaźnić, a w domu miałem taką awanturę, że ideologiczne wyrzeczenie się przemocy zawisło na włosku.
Ale ja byłem zadowolony – wreszcie udało mi się normalnie pobawić, tak jak zawsze chciałem.
Jeśli inteligentni ludzie nigdy się nie nudzą, to – abstrahując od zdolności – nie byłem inteligentnym dzieckiem. Praktycznie całe dzieciństwo upłynęło mi pod znakiem piekielnej nudy i rozpaczliwego poszukiwania jakiegokolwiek interesującego zajęcia. “Nie mam co robić, co by tu robić” – ta zmyślna, sylabizowana rymowanka, doprowadzająca do wściekłości rodziców zyskała miano mantry mojego dzieciństwa.
Permanentna nuda znalazła odbicie w swego rodzaju pamiętniku, jaki prowadziłem – jeden jedyny raz – w roku 1992, w wyznaczonych na notatki rubrykach kalendarza. Rubryki były niewielkie, ale z łatwością wystarczały na streszczenie dnia, w którym to streszczeniu powtarzało się nagminnie słowo „nuda”. Oznaczałem dni udane na żółto i te nieudane – nigro notanda lapillo – na czarno. Tych drugich było oczywiście więcej, a żółty kolor towarzyszył tylko rzadkim, szczególnym wydarzeniom, albo tym nieszczególnym i powtarzalnym, jak pierwszy piątek miesiąca, bo miałem niejasne wrażenie, że oznaczanie dnia pierwszego piątku miesiąca jako niepomyślnego byłoby w pewnym stopniu bluźnierstwem.
Już od dzieciństwa towarzyszyła mi dziwaczna obsesja, że to, co najważniejsze, zostało już bezpowrotnie utracone. Nienawidziłem tej pustki utraconych dni, uniemożliwiającej kompleksowe spojrzenie na świat. Właśnie ta obsesja, paradoksalnie, powstrzymywała mnie od prowadzenia pamiętnika, dziennika, czy czegoś w tym rodzaju, co doraźnie pozwoliłoby nie zgubić bieżących dni. Ale jaki sens miało pisanie pamiętnika – myślałem jako trzynastolatek – skoro wszystko, co najważniejsze w moim życiu, już minęło (sic!) albo się rozmazało, straciło cały ciężar i żadnym sposobem nie odtworzę utraconych dni.
W tym stanie rzeczy najlepiej było tracić je, możliwie najwięcej się nudząc.
Ilekroć wracałem później, już w dorosłym życiu, do rodzinnego domu, miałem nieodparte wrażenie, że ta nuda dziecięcych lat zaciążyła na całym życiu i nigdy, przynajmniej w tym domu, nie zdołam na dobre się od niej uwolnić.
Wymyślałem więc rozpaczliwie zajęcia, co, nie powiem, było zajęciem bardzo twórczym. Często akcentowana wyjątkowa kreatywność jedynaków wynika w dużym stopniu z tego, że muszą nauczyć się grać w kosza, w piłkę nożną, a nawet w ping-ponga w pojedynkę.
Moim twórczym majstersztykiem były tak zwane “mecze”, czyli symulacje rozmaitych zawodów sportowych, głównie piłkarskich i żużlowych, ale także koszykówki, siatkówki, a w porze zimowej biegów narciarskich, biathlonu, hokeja, a nawet – przyznaję ze wstydem – łyżwiarstwa figurowego, przy pomocy talii kart. „Mecze” rozpaliły również we mnie namiętność komentatorską – wzorowałem relacje na swoim ulubionym studiu S13, transmitującym pojedynki polskiej pierwszej ligi.
Reguły były mniej lub bardziej skomplikowane dla każdej z dyscyplin, lecz raczej nikt przy zdrowych zmysłach, z rodzicami na czele, nie mógł ich zrozumieć i pojąć układania tych pasjansów. Stosunkowo najprostsze były mecze piłkarskie: układało się karty w dwóch rzędach, każdej parze odpowiadała jedna minuta, a trzy kolejne czerwienie bądź dzwonki w rzędzie oznaczały strzelonego gola. Z czasem wprowadziłem modyfikacje, uprzywilejowujące silniejsze drużyny, gospodarza, i tak dalej. Powstawały całe ligi, trwały kolejne sezony, a talie kart ulegały zniszczeniu czy też, jak mawiał ojciec, były doszczętnie „skasowane”. Nawiasem mówiąc, gdy rozpoznawałem karty po zagięciach bądź wyblakłej farbie, zrozumiałem, jak ciężko jest w sporcie zachować uczciwość i ligę nawiedziła fala ustawionych meczów ze zwycięstwami moich ulubionych drużyn.
Do symulacji, jakkolwiek to brzmi, przejawiałem niewątpliwy talent, trochę gorzej było z uprawianiem sportu jako takiego. Te samotne treningi nie przyniosły jak widać zadowalających rezultatów. Nie byłem może skończonym fajtłapą, ale do przysłowiowego potrójnego axla miałem daleko. Co gorsza zazwyczaj rywalizowałem sportowo z Darkiem, kolegą z klasy i zarazem sąsiadem, który to w każdej niemal dziedzinie brylował, i poza incydentalnymi zwycięstwami, szybko zresztą pomszczonymi, nie miałem z nim większych szans w żadnej konkurencji. Graliśmy w kosza – zrobiliśmy własnoręcznie tablicę ze skradzionych z tartaku desek – w piłkę – zazwyczaj w wymyśloną przeze mnie grę na dobitki: kopało się z całych sił w bramkę jak z rzutu karnego, a gola zdobywało się dopiero, gdy piłka odbiła się od niej lub od bramkarza – w siatkówkę – siatkę zastępowało z reguły ogrodzenie – ścigaliśmy się na rowerach, i tak dalej. Z czasem zakres konkurencji poszerzał się – grywaliśmy w tenisa, w pingponga, biegaliśmy wokół osiedla, a gdy z niejasnych powodów wywiercono w osiedlowej uliczce małe dziurki, liznęliśmy nawet rywalizacji golfowej.
Falę inspiracji do nowych sportowych przedsięwzięć przyniosły igrzyska olimpijskie w Barcelonie. Sukcesy Polaków sprawiły, że z wypiekami na twarzy oglądaliśmy sporty walki, szczególnie judo i zapasy, i wkrótce zapragnęliśmy zostać następcami Legienia i Tracza.
Ach, co to były za walki! Początkowo staraliśmy odwzorować możliwie zaobserwowane techniki, ale wkrótce pojedynek stał się podobny do nieznanych nam wówczas starć MMA. Taką wybitnie oryginalną modyfikacją była zaproponowana przez Darka reguła, że przez ippon wygrywa walkę ten, który unieruchomi przeciwnika na tyle, by puścić mu bąka w twarz (sam siad na twarzy był równoznaczny z waza-ari). Ta modyfikacja wyzwoliła zresztą we mnie ukryte talenty i walczyłem z silniejszym Darkiem jak równy z równym, a starcia najczęściej kończyły się remisem.
Często zazdroszczę ludziom, którzy swe dzieciństwo streszczają w dwóch słowach: beztroskie i szczęśliwe.
To były jednak niewinne igraszki w porównaniu z tym, co przyniosły wkrótce do spółki amerykańskie filmy sensacyjne i budząca się seksualność, transponując zabawy na niezupełnie już sportowe poletko.
Ulubionym filmem Darka był Delta Force. Mnie też się podobał, ale tylko do dwudziestej, może trzydziestej projekcji. Potem na widok Chucka Norrisa dostawałem odruchów wymiotnych, ale wiernie towarzyszyłem Darkowi, który jak zahipnotyzowany wpatrywał się w ekran, za każdym razem przeżywając z wypiekami na twarzy znane już na pamięć zwroty akcji. Potem przechodził kolejne burzliwe fascynację – Rambo, Commando i innymi zabijakami – ale kultu Delta Force nie byli w stanie zachwiać nawet Schwarzenegger i Stalone w bojowym rynsztunku jednocześnie. Chucka Norrisa strącił z piedestału dopiero Ernie.
Był taki serial o dzieciaku karatece, który a-dzia, a-dzia, w efektowny sposób kładł na ziemię wszystkich bandziorów, i serial ten wywrócił Darkowi zupełnie w głowie.
Od dziś masz do mnie mówić Ernie – oznajmił po jednym z pierwszych odcinków. – Jak ktoś powie do mnie Darek, to ma w ryj.
Słuchaj, Darek…
A chcesz w ryja…?
Już, już… Ernie…
No!
Problem polegał na tym, że mój kolega sam miał w przyszłości zostać bandziorem.
Wskutek emisji serialu rodzice Darka-Erniego kilkakrotnie byli wzywani do szkoły, bo ich syn wypróbowywał na kolegach z klasy oglądane bodajże w niedzielny poranek triki, ilekroć ktoś nazwał go lekkomyślnie „Darkiem”. To jednak było nic. Wkrótce – i tu już raczej niepodobna winić amerykańskich filmów – Darek-Ernie zaczął przejawiać jakieś ekshibicjonistyczne i na wskroś pedalskie skłonności, co przy wciąż żywych bojowych instynktach, skutkowało spatologizowaniem dziecięcych zabaw i zupełnym obdarciem ich z cechy niewinności. Zaczęło się w miarę niepozornie od pokazywania sobie kutasów i wypinania gołej dupy. Wkrótce jednak Ernie uznał, że te nowo odkryte części ciała mogą się do czegoś przydać, a jego inwencja wynikła w dużej mierze z faktu, że bawiliśmy się w moim domu, gdzie, przypominam, próżno było szukać plastikowych pistoletów.

Ernie podrapał się po głowie i obwieścił plan nowej zabawy:
Słuchaj, Boguś… Kutas to będzie karabin, cycki – działka, a dupa… – zastanowił się przez chwilę – Wiem! Dupa to będzie wyrzutnia rakietowa!
W tych zawodach też szło mi średnio. Działka były niegroźne, karabin – tutaj Erniego chyba poniosła wyobraźnia – też dało się przeżyć. Ale wyrzutnia…
Mam przed oczami wypiętą zza łóżka dupę Erniego, która wystrzeliwała z głośnym puszzzzzz! i ten wystrzał zawsze mnie ranił i odrzucał ze stanowiska w moim bunkrze, gdzie próbowałem ocalić resztki niewinności i wiary w piękno świata. I często zazdroszczę ludziom, którzy wspominając swe dzieciństwo streszczają je w dwóch słowach…
Innym zajęciem, które mogło w sprzyjających okolicznościach ułożyć mi również dorosłe życie, była zabawa – aczkolwiek zabawa traktowana z należytą powagą – w księdza. Babcia, z którą spędzałem czas do przybycia rodziców – wyglądała na zachwyconą, widziała mnie już habicie i nie widziała w tych odprawianych przez dziesięciolatka rytuałach profanacji. Za najbardziej doniosłą część profesji księdza uznałem bowiem naturalnie odprawianie mszy. Ułatwiał mi to modlitewnik babci pod wdzięcznym tytułem „Droga do nieba”, gdzie przebieg mszy mniej więcej streszczono, z czasem jednak posuwałem się coraz bardziej w herezjach, wyrzucając z mszy mniej lubiane z jakichś względów modlitwy, a dodając te moim zdaniem ciekawsze i milsze Bogu.
Najbardziej lubiłem „Ojcze nasz”, a ściślej introdukcję – „Módlmy się do Ojca Niebieskiego, jak nas nauczył Jezus Chrystus” – którą wyśpiewywałem drżącym dyszkantem, naśladując całkiem udatnie naszego proboszcza. Tak mi się to podobało, że „Ojcze nasz” zawsze wieńczyło mszę, jako, jeśli można tak ująć, występ na bis.
Sklecałem też jako takie kazania, których babcia słuchała z namaszczeniem, najwyraźniej dumna z objawiającego się z wielką mocą powołania wnuka. Byłem bardzo pobożnym dzieckiem i niewątpliwie zostałbym księdzem, gdyby nie jeden niepozorny szczegół: jeszcze w dzieciństwie przestałem mianowicie wierzyć w Boga, a pewien psychiczny mankament już od szczeniaka pozwalał mi robić tylko to, w co wierzyłem fanatycznie, wszystkie pozostałe sprawy okrywając wygodną apatią.
Moje relacje z Bogiem niemal od początku należały do dość specyficznych i były zdecydowanie zbyt poufałe jak na relacje dzieciaka i bądź co bądź istoty wszechmogącej.
Zaczęło się od niepozornej wiadomości, przekazanej nam na lekcji religii, jeszcze nie w szkole, lecz w przykościelnej salce, która to wiadomość musiała wstrząsnąć wszystkimi skrytoonanistami i nie tylko: Bóg jest wszędzie.
Plus wszystkie implikacje: skoro Bóg jest wszędzie, to wszystko widzi, skoro wszystko widzi, to w żadnym czynie i w żadnej chwili nie pozostajemy samotni, skoro nigdy nie jesteśmy samotni, to w zasadzie wypada się tylko cieszyć: będący wszędzie Bóg jest ze wszech miar usensowniający. Ta stała boska obecność skądinąd skomponowała się z moim wykuwanym osiem czy dziewięć lat światopoglądem czy raczej uzupełniła lukę i wypleniła wątpliwości w rozumowaniu na temat celowości i sensu życia. Skoro jest wszędzie, łatwo było mi sobie wyobrazić coś na kształt filmu z zarejestrowanym całym ludzkim życiem każdego z nas, miliony kaset gromadzone już na wieki na niebieskich wysokościach jako dowód każdego banalnego przeżycia, każdej banalnej emocji – dowód wszystkiego, co zaistniało. Wszędobylski Bóg stanowił też jeszcze jeden powód, by nie prowadzić żadnego dziennika.
Ta wizja była dla mnie kojąca, choć oczywiście i w niej czaiły się pułapki, począwszy od problemu wypróżniania się i jego ewentualnego utrwalenia jako dowód czegokolwiek. Nie trapiły mnie wówczas problemy typu czy Chrystus defekował, ale teodycea gówna już w szczeniackich latach wydawała się karkołomna do rozwikłania. Z drugiej zaś strony społecznie usankcjonowane udawanie, że gówno nie istnieje było w myśl zasady kompletności utrwalenia życia – a tylko kompletność analogiczna do boskiej wszechobecności mogła życie usensownić – zupełnie nie do przyjęcia. Gówno albo niszczyło ideę kompletności, albo – co gorsza – ideę sensu.
Pierwszy problem, który delikatnie zachwiał moją wiarą, był zatem następujący: czy w niebie gromadzone są jakiekolwiek materiały, poświadczające, że tu, na dole, istnieje gówno.
Stała obecność Boga była jednak, na dalszą, że tak powiem, metę, pożądana i kojąca, i mniejsza o to, że z tego ukojenia omal nie popadłem w nerwicę. Winna temu była oczywiście zbyt bogata wyobraźnia, która z łatwością obecnego wszędzie Boga wizualizowała. Na początku traktowałem tę obecność obojętnie – ot, czułem się szpiegowany, ale zaakceptowałem to: chyba właśnie tak zachowują się długoterminowi więźniowie, wiedząc o istnieniu judasza. Z czasem jednak, jak to bywa z śledzącymi i wiedzącymi o ich istnieniu śledzonymi, postanowiłem się z tym stale obecnym Bogiem na swój sposób spoufalić i nadać tej chorej skądinąd sytuacji pozorów rozumianej jak najbardziej po ludzku normalności. Tak oto z dnia na dzień przestałem się modlić, a ściślej – moja modlitwa stała się zgodna z definicją i była zwyczajną rozmową z Bogiem. I nie byłoby może w tym nic złego, gdyby nie fakt, że bardziej aktywny w tych rozmowach, z dnia na dzień coraz bardziej rozgadany, był Bóg.
Na początku byłem z siebie dumny. Czułem się w końcu wybrańcem, z którym sam Bóg ucina sobie pogawędki.
Czasem korciło mnie, aby spytać któregoś z kumpli, czy także do nich Bóg próbuje coś zagadać. Cokolwiek, jak leci, jak minął dzień, czy choćby miłej nocy życzyć. Wolałem jednak nie ryzykować w obawie, że uznają mnie za wariata. Na ile zresztą pamiętam, Bóg też był przeciwny dekonspiracji.
– Jak mnie wydasz – mawiał – to niech cię ręka boska broni!
Ergo – moja sytuacja jawiła się niezbyt ciekawie. Zaciskałem więc zęby i dotrzymywałem tajemnicy.
Przestrzeń nie stanowiła dla nas ze zrozumiałych powodów problemu komunikacyjnego: Bóg był wszak wszędzie, a skoro tak, wszędzie mógł zagadać. Taką stałą siedzibę uwił sobie natomiast w górnym rogu pokoju gościnnego, tuż przy suficie: ilekroć tam spojrzałem, mogłem być pewien, że usłyszę znajomy głos.
Rodzice zaczęli się nawet zastanawiać, dlaczego wciąż zerkam w stronę sufitu. W końcu uznali to za tik nerwowy, a skoro tak – machnęli ręką, dochodząc do wniosku, że mi samo przejdzie.
Rozmowy z Bogiem do czasu pomagały mi w życie: pozwalały rozwiązać w mig trapiące problemy, przyjąć taką, a nie inną postawę, odpowiednio z punktu widzenia wymogów religii i – co było tożsame – własnego dobra zachować się w danej sytuacji. Na przykład mieliśmy w klasie ateistę, który, gdy religia wdarła się wraz z upadkiem komuny do szkół, nie uczęszczał jako jedyny na katechezy. Wychowany w duchu chrześcijańskiego miłosierdzia, uważałem go za inkarnację diabła i unikałem jak chorego na tyfus.
Bóg potwierdzał słuszność mojej postawy, z tą różnicą, że jako wszechmocny nie obawiał się pokracznych diabelskich wcieleń.
To idiota – mawiał, jakby uspokajając moje wzburzenie i lęk. – Pójdzie do piekła.
Stała obecność Boga dawała też poczucie bezpieczeństwa. Gdy zjeżdżaliśmy sankami ze stromego wału przeciwpowodziowego, wzdychałem – „Boże, ufam tobie”, i zawsze czekałem na znajomy głos.
- Dobra, jedź! – mówił i ta komenda była jak machnięcie chorągiewką przez trenerów skoczków narciarskich, informujące o korzystnych warunkach i pozwalające wierzyć w powodzenie.
Z czasem jednak za bezpieczeństwo i wizję szczęśliwej, niebiańskiej wieczności, która jako jedyna mogła uzasadnić nonsens życia, ujawniający się wokół – w szkole, na osiedlu, wszędzie, gdzie rzekomo był też Bóg – coraz bardziej nachalnie, za tę wizję i nadzieję w jej pośmiertne ziszczenie, przyszło mi płacić. Co najgorsze, koszta szczęśliwej wieczności były niesprecyzowane, a wszechmoc Boga uzasadniała niesprawiedliwe skądinąd, ale niewykluczone przecież potępienie za byle jaki przejaw nieposłuszeństwa.
Zaczęło się niepozornie, bo też i każde zniewolenie zaczyna się niepozornie. Obejrzyj się za siebie, popatrz tam, zrób to, zrób sramto, bo jak nie… Ha, ha, ha – słyszałem wyraźnie nasilający się, okropny śmiech – jak nie, to pójdziesz do piekła. Reguły gry były, trzeba to przyznać, przejrzyste.
A teraz podskocz! – w mojej głowie rozlegał się głos, już nie przyjazny jak dotychczas.
Jak to – podskocz?
– Normalnie – odpowiadał Bóg. – Hop, i do góry.
Bez sensu – droczyłem się początkowo.
A w myślach złorzeczyłem – jak nie potrójny axel, to teraz znów to.
– Dobra, to pójdziesz…
– Nie, nie!
No i hop. Podskakiwałem. Do góry.
Dobrze – mówił Bóg. – Możemy być przyjaciółmi.
Koledzy palili więc ukradkiem pierwsze papierosy, przeklinali, a ja byłem ponad nimi – ja rozmawiałem z Bogiem.
– Boże – mówiłem, kręcąc z politowaniem głową, gdy rozwój znajomości i moja niekwestionowana lojalność pozwolił już na niejaką poufałość – ale oni są głupi. Nie boją się piekła!
A Bóg odpowiadał:
– Idioci. Poprostu idioci. A teraz – hop, i do góry!
Hop to był pikuś, pod warunkiem, że żądanie nie spadało na mnie, gdy znajdowałem się w miejscu publicznym. Z czasem zadania były trudniejsze w myśl dręczącego młodych ludowego porzekadła, że prawdziwe problemy, to dopiero te, które nadchodzą wraz z upływem lat.
Jak zwalisz konia, to pójdziesz do piekła – oznajmił mi ni z tego, ni z owego Bóg, gdy pod nieobecność rodziców położyłem się na łóżku, gotowy i spragniony dostępnej nastolatkom przyjemności.
Nigdy nie wierzyłem w bociany. Ani w kapusty. Taki już niedowiarek był ze mnie: wyostrzony krytycyzm dawał o sobie znać wszędzie tam, gdzie nie królował fanatyzm. Nie wierzyłem w żadne bzdury, początkowo z wyjątkiem bezrefleksyjnej wiary w świętego Mikołaja.
Z tym Mikołajem największe zamieszanie wywołał swoją drogą nie kto inny, a ksiądz. Tuż przed szóstym grudnia wymknęło mu się na katechezie:
Nie chodzi, dzieci, o to, żebyście wierzyły, że przyjeżdża do was taki ciągniętymi przez renifery saniami, włazi przez komin i rozdaje prezenty. To nie tak.
A my patrzyliśmy na niego z rozdziawionymi gęba – co on, kurcze, gada? Że nie ma Mikołaja? Ani nie sunie na saniach? Nie ma reniferów? Heretyk!
W domu spytałem rodziców, jak to jest z tym Mikołajem. Wyjaśnili:
Mikołaj istnieje. A ten ksiądz to jakiś dureń.
Kolega z osiedla po wytężonym namyśle orzekł:
W sumie to nieważne, czy istnieje czy nie. Najważniejsze, że dostajemy prezenty.
Z tym pragmatycznym podejściem z grubsza się zgadzałem. Ale w głębi duszy wierzyłem dalej – uparcie, bezkrytycznie i idealistycznie. Ostatecznie mogłem zgodzić się z rozwiązaniem kompromisowym: ten prawdziwy Mikołaj przychodzi tylko czasem, do wybranych – naturalnie, kto, jeśli nie ja odprawiający msze, miałby być wśród nich – a jeśli chodzi o kontakty z pospólstwem wyręcza go gromada przebierańców. Takim koronnym dowodem istnienia Mikołaja była opowiedziana przez matkę historia, jak to przyszedł do niej w towarzystwie diabła. Przez moment poczułem się smutny, że do mojej matki przyszedł diabeł, i nawet miałem ochotę spytać, czego właściwie poza, jak mniemałem, wręczeniem rózgi, chciał, lecz ostatecznie takie drastyczne wyznanie gwarantowało szczerość.
Jeśli chodzi o fundamentalne pytanie, skąd się biorą dzieci, ze stosowna informacją pospieszyła starsza o kilka lat koleżanka. Kiedy wytłumaczyła mi z grubsza proces zapłodnienia (mniej więcej w słowach: wsadzasz siusiaka i git majonez), byłem przerażony. Nie zakłopotany ani skonsternowany, nie zaniepokojony ani przestraszony. Właśnie przerażony. Miałem pięć, może sześć lat, byłem dość błyskotliwym dzieckiem, zdającym sobie sprawę, że świat skrywa wiele okropieństw, ale proces zapłodnienia, który wyłonił się nagle, paskudnymi, zbyt wyrazistymi konturami, gotów unicestwić wszystkie wyznawane wartości, zwyczajnie mnie przerastał. Tej nocy nie mogłem zasnąć. Z nutą pretensji zmówiłem pacierz, spytałem Boga, czy to prawda, ale nie żyliśmy jeszcze w komitywie i zaległo złowrogie milczenie, a ja pogrążyłem się w rozmyślaniach. Nie wiedziałem, co przerażało mnie bardziej: to, że kiedyś przyjdzie mi wetknąć siusiaka do tajemniczego otworu między nogami dziewczyny czy raczej to, że czynność ta, zaawansowana, jak mniemałem, technicznie, okaże się dla mnie zbyt dużym wyzwaniem.
Byłem bowiem nerwowym dzieckiem, jeśli chodzi o przyswajanie każdej nowej wiedzy, brakowało mi cierpliwości i szybko wpadałem w panikę i defetyzm. Nauka czytania, pisania, jazda na rowerze – ze wszystkim poradziłem sobie niezwykle szybko, ale zanim poradzić sobie zdołałem, krzyczałem w furii: „Nigdy się tego nie nauczę! Nigdy!” i odrzucałem książkę, rower, długopis. Tej nocy miałem ochotę rozpłakać się i wykrzyknąć do matki:
Nigdy nie nauczę się wsadzać siusiaka w żaden otwór!
Ponieważ byłem jednak, jak wspomniałem, dzieckiem błyskotliwym, uznałem, że muszę samotnie przespać się z tym problemem.
Oczywiście, nie miałem pojęcia o czymś takim jak erekcja i myślę, że moje rozważania, przynajmniej te o aspekcie technicznym procedury, rozbijały się o niemożność właśnie wskutek tej niewiedzy. Wizja sflaczałego siusiaka wtykanego usilnie między nogi dziewczyny zachwiała na moment moimi wyobrażeniami o sensowności i względnej doskonałości tego świata.
Na szczęście wkrótce, chyba zbyt wcześnie, obudziło się we mnie libido i wszystko, że tak powiem, zaczęło się kleić.
Pierwsze sceny łóżkowe widziałem naturalnie w telewizji, a czasy były w miarę sprzyjające dla zdobywania tajemnej wiedzy: nie było kretyńskich oznaczeń, a jedynie na moment ukazywała się plansza z napisem „Film tylko dla dorosłych”, którą moi rodzice zazwyczaj przeoczyli, albo też uznawali, że pewnie nie chodzi o krew i pistolety, a na resztę mogę bez skrzywienia psychiki popatrzyć. Gdy zaczęło się coś dziać, przywdziewałem minę będącą skrzyżowaniem miny niewiniątka, narażonego na działanie zepsutych produkcji i miny osoby zdegustowanej, która nie widzi w tych całych „momentach” nic interesującego. Ale rodzice tak patrzyli na mnie dziwnie z ukosa, no to ja dalej udawałem, że nic, to jakieś tam takie, nie interesuje mnie w ogóle, i tak dalej.
Nasilenie podszytych seksualnie spotów i komunikatów przyszło gdzieś tak po śmierci Freddiego Mercury’ego.
Natrętnie emitowano reklamówkę z rozbijającymi się o siebie kieliszkami. Szkło się rozpryskiwało, czerwone wino bryzgało na wszystkie strony…
Na ile zrozumiałem przekaz, picie alkoholu nie powoduje nic dobrego, a jeśli już, to lepiej i bezpieczniej pić w samotności.
W końcu nie wytrzymałem i spytałem matkę, co to jest ta cała prezerwatywa, o której non stop gadają, a o której milczą wszystkie słowniki i encyklopedie. No a ona, po chwili konsternacji, oznajmiła mi, że to jest takie coś do seksu. Aha, powiedziałem, spaliłem buraka i poszedłem do swojego pokoju.
Na szczęście emitowano również teledysk „Show must go on” i dzięki niemu rozumiałem, że z chorymi na AIDS, chorobę, o której encyklopedia również nie wiedzieć czemu milczała, dzieją się istotnie dziwne rzeczy. Zwłaszcza dawał do myślenia ten ostry makijaż Freedy’ego– diabli wiedzą, symptom czy może skutek terapii?
Nad kolejnym etapem mojej seksualnej edukacji powiewa niemiecki sztandar. Wstydzę się. Biorąc pod uwagę kontekst kulturowo-historyczny zwyczajnie się wstydzę, że ta niemieckość, i te barwy wisiały nad moją raczkującą seksualnością. Wtedy jednak do wstydu było mi daleko, jak nie przymierzając, stąd do przysłowiowej Łomży. Od dziecka byłem zafascynowany Niemcami, czy to ze względu na samochody, czy mecze reprezentacji na Mundialu we Włoszech, do tego stopnia, że kolega, który podczas gry w piłkę podszywał się pod Lothara Matthaeusa, dostał ode mnie w zęby. I mniejsza o to, że po niemiecku umiałem tylko usłyszane na ligowego meczu „zige, zage”, choć nie wiedziałem, co to znaczy, a pierwsze lekcje tego języka w szkole, ostatecznie przekonały nas, że języka Goethego znać nie warto.
Ü…Ü… Ü… – nauczycielka usilnie próbowała nas nauczyć wymowy u-umlautu.
No to mówiliśmy, łamiąc języki:
Uuu… Y…. Uy…
Kręciła głową. Była załamana.
Niemniej jednak sposób, w jaki składała usta przy wymowie nieszczęsnego u-umlautu był dla niejednego z nas najbardziej erotycznym obrazkiem, zakodowanym we wczesnej młodości i skrycie marzyliśmy, by w tych nieudolnych westchnieniach, połączyć swe usta z ustami nauczycielki w pocałunku. Tak, choć wydaje się to niedorzeczne: język niemiecki brzmiał dla nas całkiem sexy.
Niemki, jak wiadomo, powabne nie są. Gdyby były, ich piękno stanowiłoby ostateczny dowód na niesprawiedliwość świata. Dla nas jednak erotyka silnie sprzęgła się z niemieckością, i to z dala od estetycznych kategorii.
Śmialiśmy się z jednego z kolegów, że nie miał nigdy dziewczyny, co było klasycznym przykładem szydzenia z tych przypadłości innych, które trapią zarazem szydzących. Po którychś wakacjach kolega oznajmił z dumą, że poznał Niemkę i zatkał nam wszystkim gęby. Mieć Niemkę to było usytuować się na szczycie hierarchii. Odkąd wieść się rozeszła, kolega miał wielkie powodzenie.
Miał Niemkę – powtarzały z niesmakiem dziewczyny z klasy, starannie akcentując „Niemkę”, by oddać całą obrzydliwość tego międzynarodowego posiadania keine grenzen, a w ich głosach pobrzmiewały wszystkie polskie uprzedzenia i kompleksy.
Tak naprawdę marzyły jednak skrycie, by być kolejną po Niemce, bo facet, który miał Niemkę, cokolwiek to mogło znaczyć, to był już ktoś. Ktoś godny wyzwania i wczesnomłodzieńczej miłości
Apogeum fascynacji germańskimi niewiastami nastąpiło, gdy, Bury, starszy o rok kumpel, rozpalił naszą wyobraźnię odnalezionym w domu pornolem. Nie dawaliśmy mu odtąd spokoju i ustaliliśmy, że pewnego dnia zamiast do szkoły, pójdziemy do niego i obejrzymy to znalezisko.
Poszliśmy zatem do Burego na wagary, ja i kilku kolegów z tak zwanego złego towarzystwa. Moja obecność wśród nich, bądź co bądź dobrego ucznia z aspiracjami wykraczającymi poza zawodówkę, zdumiewała ich i nieco krępowała.
Do liceum się wybierasz? I na wagary chodzisz?
I jeszcze pornola chcesz oglądać?
Iść do liceum było dla nich jak podróż do Chin. Albo na misję do Afryki. Coś w każdym razie egzotycznego i nonsensownego. Z niejasnych przyczyn uznawali jednocześnie, że ktoś, kto zamierza kontynuować naukę w liceum, nie powinien oglądać erotycznych filmów. Ja jednak byłem zdeterminowany. Musiałem wykorzystać tę okazję, nawet jeśli złe wpływy miały mnie wkrótce osaczyć ze wszystkich stron.
Niemiecka kinematografia erotyczna nie odpowiedziała bądź co bądź na fundamentalne pytanie – jak wsadzać siusiaka. Wyglądało na to, że aktorzy udają, markują stosunek, a więc i ich, dumnych Niemców, ta procedura najwyraźniej przerasta. Nie powiem, byłem rozczarowany i tego dnia straciłem część szacunku, jakim darzyłem niemiecką nację.
Naturalnie, rozczarowanie to nie zniechęciło ani mnie, ani kolegów do dalszych poszukiwań. To chyba naturalne – jeśli raz zobaczysz gołą dupę, będziesz pragnął ujrzeć kolejną, i tak w nieskończoność, dopóki goła dupa nie przestanie cię zupełnie wzruszać.
Kilka tygodni później Darek odnalazł tajemne wrota raju. Darek odnalazł arkadię, której oko nie widziało, pilnie strzeżoną przed żądnymi wrażeń chłopakami. Słowem, Darek odnalazł w szafce ojca kolekcję „Cat’sów”.
Zebraliśmy się zatem w piątkę w jego domu. Nie byłem już osamotniony jako erotoman z licealnymi aspiracjami, bo dołączył do nas Paweł, prymus i uczestnik olimpiad, który twierdził, że jest taki mądry, bo jego matka jadła dużo orzechów, gdy była w ciąży.
Ku zdziwieniu wszystkich to właśnie on napalił się najbardziej – wpatrywał się w rozebrane kobiety z takim napięciem, jakby zaraz miał eksplodować z podniecenia. Same zdjęcia miały natomiast ten skutek, że przez pewien czas narządy rodne kobiety kojarzyłem instynktownie z obfitym owłosieniem łonowym. Zastanawiałem się, czy z tym owłosieniem również dzieje się coś dziwnego, analogicznego do samczej erekcji.
Wiele lat później, Darek po powrocie z przymusowego wypoczynku na koszt państwa, wspominał:
- Zdajesz sobie sprawę? Pół roku na ręcznym! I tylko „Cat’sy” mieliśmy dla stymulacji, a ja, stary, nienawidzę niewygolonych cip.
I w tych właśnie wynaturzonych bądź co bądź okolicznościach, między niemieckim pornolem a kolekcją „Cat’sów”, Bóg expressis verbis zakazał mi masturbacji. Miałem zatem do wyboru: doraźne, incydentalne niebo albo niebo wieczyste. Wybór nie był prosty, ale oczywiście przystałem na długoterminową obietnicę.
Czasem nie wytrzymywałem, zaspokajając się bez udziału rąk, co w moim mniemaniu waleniem konia już nie było. I tutaj kreatywność jedynaka była na wagę złota. Bóg coś tam mruczał pod nosem, niezadowolony, ale w końcu chyba przyznawał mi rację.
Kierowałem więc na kutasa strumień wody pod prysznicem albo – najczęściej rano – pocierałem nim rytmicznie o łóżko. A już po wszystkim podnosiłem ręce w geście niewinności, jak piłkarz po staranowaniu rywala.
Nie chciałem – mówiłem, wzruszając ramionami. – Samo wyszło i tyle…
W końcu Bóg odpuścił z waleniem konia, lecz wciąż zadawał mi zadania, i to coraz bardziej absurdalne.
Szedłem sobie chodnikiem, licząc złącza płyt, na które nadeptywałem.
- Jak staniesz jeszcze raz na złączu, to pójdziesz do piekła.
– Ale czemu? – pytałem rozpaczliwie. – Czy to zmieni moje życie? Albo twoje? Sprawi ci, kurka wodna, przyjemność czy co?
– Nie filozofuj. Po prostu cię sprawdzam.
Kapitulowałem. Kolejne kroki stawiałem tak, by nie nadepnąć na żadne złącze.
Zgłoś się do odpowiedzi – mówił Bóg w trakcie lekcji.
Boże! Przecież nic nie umiem, nie nauczyłem się.
To nic, zgłoś się. Ja ci pomogę.
I to akurat była prawda. Ściślej: miałem na tyle dobrą opinię, że nawet wygadując głupoty, wracałem do ławki z piątką, co najwyżej opatrzoną minusem.
Te pogadanki z Bogiem na dobrą sprawę też mogły skończyć się tragicznie albo przynajmniej bardzo nieprzyjemnie.
Mieliśmy taką zabawę, ja i Darek, że idąc o poranku do szkoły przeskakiwaliśmy przez wysokie cienie aut. Jeśli ktoś nie zdążył – cień go zabijał, jakby to był prawdziwy, rozpędzony samochód. Można było wskakiwać na nie, zeskakiwać – cała zabawa polegała na tym, by nie zostać przez cień zaskoczonym.
I wtedy, gdy zeskoczyłem szczęśliwie z kolejnego cienia unikając śmierci, Bóg powiedział:
– Daj się zabić!
Tego już było za dużo. Jeśli zależało mu choć trochę na tej przyjaźni, popełnił taktyczny, że tak powiem, błąd. Stałem przez chwilę jak wryty, rozjeżdżały mnie kolejne cienie, Darek śmiał się do rozpuku, że jestem już martwy, aż w końcu podjąłem decyzję – na tych warunkach nie będziemy kontynuować przyjaźni, bo, jakkolwiek to zabrzmi, szkoda życia.
Operacja nie była prosta. W końcu był skurwiel wszędzie. Że też nie przyszło mi wcześniej do głowy coś, o czym przeczytałem lata później w jakimś opowiadaniu: ze skurwielem, który wydał syna na śmierć, lepiej się nie zadawać.
Atakowali mnie, ci paskudnie rozmnożeni bogowie, bo teraz już wiedziałem, że to nawet nie Bóg, nie ten jeden Bóg, ale rozplenione w moim umyśle łajzy, atakowali, grozili rozpaczliwie piekłem, jakby czuli, że ich żywot dobiega końca. Ale ja ich nie słuchałem i jak w grze komputerowej – Pach! pach! pach! Giń, przepadnij!
W końcu unicestwiłem ostatniego, tego, co uwił sobie stałe gniazdko pod sufitem.
– Boże najmilszy – westchnąłem. – Spierdalaj raz na zawsze z mojego życia!
I cóż. Wygląda na to, że skurwiel zachichotał tylko pod nosem i mnie posłuchał.
Może unicestwiłem jednego za dużo, może powinienem temu jednemu darować życie, by misternie tworzony przez lata sens nie pękł nagle jak mydlana bańka? Kto wie. W moim, raczej nie statystycznym przypadku, mogłem swobodnie powiedzieć: jeden więcej, jeden mniej, co za różnica.
Triumfalnie onanizowałem się tego dnia, patrząc dumnie i wyzywająco w róg pokoju.
Ale sam orgazm wydał mi się mniej przyjemny.
Seksualna rewolucja przyszła znienacka ze Stanów, a ściślej z Beverly Hills. Jak mawiał mój znajomy i rówieśnik, chyba właśnie wtedy nasrali nam najbardziej w głowach.
O Brendę, to raz nawet omal nie pobiłem się z jednym kumplem, gdy wypoczywaliśmy nad jednym z podtarnowskich stawów, nieopodal uaktualnianej co jesień tablicy informującej o liczbie utonięć. Wypiliśmy po parę piw, wspominając dawne czasy, i poróżniliśmy się, co do urody bohaterek Beverly. Już nie pamiętam, czy twierdziłem, że Brenda była ładniejsza od Kelly czy odwrotnie, a może chodziło o Valerie, ale w sumie nie miało to większego znaczenia. Bądź co bądź ku uciesze gapiów, problem dojrzał do zaciśniętych pięści.
Jeden krzyczał:
Brenda?! Brenda to głupia szmata! Pamiętasz, z jakim frajerem straciła dziewictwo?!
A drugi:
- A twoja Valerie?! To była suka dopiero! Jebała się z kim popadnie od pierwszego odcinka! Nawet Brandona potrafiła pizda wyruchać!
A gapie – ha ha ha, rechotali w najlepsze, i gęby rozdziawione, że oto mają widowisko. O Brendę się kłócą, idioci. Ha ha ha.
A oni to inni niby? Nie brandzlowali się na myśl o Brendzie albo Kelly? No? Albo Valerie? Bo o Donie to raczej tylko desperaci myśleli. Zastanawiałem się często, dlaczego wybrano najbrzydszą do roli cnotki. No i co? Tak już zostało, utrwaliło się – tylko brzydkie laski, apologetki paskudnej Dony, do ślubu w dziewiczości wytrzymują, bo te ładniejsze wiedzą, że jak nie dadzą, to facet i tak jakąś bezpruderyjną Valerie znajdzie sobie na boku.
Ja się brandzlowałem, i to sporo. Niekiedy i pięć, sześć razy na dzień. Brenda, Valerie, co za różnica.
Swoją drogą, myślę, że o ile z bajkami był zupełny niewypał, nie trafiłem najgorzej jeśli chodzi o obiekty seksualne swego dzieciństwa i wczesnej młodości. Bo dziś – to co miałbym niby za podnietę? Cycki Dody? Brithney ubraną w czerwoną gumę? Masakra, krótko mówiąc, seksualna nekromasakra. Nie dziwię się wcale, że właśnie w naszych czasach wymyślono aseksualizm.
No dobra, Jennifer Lopez to bym przerżnął chętnie. Mój kumpel mawiał: „jak świeży boczek”. Zwłaszcza tę z teledysku do „Waiting for tonight”, bo w innych już mi się nie podoba zbytnio. Christinę też w sumie, w tym klipie, co w piachu się tak kręci i śpiewa, że jest in the bootle – fajne to takie, pobudzające. Ale Brithney i Dody, to naprawdę, za żadne skarby świata bym nie ruszył. I nie chodzi nawet o to, że po Majdanie bym się ślizgał, a Pogoń śledzie, i syfem jedzie.
Zresztą, wszystko się zmieniło, a ja popłynąłem pod prąd – z wiekiem tolerancja na brzydotę zamiast rosnąć, zaczęła maleć, ba, przestałem reagować na piękno, które w nadmiarze stało się nieznośne i straciło wyjątkowy wymiar.
Dawniej to jakąkolwiek, choćby półnagą laskę, i to na czarno-białym zdjęciu, zobaczyłem, to od razu mi stał jak ta, nie przykładając, wieża, i musiałem się zaspokoić. Moja wyobraźnia, która z łatwością wizualizowała z niczego Boga, nie miała problemów z nagą kobietą, odtwarzaną z nędznej jakości zdjęcia.
A teraz? Wszystkiego pod dostatkiem, o tylu pięknościach, to nawet nigdy nie marzyłem za szczeniaka, gdy obserwowaliśmy oczami koneserów pierwszego niemieckiego pornola. Ale cóż – klikam na te rozmaite stronki i nic, zero reakcji. W jakieś perwersje nawet uderzam, gangbang, bukkake, pissing, interracial, i dalej nic, zupełnie mnie nie rusza.
Dla wszelkich zboczeńców coś ciekawego. Można sobie wybierać, do woli. Wszelkie kategorie, wszelkie fantazje do spełnienia. Chinka z małym biustem w czerwonych pończochach. Szczanie na nastoletnią, barely legal, blondynkę. MILF-Brunetka w ciąży i trzech kosmitów. I tak dalej.
Czasem myślę, że dzięki latom masturbacyjnych doświadczeń jestem całkiem niezłym kochankiem. Nawet mój pierwszy raz był odmienny od przeżyć znajomych, ejakulujących po paru minutach. Skończyłem dopiero po bitej godzinie i nawet nie próbowałem powiedzieć partnerce, że to moja inicjacja.
A jeszcze podczas francuskich igraszek, kochanka, zamiast zaspokoić mnie, omal nie zdarła mi napletka. Jeśli kogoś zaspokajała przede mną w ten sposób, to chyba jakiegoś Isaaka.
Dlatego też sądzę, że praktyka praktyką, ale teoria też jest ważka, i trzeba zobaczyć co pewien czas, jak robią to inni, oczywiście nie biorąc sobie wszystkiego do serca i nie wyciągając pochopnych wniosków – nie, kobiety nie doznają orgazmu, gdy kończy się na ich twarzach ani nie sprawia im taki finał zbytniej przyjemności – by usłyszeć łechcące męską dumę:
Jesteś świetnym kochankiem…
A wtedy można odpowiedzieć, przeciągając się na łóżku, tonem kipiącym satysfakcją z dobrze wykonanej roboty:
- Och, widzisz, żabciu, od dziecka się masturbowałem, a teraz dużo pornoli oglądam. Tak, kotku, toleruję tylko dwa rodzaje filmów. Dramaty obyczajowe i porno. No co, rybcio? Dobre kino musi być w jakiś sposób poruszające.
I przemilczeć, że nasze pożycie już zawsze będzie oscylować między tymi dwoma kategoriami filmowymi, w zależności od tego, czy w danej chwili znajdujemy się w łóżku.
Czasem to w trakcie stosunku próbuję sobie przypomnieć te obrazki, żeby jakoś wreszcie skończyć, bo widzę, że dziewczyna ma już dość, i jęczy, jakby konała. Fantazjuję, że niby moją kochankę kilku gości bierze, albo jakiś Murzyn chociaż, z monster cock-iem, plus 10 inch, albo ktoś leje na nią, a najlepiej kilku Murzynów z monster cock-iem, plus 10 inch, leje… Drastyczne wizje, ale trochę pomagają. I pomyśleć, że zaczęło się tak niewinnie od niemieckiego pornola, w którym nie pokazano nawet na zbliżenia, jak należy wkładać tego cholernego siusiaka.
Mało jest w moim życiu wartości i poglądów, których nie przewróciłyby te czy inne zawieruchy, ale jeśli chodzi o gamofobię, trzymam się całkiem nieźle i nic nie wskazuję, bym miał skapitulować na tym poletku.
Początkowo niechęć do małżeństwa i do kobiet w ogólności była oczywiście podszyta niechęcią do wsadzania gdziekolwiek siusiaka. Wszyscy uśmiechali się, co doprowadzało mnie do furii: te uśmiechy wydawały mi się obrzydliwie zbereźne. „Kiedyś się ożenisz, dziecko. Kiedyś zapragniesz wkładać siusiaka”.
Myślę, że gdy krzyczałem „nigdy się nie ożenię!”, miałem w pamięci techniczne aspekty wprowadzania siusiaka do tajemniczej dziury między nogami dziewczyny, które to wydawało się wyzwaniem większym niż czytanie, pisanie i jazda na rowerze razem wzięte. Rozumiem, życie jest okropne, rozumiem, być dorosłym to nie jest taka bajka, jak mi się zdaje – ale żeby wtykać siusiaka do jakiejś, za przeproszeniem, dziury? Nigdy.
Na wszelki wypadek dodawałem z grobową powagą, akcentując moment ideologiczny bezwzględnego stanowiska w tej sprawie:
Aż tak nie można zmienić poglądów.
Lecz wtedy rozbawiona babcia mówiła, tym natrętnym głosem kumulującym wszelkie osiągalne mądrości doczesnego świata:
– Kiedyś samo przyjdzie z czasem.
Nienawidziłem tej mądrości, całkowicie podważającej mój ówczesny światopogląd. Nie! Przecież tak nie może się odmienić!
Wszyscy widzieli jak trafia mnie szlag, lecz wciąż uśmiechali się poufale i dobijali psychicznie kilkoma Bogusiami. Ewidentnie wiedzieli o czymś, co dla mnie było wówczas niepojęte. Wiedzieli o seksie. Bawiła ich moja dziecięca aseksulaność.
Ha, ha, ha. Ha, ha, ha. Cholernie to było zabawne, tylko ja miałem grobową minę. A przecież zamiast śmiać się do rozpuku i mówić o jakichś tajemniczych zmianach, które wszystko zetrą w pył, wystarczyło powiedzieć: „To jest po prostu przyjemne”.
Niedostępne mi rozumowanie było nieubłagane jak ta betonowa zabudowa. Skoro istniał seks, to istniała też miłość, która go uzasadnia i sublimuje. A skoro istniała żelazna korelacja seks – miłość, istniało też małżeństwo. I odwrotnie – skoro istniało małżeństwo, musiały istnieć niewyrażalne siły, które do niego skłaniały, a nawet zmuszały, wpędzając dobranych w pary ludzi w wąską uliczkę i następnie poganiając ich nahajką. Małżeństwo było naturalnym celem podróży przez wyboistą drogę rozczarowań, z kompasem orientacji seksualnej w łapie.
I właśnie ono miało istnieć, gdy nie będzie ani miłości, ani seksu, ani kompasu, lecz tylko bezrefleksyjne dążenie naprzód. Kres dążeń, kres rozczarowań i kres poznania. Koniec mądrości.
Choć niezupełnie. Pamiętam również słowa ojca, wypowiadane z reguły po rodzinnych przyjęciach i wieńczących je – już po pożegnaniu gości – kłótniach z matką.
– Nie żeń się, Boguś. Ja ci to mówię, baby można mieć, ale żenić się nigdy!
Słuchając przestróg ojca nie miałem wątpliwości, czego wynikiem jest ta zmiana poglądów. Circulum in demonstrando: zmiana w punkcie widzenia była ze wszech miar logiczna, skoro małżeństwo, konstytuujące wszystkie wartości, stanowiło zarazem ich kres.
- Zapamiętam, tato – odpowiadałem z całą powagą rzeczy.
Echo tej deklaracji towarzyszyło mi w dalszym życiu, jakby rozbrzmiewając wciąż w psychice i utrzymując w ryzach elementarną tożsamość. , gdy dostrzegłem pierwsze objawy budzącej się seksualności. A może zwłaszcza wtedy. Poplątane kategorie i zbyt mgliste pojęcia, które dopiero doświadczenie pozwala z pełną mocą zdefiniować, zrodziły ogólną, bezrefleksyjną negację – negację „na wszelki wypadekh. Żywiona w dzieciństwie dezaprobata dla miłości wynikała z faktu, że wbrew temu, co widziałem wokół, uznawałem małżeństwo za jej skutek, a może i odwrotnie – karmiły się te poczwary wzajem i lepiej było trzymać się od nich z dala.
Jak wiadomo, z lekceważeniem bądź niechęcią mówią o miłości tylko ci, którzy jej nie doświadczyli.
W mojej klasie najwięcej miłości doświadczała Asia. Był czas, że zakochiwała się regularnie, po dwa, trzy razy tygodniowo – chodziła korytarzem jak zamroczona z teatralnie przylgniętą do serca dłonią. Ponieważ Asia nie należała do najbardziej lotnych dziewczyn, a poza tym pochodziła ze wsi, jej snująca się w nieustannym zauroczeniu postać nie była najlepszą reklamą uczuć, a ona – jako ich rzeczniczka – konsekwentnie pogrążała ich rzekome piękno. Patrzyliśmy na Asię z politowaniem – nie ulegało wątpliwości, że miłość to głupota przeznaczona dla nierozgarniętych wieśniar.
Seksualność dziewczyny również była o wiele bardziej rozwinięta od naszej, jakby smętnie podążała za tajemną wiedzą o istocie miłości, ale korelacja seks – miłość nie zaprowadziła Asi już u zarania młodości w wąską uliczkę jedynego przeznaczenia. Asia wykiwała perfidnie los, zostając dziwką.
Krążyły plotki, że jeszcze w szkole podstawowej pobierała od starszych panów drobne opłaty za usługi seksualne – też drobne, typu fellatio. Kilka lat później, w dobie postępującej globalizacji, zatrudniła ją podmiejska agencja towarzyska.
Drugą paskudną antyreklamę poświadczającą, że człowiek rozsądny powinien miłością gardzić, przyniosły wkraczające nieśmiało do Polski walentynki. To już był prawdziwy festiwal kretynizmu z Asią i kilkoma jej szybciej dojrzewającymi koleżankami w roli głównej, a tych parę wręczonych ukradkiem, pionierskich walentynek, które koleżanki wycięły z pisemek dla dziewcząt, każdy z chłopców skrywał z zażenowaniem, wzmaganym mimowolnym poczuciem satysfakcji, w plecaku.
Zanim kosztowanie miłości zaprowadziło Asię – wyboistą drogą z dala od utartego szlaku – do burdelu, miałem nieszczęście chodzić z tą personifikacją, pożal się, Boże, zakochania do klasy. Cóż, widocznie nie zasłużyliśmy na inną Afrodytę.
Są takie zdarzenia z tego okresu, których nie lubię wspominać, zdarzenia upokarzające, a zarazem głupie, parodie dramatów pozbawione ciężaru, i przywołanie niemal każdego z nich przywołuje zarazem jej uśmiechniętą błogim uśmiechem zauroczenia twarzyczkę. Asia mówi o mnie z otchłani niechcianych wspomnień słowa, które powiedziała na jednej z lekcji, gdy pani od biologii nakazała mi powiedzieć coś o szczęściu:
On proszę pani, nie wie, co to szczęście. Bo on nie wie, co to miłość.
Swoją drogą, czy to nie dziwne, że na lekcji biologii zmagałem się z taką durną kwestią, zamiast – co pewnie miałem obryte na blachę – zreferować budowę ameby czy innego, najmilszego mi, pantofelka?
Asia była pierwszą dziewczyną, z którą tańczyłem, jeśli można tak określić moje ruchy i podskoki, po tym, jak koledzy na szkolnej dyskotece zmusili ją do wyciągnięcia mnie za łapę na środek sali gimnastycznej, i okrążyli nas w kółku. Asia była pierwszą dziewczyną, którą pocałowałem – jeśli można tak określić… – podczas gry w butelkę. Asia była pierwszą dziewczyną, którą dotykałem, gdy na szkolnej wycieczce przywiązaliśmy ją do drzewa i – zamroczoną z miłości jak nigdy dotąd – obmacywaliśmy, ucząc się kobiecej anatomii (jednak biologia i szczęście niekiedy się przecinają…). Nie wiem, jak to wyjaśnić, ale jakimś fortunnym trafem, a może wskutek boskiej interwencji, Asia mnie nie zgwałciła i nie została moją pierwszą kochanką, definiując na zawsze miłość swym nastoletnim ciałem, które instynktownie kojarzę ze wstrętem.
Nie tylko ja zresztą. Każdy kontakt z tą dziewczyną uważany był za obciach i gdy odtwarzam jej los, trudno mi nawet powiedzieć, w jaki sposób w tym powszechnym, nieustannie towarzyszącym jej obrzydzeniu, nadmiar miłości skierował Asię na drogę prostytucji. Gardziliśmy nią, bo instynktownie baliśmy się tej burzy doznań? Tych niezbadanych, tajemnych sił, które wywracają światopogląd? Atawistycznej podróży jedynym, utartym szlakiem?
Nie, powód był jednak inny. Nasza Wenera była zwyczajnie zbyt brzydka, by móc się nią otwarcie fascynować.
Z jednej z klasowych wycieczek wracałem właśnie wraz z Asią. Przyjechali po nas niektórzy rodzice, którzy dysponowali autami, lecz wysłużony duży fiat mojego ojca nie wydał się kolegom atrakcyjny i zaklepali miejsca w innych samochodach. Zostałem tylko ja i odtrącona przez wszystkich Asia. Myślałem, że spalę się ze wstydu sadowiąc obok niej na tylnym siedzeniu dupę. Próżno rozkładałem ostentacyjnie między nami gazetę, by dzieliła nas jak największa przestrzeń, a może nawet, by dać dziewczynie do zrozumienia, że powinna poczekać na inny transport: Asia rozsiadła się obok i bawiła ją, nawykłą do permanentnego niby-odtrącenia, ta chora sytuacja.
Och… on to się chyba nigdy nie ożeni – powiedziała do ojca, głosem doświadczonej już przez miłość.
Myślałem, że trafi mnie szlag, ale tę opinię odebrałem z jakąś tam satysfakcją. Moja wykuwana uparcie tożsamość była jednak, że tak powiem, coraz bardziej zauważalna.
W późniejszym czasie usłyszałem jeszcze kilka podobnych przepowiedni dziewczyn a propos mojego ślubu, z tym że z czasem akcentowały one nie tyle moją niechęć, co zupełny brak cech idealnego małżonka, choć przyznam, że za cholerę nie wiem, jakie to cechy ów mityczny jegomość winien mieć, bo wszystkie znane mi wyliczanki tworzyły rozmazanego i rozdzieranego sprzecznościami pokrakę.
- Filipowski? Doskonały kandydat na męża! – mówiły z sarkazmem.
Połączyła mnie z Asią paradoksalna więź. Tak jak ona rozpędziła się w rozsmakowywaniu miłości, tak ja trwałem w nieugiętej negacji, aż wreszcie stwierdziliśmy ze zdumieniem, że znajdujemy się zbyt daleko, by powrócić ot tak na utartą ścieżkę powszechnie wyznawanej normalności.
Nie wiem, może to efekt bezstresowego wychowania? A może mamusia trzymała mnie zbyt długo za rączkę? Tak twierdził instruktor na kursie prawa jazdy, ilekroć popełniłem drobny błąd.
No, drobny jak drobny, raz omal nie rozjechałem dziecka na przejściu, innym razem zahaczyłem lusterkiem o jakąś staruszkę, tak że straciła równowagę i omal nie upadła, a potem wygrażała mi buńczucznie laską. Początki nie były łatwe. Niestety, i zakończenie nie wypadło okazale. Na ostatniej godzinie kursu przejechałem znak stopu i próżno tłumaczyłem instruktorowi, że dokładnie widziałem pustą przecznicę, a przecież spieszymy się, bo moja godzina już minęła, i nie było sensu zatrzymywać na tym odludziu auta. Kazał mi dokupić pięć dodatkowych, bo w przeciwnym wypadku, jak stwierdził, nie dopuści mnie do egzaminu. Dokupiłem więc ten przymusowy ekstra-kurs i wszystko układało się świetnie. Na placu nie miałem żadnych problemów, a na mieście instruktor nie przypominał już zirytowanym głosem o nadmiernej opiece w dzieciństwie. Żeby ułatwić mi zaliczenie egzaminu, ostatnia lekcja miała odbyć się bezpośrednio przed nim.
No, wspaniale – powiedział instruktor, gdy po raz kolejny ustawiłem poloneza w garażu. – Mamy jeszcze kwadrans, pojedziemy na chwilę na miasto.
Na mieście również obyło się bez incydentów. Zawróciłem, by odstawić auto na plac manewrowy. Plac znajdował się tuż za zajezdnią autobusową i wracając jechałem wolno między dziesiątkami zaparkowanych jelczów. W pewnej chwili zwolniłem jeszcze bardziej, widząc nadjeżdżający z naprzeciwka autobus.
Śmiało, śmiało – powiedział instruktor. – Ty masz pierwszeństwo.
Nacisnąłem gaz, w tym samym momencie kierowca autobusu wykonał skręt kierownicą, a chwilę później rozległ się potężny huk i wstrząsnęło nami, jakby… jakby jebnął w nas autobus. Samochód zgasł, a instruktor spojrzał na mnie obłędnym wzrokiem.
To nie moja wina – wyjąkałem. – Nie moja… kurwa… wina…
Nie twoja wina? – zastanawiał się, powoli rekonstruując zdarzenie. – Nie twoja wina… Nie twoja… Noż kurwa, pewnie, że nie twoja! – wykrzyknął, gdy szala szczęśliwie przechyliła się na moją korzyść.
Potem wystrzelił z auta i rzucił się w kierunku kierowcy autobusu.
Na co, kurwa, patrzysz, idioto? Na ptaszki? Pytam się, kurwa? Na ptaszki się zapatrzyłeś?
Kopnął z wściekłością w pogięte tylne drzwi, jakimś cudem trzymające się w zawiasach.
No ja pierdolę…
To ja już może pójdę – wtrąciłem niewinnym głosem.
W duchu strasznie chciało mi się śmiać.
- Tak, tak… Powodzenia. A ty, idioto – zwrócił się znów do kierowcy – na ptaszki patrzyłeś?
Odszedłem w wyśmienitym humorze. Bawiło mnie, że na koniec udało mi się pośrednio rozwalić drzwi tego znienawidzonego auta. Zemsta jest słodka, nawet jeśli jest tylko zrządzeniem losu i nie maczaliśmy w niej jako tako rąk. Być może Bóg przypomniał sobie o starym znajomym i za dawną lojalność obdarował mnie spóźnionym prezentem. Dzięki, o Panie, składamy dzięki…
Poszedłem więc na egzamin i z uśmiechem na gębie zasiadłem za kierownicą innego poloneza. Byłem jednak tak podekscytowany, że przy cofaniu potrąciłem na łuku połowę pachołków.
Bez boskiej przyjaźni szybko się, jak to mówiono, opuściłem albo nawet zgorszyłem. Ówczesny wniosek potwierdzało dalsze życie: ludzie porządni i ułożeni to tacy, którzy nieustannie muszą wykonywać absurdalne czynności.
Paradoksalnie, musiałem uczyć się o wiele więcej, by jakoś zdobyć niższe o stopień oceny.
Zdarzało się, że wykułem wszystko na blachę, ale ponownie słyszałem tę samą litanię narzekań.
Naprawdę nie wiem, co się z tobą, Boguś, stało.
Byłeś taki ułożony…
Coś ci, Boguś, odbiło…
Boguś, co z tobą, dziecko?
Od tej pory wiedziałem, że to, co rzeczywiście człowiek reprezentuje, nie ma w istocie żadnego znaczenia, a raz utraconej reputacji nie można nigdy odzyskać. Coraz rzadziej chodziłem do szkoły. Wraz z chłopakami, którym jakiekolwiek opuszczenie się nigdy nie groziło, włóczyłem się po mieście, a co jakiś czas urządzaliśmy wyprawy do okolicznych miasteczek – Tuchowa, Brzeska, Dębicy – by tam jeszcze mocniej poczuć bezkarność małoletności i siać terror wśród mieszkańców.
Na szkolnych apelach nie wywoływano mnie już jako prymusa, ale to nie znaczy, że na nich nie gościłem jako swego rodzaju VIP. Dyrektorka wymyśliła sobie, że po wręczeniu dyplomów dla najlepszych, należy napiętnować tych, którzy dobre imię szkoły kalają, przedstawić publicznie tę „ciemną stronę mocy”.
Wywoływała nas jeden po drugim, odczytując zamiast średniej, ilość opuszczonych godzin i – co najciekawsze – zgotowano nam gorącą owację, o jakiej prymusi mogli pomarzyć. My także wychodząc na środek sali gratulowaliśmy sobie, przybijając piątaki. Było nas trzech i brakowało tylko okolicznościowego podium i szampanów. Dyrektorka speszyła się, bo to nie tak miało wyglądać, ale postanowiła brnąć w farsę z całą mocą.
Wygłosiła naprędce przemówienie pełne sloganów typu szkoła nie jest waszym wrogiem, szkoła jest waszym przyjacielem, i tak dalej. Skoro ci najlepsi dostali za wyniki w nauce prezenty, i my nie mogliśmy wrócić z apelu z gołymi rękami. Dyrektorka podeszła do kolegi, wygrzebała coś z kieszeni i powiedziała:
O, na dowód tego, co powiedziałam, dostaniesz cukierka.
Znów sięgnęła do kieszeni, wyciągnęła kolejnego i cukierek trafił do mojej dłoni.
Dla ciebie też – powiedziała. – Zapamiętaj, że szkoła jest twoim przyjacielem.
Skinąłem głową, przywdziewając minę niewiniątka i zaszeleściłem rozwieranym papierkiem i pokornie wetknąłem owocowego dropsa do ust.
Następnie dyrektorka podeszła do trzeciego z nas, grzebała uparcie w kieszeni, potem drugiej, aż wreszcie znalazła wyjście z krępującej sytuacji bez wystawianie reprezentowanej placówki na szwank.
A tobie nie dam cukierka, bo ty żujesz gumę – stwierdziła napominającym tonem.
Było całkiem zabawnie, a co najważniejsze wreszcie przestało być nudno. Zimą już nie bawiliśmy się w cienie, lecz ciskaliśmy, chyba w zemście za te wypadki z dzieciństwa, w przejeżdżające samochody śnieżkami. Szczególnie dostawało się autom na obcych blachach, a już najbardziej, na fali żużlowej gorączki, tym na blachach rzeszowskich. Raz doszło do nieprzyjemnego incydentu. To był schyłek zimy, śnieg topniał, a śnieżki po ulepieniu były twarde jak lód. Świeciło słońce i kierowcy mieli odsunięte szyby. Upatrzyłem sobie stojącego w korku na rzeszowskiej rejestracji opla i rzuciłem z całych sił przygotowaną śnieżką, na tyle celnie, że trafiłem kierowce w łeb. Koledzy śmiali się do rozpuku, lecz chwilę potem zaczęły dziać się rzeczy dziwne. Najpierw jadąca naprzeciw czarna wołga, zupełnie taką, jaką podobno straszono dawniej dzieci, wjechała znienacka na chodnik i gdybyśmy nie wskoczyli przytomnie do rowu melioracyjnego, ten samochód-cień z pewnością kogoś by potrącił. Ledwie wydrapałem się na górę, ujrzałem Łukasza, który nie brał udziału w naszych zabawach, jak stoi w towarzystwie policjantów i wskazuje na mnie wyciągniętą ręką. Rzuciłem się do ucieczki w pobliskie łąki. Odwróciłem się po kilkudziesięciu sekundach, nie dostrzegłem pościgu i zwolniłem, wierząc, że już jest po wszystkim, ale wtedy wyrósł przede mną policjant i walnął mi pałą w ramię. Kto choć raz miał styczność z takim sprzętem, wie, jaki to ból. Pokornie schyliłem głowę i dałem się zaprowadzić do suki. Tam czekał już zapalczywie coś tłumaczący Tomek.
Wylegitymowali nas, spisali dane i spytali, co zrobiliśmy.
Nic nie zrobiliśmy – odpowiedzieliśmy unisono.
Tak? – Policjant uśmiechnął się szelmowsko. – To niby czemu przed nami uciekaliście?
Przywdziałem niewinny wyraz twarzy i wyjąkałem:
- A bo wie pan… tyle teraz mówią o różnych zboczeńcach…
Tomek aż zakrztusił się ze śmiechu. Kilka dni później nasi rodzice dostali liściki z lakoniczną notatką, że syn rzucał śniegiem w przejeżdżające pojazdy.
Ten nowy etap życia streściłem swoją drogą w wypracowaniu na temat – o, ironio losu i Asiu, powracająca ze swoją niezbyt uroczą twarzyczką – szczęścia. Napisałem wprost, że skoro wszystko i tak nie ma sensu i jest tylko powtarzaną pod wpływem natręctw niedorzecznością (oczywiście przemilczałem boską inspirację do ukucia tej taniej sentencji), nie pozostaje nic innego jak cieszyć się chwilą i – tutaj podparłem frazesy wyszukanym w słowniku wyrazów obcych mądrym zwrotem – przyjąć „carpe diem” za motto postępowania. Ha, wreszcie dostałem piątkę, lecz nauczycielka wypominała mi ten fragment już do końca szkoły.
- Tak, Filipowski, rób tak dalej – ironizowała. – I carpe diem.
Ton był tak znajomy, że z trudem powstrzymywałem się przed podskokiem.
Zmiana szkoły była szansą na odbudowę reputacji, ale moje nadzieje, jeśli w ogóle takowe żywiłem, okazały się bardzo płonne. Już po miesiącu wylądowałem na dywaniku za bójkę, ale co niby miałem zrobić skoro Tomek rzucił mi z premedytacją w łeb ogryzkiem. Ten początkowy, niewinny etap liceum, zwany w annałach naszej klasy erą rzucania ogryzkami, przedzierzgnął się w bardziej spektakularną erę plucia. Główną formą rozrywki stanowiło, jak łatwo się domyślić, plucie – pluło się w chłopaków, pluło się w dziewczyny, opluwało się dzieci – bo nasze liceum było połączone z podstawówką, a skoro tak, bachory wciąż pałętały się pod nogami – i było nawet zabawnie. Oczywiście, nie wszyscy mieli poczucie humoru – ale tych ponuraków łatwo było poznać po tym, że chodzili zapluci. Po erze plucia kilku kolegów, szczególnie taki Julek miał fantazję, próbowało pójść dalej, lecz były to incydentalne akcje, które nie miały szans zapoczątkować nowej epoki, a największym dokonaniem Julka pozostało zrzucenie na ubraną galowo pierwszoklasistkę nasączonej moczem gąbki (trafił w ramię i strugi rozprysły się na białą koszulkę). Jak to się mówi – plus za akcję, minus za sprzęt.
Na tym poletku już nic nie dało się zdziałać i po erze plucia przedsięwzięcia, dotychczas, chyba przyznacie, nieco prostackie, bardziej angażowały intelekt, a nawet stały się w pewien sposób twórcze. Największą inspiracją i zarazem początkiem ostatniej epoki w annałach naszej klasy, były narodziny brata Witka, kolegi z klasy, którego nazywaliśmy także Jackiem (od Krzynówka, bo był podobny) albo Ronaldo (od tego Brazylijczyka, bo nie był za grosz podobny). Może obeszłoby się bez takiego szumu, gdyby cała afera nie została przez Witka zatajona i nie wykrył jej przypadkowo znajomy z rodzinnej wioski.
Najpierw Julek sporządził kilka komiksów, próbujących zrekonstruować, w jaki sposób, matka Witka, bądź co bądź stara rura, zaszła w ciąże. I tak – w jednym przydybał ją ktoś po baletach w remizie (dorabiała na takich imprezach jako śpiewaczka), w drugim stary Witka wykazał się niewiedzą w zakresie antykoncepcji i tłumaczył jej, że ma zbyt stare plemniki, by dorobili się jeszcze jednego potomka (Julek fachowo tłumaczył ten absurd w przypisie).
Następnie przyszły próby liryczne.
Twoja stara to suka
ze wszystkimi się stuka – napisał Julek na kartce papieru i wysłał liścik Witkowi.
Twoja stara to suka
Każdy ją u nas puka – napisał Tomek i kolejny liścik powędrował do Witka.
Twoja stara to suka
Większa niż moja Nuka – a to akurat moje dzieło (tak wabił się nasz pies…)
Na zadanie domowe z angielskiego mieliśmy opisać jakąś mrożącą krew w żyłach historię.
Przed lekcją dorwaliśmy zeszyt z wypracowaniem Witka. Wymagane w temacie mrożące krew w żyłach zawiązanie akcji brzmiało mniej więcej tak:
Yesterday I was going home with my mother by a car. There was the Żuk before us. She tried to leave the car before us behind, but she was very tired. And suddenly we hit in Żuk.
Wkrótce do Witka powędrował następujący wierszyk:
Twoja stara to suka
Pierdolnęła w żuka
Po tych, w miarę jeszcze ambitnych próbach, przyszedł kryzys twórczy. Julek narysował w zeszycie Witka podobiznę psa w przysiadzie i podpisał „suka rodzi”, Marek w książce do historii dopisywał na mapie „sukę” do wszystkich miast i krain geograficznych, po czym stawiał znak równości (Trypolis – równa się – suka, i tak dalej) – wyraźnie brakowało inwencji.I gdy wydawało się, że era suk zmierza nieuchronnie ku końcowi, wezwano nas na dywanik do dyrektora.
Są takie rzeczy, których nie lubię wspominać. To, co usłyszałem od dyrektorskiej pary, bo w gabinecie była i dyrektorka, to niewątpliwie jedna z nich. Dyrektor podstawił mi pod oczy podręcznik do biologii, a ściślej stronę z anatomią człowieka. Przy kobiecie widniała wielka strzałka wskazująca jej krocze i napis, wersalikami – SUKA!
Tego akurat nie pamiętałem, ale poznałem swoje pismo.
Co gorsza, jako jedyny ze sprawców nie uderzyłem w pokorę i zostałem uznany za prowodyra i szefa ściślej nieokreślonej grupy quasi-terrorystycznej, która specjalizuje się w wypisywaniu słowa „suka” w każdym podręczniku Witka. Koledzy musieli zapewnić, że przestaną się ze mną przyjaźnić.
Z kim ty się zadajesz? Z Filipowskim? Dno intelektualne! Dno! – grzmiała dyrektorka.
Ja natomiast musiałem zadośćuczynić inaczej, w bardziej wyszukany i czołobitny sposób. Poszedłem do domu Witka z kwiatami, przeprosiłem jego matkę, i zapewniłem, że wcale nie uważam, że jest…no tego, tego. Była wzruszona, ugościła mnie, zrobiła herbatę. Mówiła dużo o dziecku, jaka to dla niej była wielka niespodzianka, i jak bardzo się cieszy. Przysięgam, nigdy w życiu nie czułem się tak chujowo.
Ta afera zrobiła ze mnie kujona. Oczywiście o uzyskaniu dobrej reputacji i statusie prymusa nie było mowy, ale trzeba było jakoś przechodzić z klasy do klasy. Dopiero maturę zdałem najlepiej w szkole i dyrektorska para z bezcennym, wymuszonym uśmiechem uścisnęła mi dłoń. Trzymając rękę znienawidzonej dyry, z trudem powstrzymałem się, żeby nie wysyczeć przez zęby triumfalnego:
- Ty suko!
Tarnów, mój kochany Tarnów, Tarnów, który pokochałem miłością ślepą, a takie niemal zawsze są nieodwzajemnione. Nawet w wypracowaniu o rodzinnym mieście, napisałem, że I think it’s the most beautiful city in the world. Nauczycielka całe zdanie podkreśliła wężykiem, a nad przekreślonym “city” napisała “town” z trzema wykrzyknikami. Było jasne, że coś takiego mógł napisać tylko ktoś, kto nic w życiu nie widział albo, jak ja, zakochany jest ślepo i bez powodu.
Wtedy, po zdanej maturze, przestałem tak uważać. Zapragnąłem ucieczki. Po raz kolejny, tym razem w nieco innym wymiarze, uznałem, że od miłości lepiej trzymać się z dala.
Mój ukochany Tarnów zaczął jawić mi się jako idealne miejsce na hospicja i domy starości. Przez pewien czas lubiłem jeszcze powroty i tę kojącą niezmienność rodzinnego miasta, kunsztowne stabilizacje małych nieistotności, udawanie, że coś się jednak dzieje. Na dłuższą metę mieszkanie w takich miejscach albo otępia (to dobrze, bo zostaniesz statecznym obywatelem), albo doprowadza do obłędu (też dobrze, bo przynajmniej zmienisz miejsce zamieszkania przymusowo). Owszem, jak masz piętnaście albo pięćdziesiąt lat, to nie narzekasz – w pierwszym wypadku nic jeszcze nie wiesz, w drugim – nie chcesz już nic wiedzieć. Ja jednak znajdowałem się pomiędzy słodką niewiedzą a kojącą kapitulacją.
Uciekłem więc w poszukiwaniu nowej reputacji i poszukiwaniu siebie, zanim mnie wywiozą i odnajdą inny kod dostępu.
Mówią, że Kraków to najpiękniejsze polskie miasto? Nie wiem, może się nie znam, ale ja tam podkreśliłbym takie zdanie wężykiem.
Nienawidzę tego miasta. Rudery, zakłamanie i wczorajsze precle. A na Starym Mieście, to strach kogoś o cokolwiek zapytać, o godzinę choćby, bo od razu “what? what?”, i patrzy wielce obruszony, bo mu, kurwa, w podziwianiu maszkaronów przeszkodziłeś.
Blichtr, stęchlizna i psie gówna w alejkach. A na dzielnicach, to już w ogóle rzeź, nastolatki z nożami, wjazdy na osiedla, “za kim jesteś” jako zwrot powitalny, bo ci żydzi, a tamci psy, i dlatego trzeba jebać. Można normalnie oszaleć, takie klimaty.
Etap „Boguś w wielkim mieście” i mój wielkomiejski sen o ucieczce zaczęły się niezbyt miło, ale w sposób przewidywalny. Zgubiłem się mianowicie w tym cholernym, wielkim mieście.
Dobrze, przyznam, że ten cały Kraków deczko zlekceważyłem. Wyruszyłem na wstępny egzamin o czwartej rano, złapałem pociąg, po piątej byłem już w wielkim mieście i spacerowym krokiem ruszyłem na miejsce egzaminu. Mapy nie brałem – wystarczył mi rzut oka – prosto, głównymi ulicami, nie można zabłądzić. I szedłem piętnaście minut, pół godziny, godzinę, aż w końcu nie miałem najmniejszego pojęcia, gdzie jestem. Z jakiejś brudnej bramy zadzwoniłem po taksówkę i wręczyłem kierowcy napisany na kartce adres. Nie wiem, czy taksówkarz zrobił mnie w balona, jadąc okrężną drogą, czy może zaszedłem aż tak daleko w złym kierunku, ale trasa wydała mi się zdecydowanie zbyt długa. Ostatecznie jednak dotarłem do celu i z westchnieniem ulgi wszedłem do budynku. Jak to mówią – nie mów hop. Wkraczając dziesięć minut przed terminem egzaminu do sali, dowiedziałem się, że to nie ten budynek.
Ale niech pan się nie martwi, to kilka przecznic dalej, jeszcze pan może zdąży… Weźmie pan autobus…
Nie dosłyszałem, jaki mam wziąć autobus, bo biegłem przed siebie. Napotkani przechodnie wskazywali mi drogę, gdy wykrzykiwałem im adres. Zdyszany wpadłem na salę egzaminacyjną. Egzamin właśnie się zaczynał. Zdążyłem.
Po tygodniu jak zahipnotyzowany patrzyłem na obwieszkę z wynikami. Spytałem, kogoś czy można palić. Skinął głową.
Dopiero po chwili zauważyłem, że wszyscy wokół dziwnie się na mnie patrzą: no tak, strząsałem popiół na wyglancowaną posadzkę, a tak nie robi się w wielkim mieście.
Zdałem. Nie wiem, jakim cudem, ale zdałem. Zdążyłem wypełnić tylko połowę testu. Po czterech godzinach zabrano nam arkusze z pytaniami i zostawiono te z odpowiedziami. Choćbyś miał siedzieć do północy, musiałeś odpowiedzieć na wszystkie, bawiąc się w chybił-trafił. Opracowałem następujący system: ACAB… ACAB… ACAB… Nie wiem, chyba znów Bóg przypomniał sobie o dawnym kumplu, bo inaczej nie potrafię wyjaśnić tego pomyślnego splotu okoliczności. A tak w ogóle, jeśli już przy pomyślnych splotach jestem, ten sam egzamin zdawała miłość mojego życia, ale nie dostała się i wylądowała na studiach w innym mieście, dzięki czemu nie przyszło mi jej spotkać i – co za tym idzie – nie musiałem od niej uciekać. Skąd o tym wiem? Po prostu. Powiedzmy, że Bóg, choć już nie rozmawialiśmy, czasem szepnął mi coś na ucho. I nie wiedzieć czemu chichotał.
Usiadłem na krakowskim rynku i choć złorzeczyłem na to miasto od rana, teraz wydało mi się urocze. Potem wstąpiłem na piwo, i jeszcze jedno, i jeszcze, i skonany kroczyłem w piekącym lipcowym słońcu na dworzec. Gdy już nie miałem sił, a poza tym byłem pewien, że znów się zgubiłem, wsiadłem do taksówki. Jebana mafia, ale co zrobić?
Na dworzec – wyjąkałem.
Ale przecież my jesteśmy pod dworcem, wystarczy przejść ulicę…
O kurwa, faktycznie…
Na jednym z pierwszych egzaminów podczas zimowej sesji, profesor, chyba wzburzony postawą zdającej przede mną studentki, powiedział:
Kobiety to nie ludzie.
Uśmiechnąłem się porozumiewawczo, próbując chwycić się mizoginistycznej nici, lecz profesor zupełnie zignorował tę poufałość.
Kobiety to nie ludzie – powtórzył granitowym głosem i dopiero teraz spojrzał na mnie z jakąś mieszanką wstrętu i zaciekawienia. – No – ciągnął – niech mi pan wymieni jedną mądrą kobietę! Jedną kobietę, która była człowiekiem.
Zastanawiałem się, jaką przyjąć taktykę – wdać się w delikatną polemikę, czy może kategorycznie stwierdzić, że takich stworzeń na tym świecie nie ma. Ponieważ nie należę do dupowłazów, powiedziałem niepewnie.
A Maria Curie-Skłodowska?
I to był błąd, przez który i tutaj straciłem reputację. Profesor spojrzał na mnie z furią, a jego twarz nabrała purpurowego odcienia.
- Ta głupia kurwa?! – wyryczał.
Nie byłem mizoginem jak on, ale do kobiet to ja szczęścia nie miałem. Choć z perspektywy czasu sądzę, że to one nie miały szczęścia do mnie. Albo też, należałoby wyodrębnić dwa etapy nieszczęśliwości – pierwszy, gdy szczęścia nie miałem ja, i drugi – gdy nie miały go za grosz one. Rachunek jest prosty: gdybym ja miał szczęście, miałyby i one. Co ja mówię – gdybym miał szczęście, nie byłoby żadnego drugiego etapu, być może siedziałbym z tą jedną na dupie i nie rozsiewał miłosnych nieszczęść w myśl idei kosmicznej równowagi. Ale, jak powiedziałaby moja babcia, widocznie Bóg chciał inaczej.
Z pierwszą dziewczyną mi nie wyszło, bo z pierwszą nigdy nic nie wychodzi, z drugą, bo akurat ja byłem dla niej tym pierwszym. Trzecia puściła mnie kantem z białym Murzynem w szerokich spodniach, sylabizującym jej do ucha hiphopowe kawałki, czwarta była szurnięta, ale podobno wujek molestował ją we wczesnym nastolectwie, więc wszystko, co robiła, należało usprawiedliwić. Podobnie piąta, której ojciec pił i szósta, która całe dzieciństwo musiała opiekować się młodszą siostrą, bo jej matka, stara rura… – zresztą, nieważne. Ja też czułem się po tych kilku związkach usprawiedliwiony. We wszystkim. A co? Mnie od dziecka nazywali Bogusiem i kazali mi skakać potrójnego axla!
Ktoś woli matkę, a ktoś córkę – mówią. W moim popapranym życiu, wybory należały do innych. Albo lubiła mnie matka, albo córka. Myślę, że gdyby choć raz obie darzyły mnie sympatią, zostałbym statecznym obywatelem. Ach, co to by było – zostałbym biurwą w urzędzie gminy.
Wizyta w domu rodzinnym ukochanej jest jak ostatnie strzelanie z pozycji stojącej w biathlonowym biegu pościgowym. Wszystko, co wypracowałeś, można jeszcze spieprzyć. Do tego newralgicznego etapu dotarłem tylko kilkakrotnie, i zawsze był to ostatni etap związku.
U jednej z matek przegrałem, gdy wdałem się w religijne dywagacje – ale po jakiego mnie pytała, czy chodzę do kościoła? – u drugiej, gdy przesadziłem z alkoholem – ale po kiego mi dolewali?
Lubiła mnie bardzo matka Marzenki, ale córeczka była niestety bardziej proojcowska. Podczas wizyty w jej domu tatuś z rubasznym uśmiechem, zawołał do córci, błędnie sądząc, że go nie słyszę.
A przyprowadziłaś tego twojego dupka?!
Wróciłem z łazienki i myślałem, że mnie chuj strzeli, gdy zobaczyłem go, wąsatego, z obłudnym uśmiechem. Nasze spojrzenia skrzyżowały się i nawiązaliśmy niemy dialog.
Pieprzę twoją córkę – powiedziałem ja.
Naprawdę wyglądasz jak dupek – powiedział on.
Sam jesteś dupek – powiedziałem ja.
Sam nawet nie zdawałem sobie sprawy, że ta kwestia wyrwała mi się z ust i nieme w założeniu zdanie wypowiedziałem na głos. Spojrzałem tylko w kierunku sufitu, a potem, mimowolnie, podskoczyłem. Zorientowałem się, gdy Marzenka uderzyła w szloch, a jej ojciec dał mi grzecznie do zrozumienia, że mam wypierdalać raz dwa z jego oczu. Tak też uczyniłem.
Dość szybko moja potrzeba bliskości przybrała ambiwalentną, a może nawet schizofreniczną postać. Już kilka tygodni po kupnie komputera pisałem biegle na klawiaturze. Nauczyłem się oczywiście na czatach. Czat był pozornie znakomitym wynalazkiem dla mnie. Znakomitym, gdyż, delikatnie rzecz ujmując, nie jestem mistrzem pierwszego wrażenia.
Poza tym po tych kilku doświadczeniach przyjąłem szowinistyczną zasadę, że z kobietą lepiej porozumiewać się na bezpieczny dystans. Wirtualnego seksu nigdy nie próbowałem, ale nie powiem, idea jest ze wszech miar zacna. I jeszcze – last, but not least – będąc już daleko od koncepcji boskiego, przemyślanego porządku świata, uważałem, że Bóg, jeśli istnieje i istotnie jest wszędzie, tak już poukładał ten świat, by możliwie utrudnić spotkanie osobom bliskim i, jak to się niezbyt precyzyjnie mówi, sobie przeznaczonym. Innymi słowy – jeśli szukasz miłości, wiedz, że ona też jest wszędzie, tylko nie tam, gdzie się akurat w jej poszukiwaniu udasz. W praktycznym wymiarze czat pozwalał wykiwać źle zaprojektowane przeznaczenie.
A więc, koniec końców, im dalej ma swą siedzibę potencjalna ukochana, tym lepiej dla potencjalnie ukochanego. Z tą myślą rozpocząłem uprawianie wirtualnej seks-turystyki.
Są w moim życiu kobiety, które porzuciły mnie, nawet o tym nie wiedząc i są też takie, które, nawet o tym nie wiedząc, porzuciłem ja. Życie, gdyby je sobie na bieżąco uzmysławiać, jest szkołą ciągłego odtrącania i dzielnego znoszenia skutków bycia odtrąconym. Zadzierzganie wirtualnych znajomości jest z kolei na szczęście zupełnie nieuświadomioną karykaturą tego prawidła.
Zacząłem od stosunkowo bliskich miast. Nie mogłem wyjść z podziwu, jak łatwo jest odnaleźć w wirtualnej przestrzeni ludzi, z którymi można ot tak, zwyczajnie pogadać. Moją pierwszą bliską przyjaciółką była kielczanka Dorota. Dziwiło mnie dlaczego usilnie chce wysłać mi swoje zdjęcia, choć nie nalegałem, jakby czując, że ten czar może lada chwila prysnąć. Dorota jednak postawiła na swoim – wysłała fotki z jej zmagań z nauką chodzenia przy pomocy balkoniku rehabilitacyjnego. Przebyła udar i rokowania były niezbyt pomyślne. Życie jest pojebane, pomyślałem, powiedziałem, że bardzo fajne zdjęcia i zakończyłem znajomość: para kaleków – a miałem akurat połamaną rękę – to był obrazek zdecydowanie zbyt romantyczny, jak na moje możliwości kosztowania miłosnych uniesień.
Odrzuciło mnie aż do Gdańska. Tam również szybko znalazłem bratnią duszę. Miała trzydzieści osiem lat, wdzięczne imię Aurelia, na czacie ukrywała się pod skromnym nickiem „piękna kobieta” i była nieźle świrnięta. Po kwadransie rozmowy poprosiła o numer telefonu i zadzwoniła. Odtąd codziennie przez kilka godzin nawijała o swoich dzieciach i tajemniczym osobniku z Tarnowa – na którym jej oczywiście nie zależy i o którym nic a nic nie myśli.
Gość chyba wyznawał te same zasady, co ja: szukał miłości jak najdalej, a potem brał nogi za pas, gdy miłość odnalazła jego. W skrócie wstrząsająca historia przebiegła następująco: już jako mężatka i matka dwójki dzieci Aurelia zapomniała się i pokochała innego, zaszła z nim w ciążę, wniosła sprawę rozwodową, by ponownie wyjść za mąż, lecz wtedy jej kochanek przepadł bez wieści i sprawę rozwodową musiała wycofać.
A ja przytakiwałem, że to kawał chuja, ale w głębi duszy uznawałem go za mentalnego brata.
Aurelia ciągle podkreślała, że ma już wszystko i niczego nie potrzebuje. Widać, po niefortunnym zauroczeniu zrobili jej niezłe pranie mózgu, bo recytowała uporczywie te wszystkie banalne formułki typu każdy jest kowalem swojego losu, nie można oglądać się wstecz, należy naprawiać błędy, i tak dalej. Gdy już miałem dość tych frazesów, próbowałem się, niby żartobliwie, droczyć, wiedząc, że każdy niewinny przytyk wytrąca ją z równowagi i przynosi złe wspomnienia.
Udało się. W końcu powiedziała, że nie lubi ludzi skomplikowanych, na co ja odparłem, że nie lubię prostaczek.
I żebym chociaż o filozofii Schopenhauera chciał z nią gadać. Nie, ja tylko nie chciałem gadać o jej dzieciach i o tym chuju, moim ziomie, którego wciąż bezsilnie kochała.
Potem świetnie gadało mi się z suwalczanką Anicą, ale odkąd wysłałem jej fotkę, nigdy nie miała już czasu na rozmowę. Aczkolwiek twierdziła, że fotki całkiem fajne.
Na takie dictum przeniosłem się do Białegostoku, by przez kilka tygodni pielęgnować znajomość z Kasieńką. Piękna to była znajomość. Kasieńka miała poczucie humoru i razem kpiliśmy z tego całego czatowego i nie tylko światka, udając, że do niego nie należymy.
W końcu oznajmiła ni z tego, ni z owego, że wyszła za mąż. Zaczęła rozwodzić się nad problemami małżeńskiego pożycia. Jednym z pierwszych był trud nauczenia męża sikania na siedząco, bo rzekomo ustawicznie nie trafiał do sedesu.
Trochę mnie to kosztowało, ale udało się – obwieściła z dumą.
Powtórzyłem w duchu dziecięcą mantrę: „nigdy się nie ożenię…”
Wkrótce uciekłem do Szczecina. A potem dalej, do Świnoujścia. Wróciłem na chwilę do Trójmiasta, potem przycupnąłem w Elblągu, i myśl, że w którymkolwiek z tych miast odnajdę człowieka, i że ktoś może odnaleźć człowieka we mnie, była niezwykle kojąca w nasilającej się absurdalności. I każdy uważa, że jego poszukiwania są wyjątkowe, i każdy się łudzi, że może kiedyś…
Co najważniejsze, wszystko się rozmazało, imiona, miasta, urojone problemy, epidemia potrzeby bycia z kimś blisko – wszystko to spowiła aura nieistotności.
Po miesiącu obłędnego czatowania dopiąłem swego: czułem wstyd, że uczestniczę w tym syfie, że jestem częścią tej powszechnej paranoi poszukiwania bliskiego człowieka. Stałem się cząstką wielkiej nieistotności, jaką jest walka o ochłap sensu. Heroiczna walka kolekcjonerów nieistotności. Widocznie Bóg tak chciał, jak powiedziałaby nieboszczka babcia.
A co potem? Potem nie było już nic ciekawego. Tak, w życiu dorosłych nie ma zdecydowanie nic zajmującego i nie warto było snuć dziecięcych marzeń. Gdybym prowadził dziennik, słowo „nuda” pojawiałoby się nieco rzadziej, ale dni, jak w dzieciństwie, oznaczałbym machinalnie czernią, z tym że nie czekam obecnie na pierwszy piątek, ale wszystkie jak leci.
Ukończyłem studia. Ale właściwie co z tego, że ukończyłem studia? Poszedłem do pracy. Ale co z tego, że przemogłem się, napisałem CV, choć CV, jak powszechnie wiadomo, to najmniej wdzięczny i najtrudniejszy gatunek literacki, i poszedłem do zawszonej roboty? Wyrzucili mnie z pracy, ale co z tego, skoro znalazłem inną?
Tym bardziej, że rzuciłem tę inną pracę. I tak już zostało, skapitulowałem, zgodziłem się na ten cykl, gdzie raz wyrzucają mnie na pysk, innym razem to ja unoszę się dumą, jestem odtrącany przez kobietę, by znów powiedzieć z uśmiechem na ustach paszoł! i powrócić do równowagi.
Jak to było? – Życie jest w końcu sztuką ciągłego porzucania. Dodałbym – porzucania złudzeń.
Poza tym jakoś tak mam, że nie mogę znieść, gdy ktoś zmusza mnie do absurdalnych czynności. Głosie, głosie, gdzie podziałeś się natrętny głosie? Cisza. I czasem mam tylko wrażenie, że Bóg z pomrukiem zadowolenia przyjmuje każdą moją kapitulację.
Częściej słyszę inne głosy.
Boguś, kiedy ty wreszcie dorośniesz – mówią.
Przygryzam tylko wargi. I nie potrafię już chwytać każdego dnia, nie potrafię skryć się za parawanem jakiegoś banału. Nie warto, skoro te wszystkie nic nieznaczące zdarzenia, moja misterna kolekcja wielkich nieistotności, sprecyzowały raz na zawsze stosunek do tego najpiękniejszego ze światów.
– Wszystko się kiedyś zmieni – mówią. – Przyjdą lepsze czasy.
Cóż, ja wiem swoje. Z takimi wizjami można tylko układać horoskopy w niskonakładowych gazetach.
Przyznam, że nienawidzę życia. Mam tylko nadzieję, że umrę, zanim ostatecznie dorosnę, zanim odrzucę wszystkie zabawki w kąt. Każdego ranka zerkam w kalendarz, sprawdzając, czy data rokuje jakieś większe nadzieje.
Może to kwestia tych kos w dacie moich urodzin? Może już wtedy wszystko się jebło?
Kolega urodzony tego samego dnia życzył mi kilka lat temu z okazji kolejnej rocznicy przyjścia na świat mniej zamartwiania się, choć, jak stwierdził, urodzeni w tym dniu nie mogą chyba inaczej, i takie już nasze zodiakalne przekleństwo. Nawzajem, odpisałem. Tak, niewykluczone, że wszystko się jebło właśnie wtedy.
Ale póki co bawię się w zapamiętaniu. Bawię się światem, jak melancholijne dziecko, które nie ma ani braciszka, ani tym bardziej bliźniaczej siostrzyczki.
Kiedyś, być może nadejdzie dzień, gdy wśród wszystkich niedorzeczności i nieistotności odrzucę go z obrzydzeniem i zawstydzeniem, jak tę lalkę na krześle, która przez moment wydała mi się interesująca, a potem poleciała po zamaszystym ciosie w kąt. No i chuj, na pewno bez żalu.
I ta cisza, będzie mi towarzyszyć niezmącona cisza. A może nie, może jeszcze raz usłyszę ten cholerny pomruk.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.