Anderseitsarbeiter

koło taty

1.

Aby cokolwiek w życiu osiągnąć synu, musisz ciężko pracować, czasami bardzo ciężko i mozolnie, ale niebo jest dla wytrwałych i nie mam na myśli tylko tego nieba o tam, mówił ojciec do Waldemara wskazując nieboskłon. Tę maksymę połączoną z gestem, Waldemar zapamiętał na całe życie, zachował wierność im do chwili obecnej, gdy sam ma syna.
Jego ojciec był wierzącym człowiekiem, ale nie pozbawionym sporej dozy racjonalizmu. Wiedział, że zasługi w niebie są najważniejsze, ale nie mógł pozwolić na to, żeby srano mu na łeb. Wychowywanie dziecka opierał na miłości do Boga i ojczyzn. Ojczyzny, tej wielkiej pradawnej matki i tej mniejszej, lokalnej mateczki. Słowo „patriotyzm”, na jego ustach gościło nie rzadziej niż „musisz”. Musisz być dumny. Musisz być odważny. Musisz być twardy, ale nie głupi. Gdy zajął się prowadzeniem syna prawidłową ścieżką, zauważył, że dziecko to bardzo „niewdzięczna praca” i po kilku latach pozostawił żonę z chłopcem.
W czasach ciężkiej komuny, zapisał go do związku młodzieżowego, ale potajemnie prowadzał do księdza. Syn Waldemar wychowywany był więc dwutorowo. Z jednej strony książeczka do nabożeństwa i krzyżyk, a z drugiej, też książeczka, tyle, że czerwona i portret wodza.
Nie przeszkodziło to chłopcu pałać miłością do pierwszego a nienawiścią do drugiego. Umiał doskonale się poruszać w tych dwu klimatach. Nie bał się zdemaskowania, ani przez jednych, ani przez drugich. Jego ojciec dbał o jego hart ducha i wychowywał go w surowych warunkach. Dużo cięgów, mało czułości. Musisz mieć twardą dupę synu jeśli chcesz mieć miękkie serce. Z czasem u Waldemara dało się zauważyć zanik serca, ale za to pośladki miał uwodzicielskie. Na te pośladki złowił swoją żonę.
Eulalia miała plany, marzenia. Ale skończyły się zaraz po urodzeniu dziecka. Waldemar był despotycznym, nieczułym, ale, jak zapewniał wszem i wobec, kochającym mężem i ojcem. Kobieta ledwie przeżyła poród, kolejnych dzieci mieć już nie mogła. Bardzo to rozgniewało jej męża. Dzieci trzeba mieć kilkoro, mawiał jego ojciec. Ojczyzna musi być silna, dodawał z powagą.
Ich syn miał na imię Kazimierz, jak król, wielki człowiek. Od urodzin dziecka, ofiara pośladków zniknęła w narzuconych jej obowiązkach. Na początku dziecko dużo chorowało, Waldemar nie dał sobie wmówić, że otwarte okna i przeciągi, są mało pożyteczne dla niemowlęcia. Musi się hartować, odpowiadał wtedy tonem władcy nie znoszącym dysharmonii w swoich wyobrażeniach.
Mały Kazimierz rósł więc wśród kłótni i utarczek, które z czasem umilkły. Oczywiście nie za pomocą narzędzia jakim jest dialog dwojga ludzi, ale dzięki zaprzestaniu przez Eulalię jakichkolwiek form sprzeciwu. Jej sprzeciw wyrażał się w pluciu do zupy męża lub brudzeniu mu koszul krwią menstruacyjną, poza tym, zniknęła z życia mężczyzn, przynajmniej wokalnie.
Zbliżała się pierwsza komunia święta, Kazimierz, do którego inaczej nie wolno było się zwracać, był bardzo podekscytowany. Jego ojciec był ważną osobą, a może nawet najważniejszą, tak mu przynajmniej sugerował. Po ceremonii, na obiad przyjdzie biskup. To było wydarzenie bez precedensu, jeszcze nigdy biskup nie był u nikogo na obiedzie. Tym bardziej ojciec piłował małego. Kazał mu się uczyć na pamięć całych stron katechizmu, ganiał chłopca codziennie do kościoła. Proboszcz starał się zwrócić uwagę Waldemarowi, ale widząc jego „stanowczy” wzrok poprzestał na „rób jak uważasz za słuszne, ale mały nie jest mi potrzebny w kościele codziennie.”
Gdy do komunii zostały dwa tygodnie, ojciec wpadł na kolejny genialny plan. Chcąc usamodzielnić dziecko, postanowił, że Kazimierz sam będzie chodził, na pieszo, do kościoła. Inne dzieci odwożą i przywożą rodzice. Czekają na nie pod kościołem, jakby bali się, że ich pociechy wykręcą im numer. On zamierzał pokazać, że ufa swemu dziecku, a co za tym idzie, jego metoda wychowawcza, przez wielu mieszkańców po cichu potępiana, jest słuszna i, co najważniejsze, skuteczna.
- Synu – zagadnął Waldemar przy śniadaniu.
Kazimierz siedział śpiący przy stole, w nocy dręczył go koszmar. Śniło mu się, że komunijny garniturek zaniszczył się. Na plecach zrobiła się niewielka dziurka. Wieszał kapotkę na kołku w komórce, zwyczajem ojca, chcąc nabrać kartofli, o co prosiła mama. Potem gdy ją ściągał marynareczka zaczepiła się o haczyk i lekko nadpruła się.
Matka, w tajemnicy, zacerowała nadprutko i śladu nie było znać. Ale Kazimierza dręczyła świadomość. Nurtowała go ta zacerowana dziurka. Wzrok siedzących za nim kolegów, niczym przepuszczone przez soczewkę światło słoneczne, palił go w plecy. Czuł się naznaczony i ośmieszony tym piętnem.
- Synu, skup się gdy do ciebie mówię. – Ojciec położył mu rękę na ramieniu i ścisnął aby wymusić na dziecku uwagę.
- Przepraszam, śniło mi się dzisiaj coś strasznego. – W jego głosie zadrżała łza.
- Skup się Kazimierzu, gdy ze mną rozmawiasz. – Machnął ręką Waldemar, udając, że rozpędza ponurą chmurę z czoła syna. – Koszmary mają tylko mazgaje i nieudacznicy, synu. Prawdziwi mężczyźni, dzierżą swoje życie w swoich rękach – wyciągnął przed siebie dwie potężne, twarde od pracy dłonie. – Rozumiemy się?
- Tak.
- Do rzeczy mój drogi. Dziś po raz pierwszy wyjdziesz z domu sam. Rozumiesz, co to oznacza?
- Tak.
- Odpowiadaj całym zdaniem – nakazał ojciec.
- Tak, rozumiem.
- Znaczy to tyle, że nie będzie z tobą ani matki – pokazał na żonę siedzącą u jego prawej ręki – ani mnie – wskazał na siebie wielkim czerwonym paluchem.
- Tak, rozumiem ojcze. – Kazimierz kiwał głową na potwierdzenie słów.
- Wydaje mi się, że jednak nie do końca wiesz o czym mówię. Czy wiesz – zajrzał mu głęboko w wielkie chabrowe oczyska – co pójdzie z tobą?
Malec zmarszczył brew, ściągnął czoło i zaczął zastanawiać się nad odpowiedzią. Miał trzy szanse. Myślał, co może iść z nim? Nie, kto. Tylko, co? Może pozwolą mu wziąć rower? Zadumał się, zbyt długo chyba, ponieważ ojciec zaczął nerwowo trzeć podbródek i zerkać na żonę.
- Rower? – dziecko wykrztusiło z siebie zakurzoną odpowiedź.
Waldemar z czułością blachy falistej spojrzał na matkę dziecka, w jego wzroku pod pianką obojętności krył się lodowaty sorbet zarzutu: „jak ty go rozpieściłaś”.
- Nie synu. Nie rower. Pytanie brzmiało: co pójdzie z tobą? Co pójdzie, nie, co pojedzie? – Jego głos stawał się natarczywy. Czemu on jest taki tępy, pomyślał, ja bym odgadł w mig, gdyby mnie zapytano.
Kazimierz zamknął oczy, przyłożył ręce do skroni i myślał: Co? Co? Co? Co może iść ze mną do kościoła? Co, nie kto, co? Pomyślał o Sabince, ale to przecież pieska, psom nie wolno do kościoła. Zaryzykował:
- Sabinka? – Jeszcze zanim odpowiedź dobrzmiała do końca, na jego głowie wylądował karny „kokos”.
- Ależ, Kazimierzu, ależ… – Mama przestraszyła się i już chciała przerwać rytualną zabawę w zgadywanki, gdy Waldemar podniósł rękę i rzekł:
- Ostatnia szansa!
Kandydat na ministranta, pretendent do biskupiej pochwały, aspirant komży zebrał się w sobie i zagonił szare komórki w galop. Gnał myśli, chłostał je ojcowskim wyobrażonym palcem. Prędzej, wymyślcie coś, coś co będzie odpowiedzią, jeśli nie dobrą, to przynajmniej nie głupią, prosił w myślach rozpędzone imaginaty. Wśród nich były sanki, zupełnie niepotrzebne wiosną tak piękną, kreda kolorowa, żółw Rafała, kilku bohaterów kreskówek i książeczka do nabożeństwa. Pójdę z książeczką, ułożył sobie odpowiedź.
- Książeczka do nabożeństwa – wystrzelił nagle, ufnął sobie po cichu z ulgą – książeczka.
- To też, ale pudło synu, nie o to chodzi. Zgodnie z zasadą – ojciec podkręcił wąsa – po trzeciej złej odpowiedzi, a to była trzecia zła odpowiedź synu, udzielam ci odpowiedzi prawidłowej. Dlaczego tak robię? – Zawisł nad malcem jak skała, pod którą raczej ciężko zjeść piknik.
- Abym zauważył jak krętymi ścieżkami chadza logika dziecka, która jest niczym bez porady rodziców, a w szczególności ojca. Gdy ojciec jest mym pasterzem. – Kazimierz wyrecytował formułkę, z której głowa rodziny była niezmiernie dumny.
- Tak jest! A teraz, żeby nie przeciągać padnie odpowiedź.- Zwrócił się do żony: – Tego najbardziej nie lubię w teleturniejach, jak na przykład Urbański w nieskończoność przeciąga, czy dobra czy zła odpowiedź. Nie cierpię tego. – Po czym znów spojrzał na syna i rzekł: – Nasze zaufanie pójdzie z tobą młodzieńcze. – Bardzo lubił się tak zwracać do ludzi. W urzędzie mówił tak nawet do sędziwego woźnego, dając mu odczuć swoją wyższą pozycję.
Pacnięcie w czoło było głośne. Kazimierz, za każdym razem gdy nie zdołał odgadnąć zagadki wykonywał taki gest, co bardzo rozweselało ojca i jednakowoż przekonywało o tym iż syn jego pierworodny, starał się z całych sił odpowiedzieć dobrze, a co za tym idzie, zadowolić swego rodzica.
- Nasze zaufanie, synu, to jest coś czego, nigdy nie możesz zawieść. Ufam, że wiesz o czym mówię? Gdy pójdziesz po raz pierwszy sam do kościoła, to moje zaufanie podpowiada mi: to jest mój syn, nie zrobi nic czego ja bym nie zrobił, mogę mu ufać – mówił ojciec patrząc pierworodnemu prosto w oczy, a powieka nie zboczyła ani na krok – mój syn robi tak jak powinien, tak jak go nauczyłem. Nie zejdzie z prawej ścieżki, będzie się tyczył słów ojca i matki. – Zakończył z wyraźnym samozadowoleniem.
- Tak, wiem ojcze, co to znaczy zaufanie: zaufanie to jest najważniejsza rzecz między rodzicami a dziećmi, jeśli dziecko zawiedzie zaufanie rodziców może zginąć w piekle życia, a po śmierci, smażyć się w ogniach wiekuistych – Kazimierz wyrecytował kolejną formułkę.
- Tak, właśnie – przyklasną mu rodzic językiem z dumą tresera, spojrzał na matkę wykonując przy tym rękoma gest, oznaczający: jam to uczynił.

2.

Zbliżał się do miasteczka z dużą prędkością. Popędzał biednego „dzieduszkę” nie żałując mu paliwa. Stary, jedno gaźnikowy silnik wył z przerażenia i prychał ze szczęścia, mogąc sobie jeszcze pofolgować.
Mężczyzna w samochodzie śpieszył się mimo tego iż czasu miał pod dostatkiem, ale adrenalina wpompowana w żyły, nie pozwalała zwolnić. Po co piłem trzecią kawę, zadawał sobie to pytanie za każdym razem, gdy na łuku znosiło go trochę, a serce podchodziło do gardła. Z odtwarzacza wyła ostra gitarowa muzyka. Dźwięki rwały się, kakofoniczni galop perkusji i przeraźliwe piski wokalistki zdawały się najlepiej obrazować to, co się działo w Erneście.
Kilka dni temu, Ernest pochował mamę. Jedyną na świecie kobietę, którą kochał, podziwiał i której był wierny. Jego związki z dziewczynami nie kończyły się najlepiej. Bardzo często zastanawiał się, dlaczego? Często rozmawiał o tym z Marią Magdaleną, takie imiona nosiła matka.
Widzisz synu, jesteś dobrym człowiekiem. Masz swoje problemy, jak każdy, szukasz swojej drogi. Przez całe życie starałam się nauczyć ciebie jak żyć, aby nie krzywdzić innych. Pamiętasz, jak czytaliśmy Idiotę. Płakałeś gdy go obrażano, gdy się z niego śmiano. Nie przypuszczałam, że i ciebie dotknie palec, tego bożego nieszczęścia, jakim jest w dzisiejszym świecie, dobre serce. Takimi słowy przemawiała matka, po jego kolejnej nie udanej randce. Nie żyje Marley, nie żyje Gandhi i ja, mamo, nie najlepiej się czuję, odpowiadał jej ze smutnym uśmiechem.
Ostatni związek Ernesta obciążył go znacznie. Zakończył się bynajmniej nie dwuznacznie, a właściwie to trójznacznie.
Wszedł do najmowanego mieszkania, dość niespodziewanie. W mieszkaniu, zastał swoją dziewczynę z dwoma kolegami. Posuwali ją obaj. Przyglądał się temu z wyraźnym zawstydzeniem. Nie wiedział co ma robić, czekając na odpowiedni moment, aby wejść. Aby zasypać czymś uczucie upokorzenia, analizował to co się w nim dzieje. Przez parę tych chwil miał ochotę ich udusić, zastrzelić, wyprowadzić ich flaki na spacer. Poczuł się jak kupa śmieci zgarnięta pośpiesznie w kąt. W końcu drgnął, był zupełnie spokojny. Otworzył drzwi i podniósł z podłogi ubrania. Rzucił je na łóżko i spokojnie oznajmił: proszę wyjść z mojego lokalu. Była jakaś szamotanina, jakiś płacz. Koledzy Maryli wyszli lekko turbując oficjalnego najemcę lokalu.
Maryla, miłośniczka tandemicznego seksu, długo wylewała z siebie poczucie winy. Mówiła mu, że jest kurwa. Starała się wzbudzić w nim litość, opowiadała o swym okropnym dzieciństwie, o tym, że ojciec był taki a taki, matka jeszcze gorsza, że nigdy nie znała ciepła. Ernestowi zrobiło się jej żal. Mówiła mu, że on jest dla niej za dobry, że ona nie potrafi żyć w takiej normalnej relacji, nudzi się po prostu. Możesz tu przenocować, jutro jak wrócę z pracy, ma ciebie nie być, oznajmił jej chłodno. Zapłacił za tą noc kilkoma srebrnikami, ulokowanymi na skroniach.
Po pogrzebie mamy, sierota, poszedł do jej mieszkania uprzątnąć rzeczy. Prosiła go by zaraz po śmierci sprzedał lokal, który z niczym dobrym się jej nie kojarzył. Lata biedy, cierpień samotnej kobiety z dzieckiem, wyrzeczeń, które odprowadziły ją na miejsce wiecznego „leżakowania”, przeniknęły zmarszczki domu. Ufundowały skromny pomnik z kurzu, wiecznie unoszący się w powietrzu, którym ciężko odkaszlnąć.
W mieszkaniu, jej syn siedział długo wąchając sukienki, każda pachniała innym wspomnieniem. Wiosenne, spacerami po łąkach i polach. Letnie, kąpielami w jeziorze, zimowe pieczonymi jabłkami z cynamonem, a jesienne świeżo rozłupanymi kasztanami. Wśród ciepłych, jesiennych sukni znalazł list do siebie. Stary, pożółkły papier, poplamiony w kilku miejscach tłuszczem, w innym kroplami wody.
Przyjrzał mu się ze zdziwieniem. Na kopercie widniało tylko imię. Widocznie mama mu zapomniała powiedzieć. Ostatnie dni spędziła już na innym świcie, morfinową windą wjechała na jedenaste piętro dziesięciopiętrowego budynku. Obracał kopertę w dłoniach. Staną twarzą w twarz z tajemnicą i nie do końca był pewien, czy chce ją poznać. Odłożył list, skończył pakowanie rzeczy. Przed wyjściem, ostatni raz ogarną ich wspólny dom smutnym spojrzeniem. Jego wzrok zatrzymał się na liście. Leżał na parapecie. Jutro rano przyjedzie ekipa i wszystko wywiezie do pomocy społecznej. Wrócił się, włożył list do kieszeni kurtki. Wyszedł.

Mój Mały Księciu

Masz teraz siedem lat. Właśnie bawisz się w swoim pokoju misiem Ryjkiem, widzę jak wywijasz mu uszka, wyglądacie ślicznie. Kiedyś dorośniesz i zaczniesz zadawać pytania, a ja będę musiała Ci odpowiadać.
Do tej pory nie znałam odpowiedzi na te pytania, dziś wiem.
Poznałam Twojego ojca na studiach. Tramwaj linii numer trzy. Stał na końcu, piękny mężczyzna. Przecisnęłam się na koniec wagonu, byłam rozanielona zdanym dobrze dyplomem. Miałam w sobie tyle odwagi. Zagadnęłam go… Po trzech miesiącach spotykania się, zaszłam w ciążę. Spadłeś mi z kosmosu, byłeś darem niebios. Miałam przy sobie mężczyznę, którego kochałam, i miałam w sobie mężczyznę, którego kochałam. Świat wydawał się cudowny.
Kilka tygodni później Ryszard zniknął. Nikt nie był wstanie mi powiedzieć co się stało.
Dziś odnalazłam Twojego ojca, zupełnie przez przypadek. Do naszego biura przyszedł mężczyzna. Załatwiał jakieś podatkowe sprawy. Usłyszałam nazwisko. To było nazwisko Twojego ojca. Gdy wyszedł, poszłam za nim. Nie poznał mnie, minęło parę lat. Przedstawiłam mu się, bardzo się ucieszył, udawał. Nigdy mnie nie lubiono w moim mieście, może to wina moich rodziców, należeli do partii i byli z tego dumni. Nie byli lojalnymi aparatczykami, byli idealistami, wierzyli w lepszy świat… Nie wiem po co ich usprawiedliwiam. Wypytałam oględnie znajomego o pana Kozła, ale nie był zbyt rozmowny, wróciłam do biura i przejrzałam dokumenty. Imię i nazwisko się zgadzało, miejsce i data urodzenia też.
Także Twój ojciec, kimkolwiek teraz jest, mieszka w Poprawicach, co za ironia. Człowiek, przez którego straciłam swoją małą ojczyznę, teraz tam mieszka.
Może będziesz chciał go kiedyś odszukać.
Kocham Cię Synku.

Na drugiej stronie, drukowanymi literami zapisany był adres.
Zbliżał się do miasteczka jak huragan, ciągnąc za sobą tuman kurzu. Ptaki zrywały się z pól i Ernest czuł w sobie tę siłę, która wstępuje w człowieka, gdy zaczyna jego sercem rządzić chęć zemsty. Nagle zwolnił. Prawie się zatrzymał. Obok niego przemknęło bębniące auto. Położył głowę na kierownicy i starał się uspokoić. Z pagórka wyłaniała się kościelna wieża, to już tam, pomyślał. Dotarłem dotąd, chyba wystarczy, wahał się. Na co mi to, trzydzieści trzy lata nie miałem ojca, po co mi teraz? Góra wątpliwości rzuciła cień na ten słoneczny poranek. I co ja mu powiem? Cześć tato, przywitaj się ze swoim synem? Rozważał różne warianty, od tych z tragiczną końcówką (ojciec pijak bije go jako naciągacza), po te śmieszne (ojciec jest „babcią klozetową” na miejskim dworcu, nie ma przednich zębów, śmierdzi lizolem i uryną).
List do Ryszarda Kozła wysłał dwa dni temu pocztą ekspresową. Powinien dostać wczoraj, miał czas na oswojenie się z nowością i przemyślnie sprawy, podjęcie decyzji. Może nie powinienem być taki bezpośredni, może lepiej było napisać oględnie, umówić się w kafejce pod ratuszem? Zastanawiał się wykorzystując informacje na temat Poprawic, znalezione w internecie.
Zaczął analizować tą krótką treść: Ojcze, jestem twoim synem, spotkajmy się w środę, na parkingu pod ratuszem. Niebieski „puchatek”. Będę czekał około dwudziestej. Ernest Gwara, syn zmarłej Marii Magdaleny.
Raczej napisałem tak jak należy, co innego miałem napisać? Liczył na to, że nazwisko matki podziała na niego, że jeśli ma jakieś sumienie to go ruszy, to nazwisko kobiety, którą kochał przecież kiedyś.
Ruszył, tym razem jechał spokojnie. Opanowały go lęki, tak dawno się nie bał. Od śmierci matki, zdarzało mu się to co raz częściej. Nie wytłumaczalny strach przed przyszłością. Mignęła mu przed oczami tablica z nazwą miasteczka: Poprawice witają! A pod spodem: Możesz coś zabrać, ale nic nie zostawiaj! Milutko, zauważył Ernest nie bez złośliwości. Co takiego możecie mi dać, co bym chciał wziąć? Wzbudzając w sobie złość, chciał wrócić do poprzedniego stanu umysłu, gdy w jego krwi małe żyletki nienawiści otwierały żyły. Niestety. Opanowało go znużenie i niechęć.
Co mi do tego faceta? Mama miała do niego żal. Czym jest żal? Niczym więcej jak zwiedzionymi oczekiwaniami. Zawsze mi powtarzała: nie oczekuj niczego od nikogo, nie zawiedziesz się wtedy. Dlaczego w tym jednym wypadku, nie zastosowała się do własnej zasady? Znał odpowiedź, ale nie chciał wywoływać jej na papier dnia. Nie umiał o mamie myśleć inaczej, jak idealnie.
Wśród starych zabudowań, pamiętających zapewne czasy wojen obu, zwolnił. Wrzucił na luz i pozwolił się „dziaduszce” toczyć swobodnie. Przyglądał się niebrzydkim, dobrze utrzymanym budyneczkom. Niewielkim, przysadzistym domkom, mającym w sobie coś z chatki Baby-Jagi. Nad tymi domkami rozpościerały swoje korony potężne kasztany. Ich zieleniące się z lekka gałęzie rzucały połyskliwy cień. Droga była długa i prosta, zabudowania stały po jednej stronie, a po drugiej znajdowały się ogródki działkowe. Te wyglądały już zupełnie bajecznie, rozbudzone wiosną i pielęgnowane z dużą pieczołowitością przez mieszkańców, nadawały miasteczku charakter agroturystycznego kurortu.
Zanim dojechał do centrum, minął po drodze wielki budynek z czerwonej cegły, potężny dwuskrzydłowy gmach. Wyglądał jak klasztor, lecz klasztorem nie mógł być, szkołą raczej, wnioskował po charakterystycznych czerwonych tablicach na ścianach. Przejechał przez zarośnięte torowisko, widać, że kryzys kolei zawitał i tutaj. Minął sklep przy drodze i kilka chwil później wjechał na brukowaną drogę. „Brukowany trakt, z trzynastego wieku, jest chlubą tego miasteczka” głosił napis w internecie. I przekleństwem kierowców, pomyślał Ernest trzęsąc się jak deliryk.
Zatrzymał się nieopodal ratusza. Stanął na poboczu, zaraz pod sklepem „U Boczka”. No to jestem, zasępił się. Wyłączył muzykę. Z okien nad sklepem wyglądała głowa tęgiej i poczochranej kobiety. Przyglądała mu się. Ludzie wychodzący ze sklepu zatrzymali się na chwilę lustrując przybysza, zgadując skąd pochodzą rejestracje.
W niewielkiej osadzie ciężko pojawić się niezauważonym. W miasteczku wielkości główki szpilki żadna nowa osoba nie może przejść się po ulicy bez powodowania jakiś wewnętrznych napięć. Tak jakby dodatkowy balast oddechowy naginał przestrzeń, jakby dla tej jednej persony brakowało powietrza. Ludzie patrzą dziwnie na nowego, ni to z lękiem ni to z pogardą. Mają w oczach coś takiego, co mają ludzie patrzący z fascynacją na chorych psychicznie, niby patrzeć nie wypada, ale wzroku oderwać nie można.
Było południe. Piękny słoneczny dzień. Początek kwietnia. Drzewa zaczynają pączkować, krzewy już się przebrały w nowe szaty. W klombach kwitną bratki przytulone do siebie, zasadzone rękami pań z robót interwencyjnych. Wiosna idzie, panie sierżancie, mruknął do siebie Ernest, przeciągając się.
Zgasił samochodowy odtwarzacz i jeszcze chwilkę posiedział dla złapania równowagi psychicznej, nie lubił zajmować się czymkolwiek z gorącą głową. Wysiadł, zatrzasnął drzwi. Przekręcił kluczyk w zamku. Sprawdził czy aby dobrze zamknięte, gdyż „dzieduszka” potrafił spłatać figiel i otworzyć zamek na powrót.
Poszukiwacz ojca, przeciągnął się jeszcze raz, nie tyle ze ochoty pozbycia się zmęczenia, ale maskując gest rozglądania się, nie chciał wydać się zlęknionym, szczególnie w chwili, gdy przyglądało mu się kilka osób, wśród, których przecież mógł być jego ojciec. Ukłonił się lekko i z roztargnieniem.
Kilka dziewczyn zwróciło na niego uwagę szczebiocząc coś między sobą i wymachując reklamówkami służącymi za tornistry. Jego wysoka, szczupła postać, z kipielą loków na głowie budziła zainteresowanie wśród pań, łechtało go to mile, ale i wprowadzało w stan zakłopotania.

- Które jabłka poleciłaby mi pani… – tu nachylił się nad ladą aby przeczytać imię na plakietce ekspedientki – pani… Adelajdo? Piękne imię swoją drogą.
Pani Adelajda miała nie więcej niż dwadzieścia lat i była śmiertelnie chora. Jej choroba wylewała się z niej każdą porą. Ładne, podkrążone oczy, błagały o śmierć lub porwanie. Adelajda umierała na nudę.
- Jest gala, jest jonagold, ale najlepsze są nasze miejscowe, psiary – odpowiedziała matowym, a jakże, znudzonym głosem.
- Psiary?
- Psiary – w jej głosie dźwięczała łobuzerska nutka.
- Wezmę pół kilo – gdy młoda ekspedientka poszła zważyć owoce, Ernest przyjrzał się jej. Wyglądała na starszą, przez mocny makijaż, ale skóra na szyi nie dała mu się pomylić. Spod firmowego fartuszka, wyłaniały się nie wielkie, ale jędrne piersi, ładnie zarysowana twarz kontrastowała z grymasem na niej. Gdy podeszła do kasy z torebką, zreflektował się – albo kilogram.
Adelajda wydęła wargi i stanęła przed nim. Czekała.
- Stało się coś, proszę pani? – Zapytał zdezorientowany.
- Nie.
- To na co pani czeka? – chciał by w jego głosie nie było pretensji, a ciekawość. Niestety pierwsze wzięło górę nad drugim, co dla takiego pytania zdaje się naturalne.
- Napatrz się kolego, a jak się napatrzysz, to powiedz ile chcesz tych jabłek, bo nie będę dla twojego samczego widzi-mi-się, zapieprzała po całym sklepie! Kuma? – W jej głosie była agresja, która charakteryzuje nieszczęśliwe dziewice.
Rozejrzał się po sklepie, stwierdzając chwilowy brak klienteli, zagadnął do pani Adelajdy.
- Przepraszam, ja… – język utkwił mu w gardle – ja… ja…
- Ja, ja, ja. Naturliś aba ziher! – zaciągnęła w obcym języku. – Mamy sporo klientów zza zachodniej granicy. – Mróz w głosie zelżał, przez okno wpadały migotliwe promienie słoneczne i roztopił jej oczy. – Coś jeszcze, napaleńcu? – Zapytała ze smutnym uśmiechem.
- Jest pani ładna – palnął, sam nie wiedząc dlaczego. Oczarowała go zmiennością nastroju, naturalnym, tak mu się wydało, panowaniem nad gniewem. Patrzyła na niego nie bez zachwytu, spodobał się jej, gdyby nie to, odważyłaby mu jabłka i pokazała palec jego plecom.
- Dałem ciała – uśmiechnął się odsłaniając idealne uzębienie – Muszę gdzieś przekimać, dzień lub dwa. Sorewicz za tą panią i te de – odczuł ulgę, wydawało mu się, że osoba szukająca swojego ojca, powinna być poważna, opanowana i kulturalna. Uległ własnemu wyobrażeniu siebie w tej sytuacji. Zagrał rolę, której nie zamierzał grać, w chwili gdy emocję ujeżdżały go jak konia, kalecząc jego skupienie ostrogami, on robił z siebie błazna.
Dziewczyna zniknęła bez słowa na zapleczu. Ernest słyszał strzępy rozmowy, ale nie wiele zrozumiał. Adelajda wróciła po kilku minutach.
- Jedź tam – podała mu wizytówkę – może mają wolne miejsca.
- Taki tłok?
- Jaja sobie robię. Do sezonu jeszcze daleko. Mamy tu jeden motel, „Modry potok”. – Uśmiechnęła się udając brak zainteresowania, przestraszyła się tego, że zmiękła. Na co dzień taka nie jest, raczej zgryźliwa, samolubna i nie dająca facetom najmniejszej szansy na flirt chociażby.
Mężczyzna spojrzał na nią smutno. Było w niej coś co go rozczuliło, może to, że nie zwróciła na niego uwagi? Nie wzbudził w niej zainteresowania. Wzruszył lekko ramionami, wziął torbę z jabłkami, wyciągnął jedno, ugryzł.
- Trochę kwaśne – twarz wygięła mu się w zygzak – ale tylko trochę.
Uśmiech na twarzy Adelajdy był szczery jak wiatr na polu zimą. Nic nie mówiąc Ernest wyszedł. Na do widzenia zadzwonił dzwoneczek przy wejściowych drzwiach, a środkowy palec utknął w kaburze pięści Adelajdy.
Pokoik w „Modrym potoku” nie był drogi i proporcjonalnie do ceny był niewielki. Łóżko, stół, krzesło i szafka, ale własne WC i prysznic zrekompensowały mały metraż. Rozrzucone ciuchy, rozbebeszona torba na tapczanie. Ernest pogwizdywał biorąc prysznic. Starał się nie myśleć, co będzie robił przez te kilka godzin oczekiwania, próbował nie zaprzątać sobie głowy czekającym go spotkaniem. Wybiegał myślami w przyszłość nie widząc tam nic. Porwane kawałki przeszłości bezładnie i bezcelowo mieszały się w jakiś miraż, jakąś fatamorganę, bez obietnicy oazy. Wspominał czas z mamą, ich wspólne, trudne życie. Przypomniał sobie zdarzenie z dzieciństwa, które nie było całkowicie związane z nią, ale była jego uśmiechniętym świadkiem.
Byli nad jakimś jeziorem. Mama, jej koleżanka z córką i on. Córka koleżanki była już prawie dorosła, co oznaczało dla Ernesta tyle, że kąpała się w stroju kąpielowym. Mamy poszły się przejść, a on został pod jej opieką. Chcąc się popisać pokazywał Paulinie, różne sposoby wskakiwania do wody. On chlapał na wszystkie strony, ona świergała i prychała ze śmiechu. Po którymś z kolei skoku wyskoczył na mostek bez kąpielówek. Z krtani opiekunki wydobył się czereśniowy śmiech. Dziewczyna nie mogła się uspokoić. Na mostek weszły mamy. Zobaczyły scenę, w której Ernest blady ze wstydu, trzyma się za krocze, starając się ukryć „cycka”, parsknęły śmiechem.
Wskoczył do wody, a gdy się wynurzył, z dumą dzierżąc zgubione majtasy, krzyczał: – Nic nie było, nic nie było widać.
Pamiątki z dzieciństwa są różne. Komuś utkwiła w pmięci pierwsza komunia, drugiemu rower żółty i rozjechaną kurę, innemu majtki koleżanki z łóżeczka obok. Ernest zapamiętał ten wstyd i późniejszy triumf. Od tamtej pory wiedział, że nie ma takiego wydarzenia, któremu nie można by było nałożyć nowych gatek. Twoja rzeczywistość zależy od ciebie, powie mu później mama.
Cokolwiek się wydarzy dzisiaj wieczorem, na pewno go wzmocni, bo przecież, co nas nie zabije, to nas wzmocni.
Świeżo wykąpany, pachnący samym sobą, bo od używania jakichkolwiek kosmetyków się wzbraniał. Siedział na ławce przed sklepem „U Boczka” i jadł jabłka. Zjadał je prawie w całości, były niewielkie, wypluwał pestki pod nogi. Dlaczego wybrał ławkę przed sklepem, a nie inną gdzieś bliżej ratusza, albo w parku, tym nie zaprzątał sobie głowy. Liczył po cichu, że wyjdzie z niego Adelajda i zostanie jego żoną.
Rozwinął w sobie ich wspólną historię. Ona wychodzi ze sklepu, podchodzi do niego i zapala papierosa. Siada i siedzą oboje. Chce go poczęstować. Ernest nic nie mówiąc pokazuje na jabłka. Adelajda rozumie i gasi fajkę. Nie mówią nic. W chwili gdy ona chce odejść, on pyta: wyjdziesz za mnie? Otrząsną się z romantycznych mrzonek, wiedziony dziwnym uczuciem, że nie powinien się tym zajmować w tej chwili.
Miasteczko wyglądało tak jakby nie mogło się rozkręcić. Mieszkańcy tułali się od sklepu do sklepu. Kilka osób widział już parokrotnie. Nie mogą się zdecydować, czy jak, myślał?
Niski, łysawy facet z zaczeską na czole i z sumiastym wąsem przysiadł się do niego. Przez chwilę nie mógł się usadowić, przeszkadzała mu, pokaźnych rozmiarów szabla. Gmerał coś przy pasku i w końcu rozsiadł się wygonie z widoczną ulgą.
Mężczyzna rozglądał się, to w lewo, to w prawo, kogoś wypatrując. Spojrzał na Ernesta i utkwił w nim wzrok. Spod ciężkich powiek spoglądały na niego oczy zimne i matowe jak prześwietlony film. Ernest starał się nie zwracać uwagi na autochtona o natarczywym wejrzeniu. Wyprostował się, siedział sztywno. Zniknęło poczucie spokoju. Może to on, pomyślał. Aby zruszyć zawiesinę niepewności zagadał:
- Piękna szpada – powiedział nie wymyśliwszy nic lepszego.
- Szpada, przyjacielu? – podsunął się bliżej widocznie zdziwiony. – To jest szabla, kolego.
- A jaka różnica? – Nie interesowały go zawiłości wiedzy na temat białej broni, ale skoro już zapytał, ciągnął dalej zaimprowizowaną rozmowę.
Pan z szablą podkręcił wąs, dając tym samym znak, że zamierza mówić dłużej, ale w następnym momencie odsunął się od nieznajomego adwersarza i zamilkł. Podszedł do nich facet ubrany w za duże dżinsy okalające pokaźny brzuch i ściągnięte ciasno paskiem. Ze spodni wystawała niedbale wciśnięta kraciasta koszula. Na nogach białe skarpetki i klapki. W ręku wymięta reklamówka z logo sieci małych sklepów spożywczych.
- Dzień Dobry panie Jabłoński. Przywitał się grzecznie. – Widzę, że już pan otrzymał swoją nominację – w ostatnim słowie zadźwięczała wyraźna kpina. – Przysłali już ją panu, tę szpadę – i wskazał broń.
- Pan Jabłoński miał mi właśnie wyjaśnić różnicę między szpadą a szablą – wtrącił się Ernest – bo to jest szabla, proszę pana.
- Tak to jest szabla – Jabłoński nie pozwolił oponentowi wypowiedzieć słowa. – Szpadą posługiwał się muszketer, a to jest szabla. Dostałem ją ze stolicy na potwierdzenie mojego szlachectwa.
Pasek na brzuchu przybysza zatrzeszczał pod napięciem spazmatycznego śmiechu. Świeżo upieczony szlachcic zaperzył się i poczerwieniał.
- Tę blachę wykuł ci szwagier w swoim warsztacie, sir Jabłoński – alergen śmiechu uczulił kilku innych mieszkańców słyszących te słowa.
- Spieprzaj dziadu – odburknął Jabłoński. Rozgorzała dyskusja na temat jego szlacheckich korzeni, ale Ernest już nie słuchał.
Kątem oka zauważył coś jeszcze bardziej dziwnego. Koło kiosku z gazetami zatrzymał się facet ze śmigłem. Wielkim, drewnianym śmigłem pod pachą. Osobliwy jegomość znajdował się od niego w pokaźnej odległości. Ledwo widać było jego rysy twarzy, ale Ernest, tak mu się wydawało, usłyszał słowa: wyjedź stąd. Rozejrzał się, jego ławkowi sąsiedzi nie zwrócili na to uwagi pochłonięci dyskredytowaniem Jabłońskiego. Gdy zwrócił wzrok w kierunku kiosku, gościa ze śmigłem już nie było.
- Zamknij gębę komuchu – podniósł głos Jabłoński.
- Ja ci dam komuchu, burmistrzowska kukiełko – człowiek w klapkach zamachnął się symbolicznie.
Ernest widząc przejaw agresji, poderwał się i chciał chwycić napastnika za rękę.
- Niech kolega będzie spokojny. Nie tykam gówna, potem bardziej śmierdzi. – Splunął na ziemię i chciał odejść, ale coś mu się przypomniało i zatrzymał się jeszcze.
- Karol Kudol – podał rękę młodszemu mężczyźnie i poprosił go na stronę. Co go do tego skłoniło, nie wiedział, uczuł do młodziana niezrozumiałą sympatię, z jego oczu biło coś, co było mieszanką ciepła i hardości.
Odeszli kilka metrów i skryli się za warzywniakiem. Pod rozłożystą akacją, w cienistym miejscu byli prawie niewidoczni z ulicy.
- Czy pan tutaj na długo? – zapytał Karol rozglądając się bacznie, wciąż zadając sobie pytanie, co ja robię?
- Właściwie nie wiem, to zależy od dzisiejszego wieczora.
- Wieczora – powtórzył wyraźnie pochłonięty innymi myślami – to nic. Nawet jeśli na krótko, to miałbym do pana prośbę.
- Słucham – Ernest czuł się rozbawiony sytuacją, pan Karol, wydawał mu się większym dziwakiem, niż facet ze szpadą u boku.
- Widzi pan, sprawa jest taka… Jest pan spokrewniony z burmistrzem? – Zaskoczył nagle pytaniem i pobladł.
- Oczywiście, że nie. Jestem tutaj pierwszy raz. Moja matka pochodzi stąd. – Konspirator nieznacznie się uspokoił po odpowiedzi Ernest.
- Mamy tutaj problem z tym uzurpatorem, już dwunasty rok siedzi na stołu i z każdym rokiem co raz trudniej go ściągnąć. Panie, wybory! Wybory to farsa. Ani jeden plakat przez noc nie powisi. Najmie drań strażaków z OSP i na drugi dzień plakatów nie ma – poruszenie z jakim opowiadał pan o śmiesznym nazwisku ujęło młodego mężczyznę, spodobał mu się jego ton, jego zaangażowanie przeciwko lokalnej niesprawiedliwości – raz postawiliśmy wielką tablicę, dużo kosztowała, przed samym ratuszem – uśmiechnął się złośliwie i mówił dalej – Cezary Kudol, prywatnie mój syn, Cezary Kudol – najlepszy dla Poprawic, taki napis daliśmy. Nie postała długo, nazajutrz, „jakiś” pijak wjechał w nią busem. Niestety nie złapano sprawcy. Rozumie pan? – Ernest kiwną głową.
- Czego pan ode mnie oczekuje, proszę mówić śmiało – zachęcał starszego pana obejmując go za ramię poufale.
- Mam tutaj w reklamówce ulotki. Czy mógłby pan je gdzieś rozrzucić, albo rozdać nawet. Coś musimy zrobić, nowe wybory zaraz po komunii, czasu mało, szanse mamy niewielkie, ale wie pan, jak my tego nie zrobimy, to nikt tego nie zrobi.
- Rozumiem. Dobrze. Proszę mi to dać.
- Dziękuję panu, naprawdę dziękuję – pożegnali się. Podali sobie ręce, a pan Kudol uściskał młodszego kolegę po koleżeńsku.
Z paczką pod pazuchą, o co prosił opozycjonista, usiadł z powrotem na ławce. Zaraz zagadnął go Jabłoński. Wyglądało na to, że czekał na niego.
- I cóż on tam panu nagadał, ten stary pierdolnik-rosolnik. Pewnie, że mam nie po kolei w głowie. – Zaglądnął nieznajomemu w oczy, chcąc wybadać, co zaszło.
- Nie, proszę pana, nic takiego nie mówił. – Spokojnie odparł Ernest.
- Na pewno coś mówił, na mój temat, albo pana burmistrza oczerniał, albo radę miejską. O czym mówił? O tym, że wywiesiłem nazwiska? – Sir Jabłoński zdawał się pobudzać co raz bardziej, głos jego podjął wspinaczkę wysokooktawową.
Sytuacja zrobiła się lekko nieprzyjemna. Nie chciał być niegrzeczny wobec tubylca, cholera wie kim on tu jest, ale też nie chciał zdradzić pana Karola, którego zrazu polubił.
- Proszę pana, panie Jabłoński, niech pan zapyta pana Kudola o czym ze mną rozmawiał. Nie widzę powodu aby panu wyjawiać treść naszej rozmowy, która, co chcę podkreślić, odbyła się w cztery oczy. Wie pan co to znaczy? – Szlachciura siedział z rozdziawioną gębą starając się zapamiętać każde słowo. Tak mówi prawdziwy szlachcic, pomyślał olśniony.
- Jeśli mówił o tych nazwiskach… Pan jest może z jakiej gazety? – Na jego podwórko dobrego samopoczucia wjechał powóz trwogi.
- Nie.
Na tym rozmowa się skończyła. Jabłoński, gdy dowiedział się, że nie z gazety, to odpuścił i zaczął w pamięci ćwiczyć: „o czym ze mną rozmawiał, co chcę podkreślić, rozmowa odbyła się w cztery oczy”. Ernest wrócił do samochodu, przestał liczyć na to, że młoda ekspedientka będzie chciała zostać jego żoną.

3.

Dochodziła szósta. Kazimierz siedział na małym zydelku obok drzwi i czekał. Co robić, często go pouczał ojciec, gdy mamy kilka chwil, z którymi nie wiemy co zrobić? Syn przypominał sobie to pytanie. W chwili gdy do czegoś zostało raptem parę minut, a czas, taki ma już zwyczaj, ciągnie się jak lepik, z pamięci przychodziła odpowiedź dźwięcząca tembrem głosu ojca: w takich chwilach, synu, ćwiczymy cierpliwość. I Kazimierz ćwiczył cierpliwość. Starał się z całych sił utrzymać uwagę na przemieszczającym się sekundniku wielkiego ściennego zegara, przypominający czasomierz jaki zobaczyć można na dworcu kolejowym.
Sekundnik zegara sunął powoli do przodu. Nie przeskakiwał konwulsyjnie, płynął, ukazując naocznie upływanie czasu. Chłopczyka nużyła ta zabawa, zabawą określana przez tatę, chłopiec wolałby siedzieć w pokoju i czytać książeczki. Niestety jego tata nie pozwalał na takie marnowanie czasu. Te kilka chwil, poświęć na przygotowanie się do wyjścia, skoro masz wyjść o szóstej, punkt szósta, to zrób tak, aby swego planu nie popsuć. Lepiej być wcześniej niż później – mówił z powagą ojciec pouczając swego pierworodnego, po czym dodawał – ta zasada nie tyczy się cmentarza, ale żeby to zrozumieć musisz podrosnąć, uśmiechał się szarymi ustami, wyglądającymi jak rozprostowany spinacz.
Szósta wybiła. Sześć miarowych uderzeń uwolniło malca z nakazu dyscyplinującej umysł musztry. Wstał, podszedł do niego ojciec, położył mu zwyczajowo rękę na ramieniu i rzekł:
- Pamiętaj, Kazimierzu, nasze zaufanie idzie z tobą, nie zawiedź go. – Otworzył drzwi i wypchnął syna.
Odczekał czas niedługi i zwrócił się do żony:
- Podaj buty, ubieraj się. Idziemy za nim. – Żona spełniła jego rozkazy i nie więcej niż pięć minut później, szli za swoją pociechą, starając się pozostać niezauważonymi.
Idę sam, jestem już dorosły, bawił się w duchu nowym uczuciem. Malec we własnych oczach, urósł do rangi zdobywcy nieznanych kontynentów. Mimo tego, że znał miasteczko jak całkiem dobrze, dziś było dla niego jego własną Ameryką, kryjącą wiele nieznanych, kuszących i niebezpiecznych zakamarków.
W czasie swojego krótkiego życia uzbierał mu się pokaźny almanach dziecięcych pytań bez odpowiedzi, na które chciał samodzielnie znaleźć odpowiedzi. Co jest za rogiem poczty? Jeśli pójdę przez parczek, to czy dojdę do kościoła prędzej? Co ma w szopce, za sklepem, pan Stach? Te i wiele innych, nie mniej ważnych jednak pytań, mrowiło mu głowę.
Przechodząc obok gmachu szkoły dla dziewcząt, mógł spojrzeć na nią bez wstydu. Przyglądał się uczennicom z internatu, siedzącym na dziedzińcu szkoły. Gapił się na dziewczyny nie bez ciekawości. Podobały mu się, ich kształty przywodziły mu na myśl chałwę, słodką, lepką i lepiącą się do podniebienia. Oblekł buźkę w pokaźny uśmiech i stał jeszcze chwilę, ciesząc się z samej możliwości patrzenia podług własnego życzenia.
Waldemar wyciągnął z kieszeni malutki notesik i otworzył na stroniczce, u której nagłówka nakreślił gruby znak minus.
W zeszyciku z przytroczonym ołóweczkiem, znajdowały się także strony ze znakiem plus. Było ich po równo. Dziesięć karteczek z kreską poziomą i dziesięć z krzyżykiem.
- Zapisuję mu na minus, traci czas na podglądanie dziewcząt. – Zawyrokował ojciec, twarz mamy posmutniała.
Rozległ się bociani klekot. Kazimierz podniósł głowę i mrużąc oczy przed zachodzącym słońcem podziwiał parę biało-czarnych ptaków. Westchnął z radością nadchodzącej wiosny i poszedł dalej.
- Pomyłka, skreślam. Podziwiał przyrodę. Tego go uczę, obserwowania przyrody. Ma to na celu, nauczenie dziecka wyciągania wniosków w oparciu o zjawiska zachodzące w koło niego. Nic tak nie rozwija człowieka jak natura. – Skreślił adnotację, mama się rozchmurzyła nieporadnie.
Pod sklepem, na zatorzu, zebrała się elitarny „klub patyka”. Tak nazywał meneli ojciec Waldemar.
„Klub patyka” synu to jest taka mała, ale bardzo groźna społeczność, indoktrynował ojciec, to są życiowi nieudacznicy. Biedacy, głupki, lenie. Trzymaj się od nich z daleka, nie rozmawiaj z nimi, będą od ciebie chcieli wyłudzić kieszonkowe.
Przechodząc koło sklepu, Kazimierz zatrzymał się. Podszedł do wystawy. Kilkanaście kroków za nim, ukrywając się za ostatnim ze szpaleru kasztanem, ojciec notował w notesiku, na kartce oznaczonej minusem: zatrzymał się pod sklepem, podziwia wystawę, stoi blisko „patyczaków” naraża się na kontakt z nimi i „infekcję”.
- Mały, kopsnij miedziaka na szkło. – Kazimierzowi włosy zjeżyły się na głowie, nie wiele zrozumiał, ale się przestraszył brunatnego głosu.
- Co, proszę? – Odskoczył od sklepowego okna i zaciskając w kieszeni pieniążek na tacę, żwawym krokiem ruszył przed siebie.
Zuch chłopak, pomyślał ojciec i skreślił kolejną adnotację.
Dziecko z przerażeniem w oczach i z piętnem uciekiniera, szybko przebierało nogami. Nie boję się, nie boje się, przekonywał sam siebie. Samodzielna wyprawa straciła nimb romantycznej przygody. Na jego drodze stanęły chimery z nocnych koszmarów. Pijaki, nędznicy, nieudacznicy, tak często wyśmiewani przez ojca. Szkalowani i demonizowani, jako zagrożenie dla porządku społecznego, którego orędownikiem był jego protoplasta.
Pijany mężczyzna pod sklepem śmierdział alkoholem i cebulą.
Alkohol i cebula, synu, po tym poznasz wroga. Po tym poznasz, że trzeba albo walczyć, albo udać się w inną stronę. Jeśli siła przeciwnika jest przeważająca, nie wstyd uciekać. Pamiętaj, przestrzegał szkraba, bój się ich, są zdolni do wszystkiego, chcą tego co masz, ale nie chce im się na to zapracować.
Dopiero gdy sklep zniknął za zakrętem Kazimierz zwolnił. Przystanął na chwilę. Naprzeciwko niego szedł pan Paweł, z czarnym kundlem przy nodze. Mimo tego, że pies był łagodny jak baranek, dziecko bało się go panicznie. Zwierzę miało smoliste, brudne oczy, spojrzenie uśpionego szaleńca. W dodatku wabił się Mortus, sam dźwięk imienia, przywodził Kazimierzowi na myśl, cmentarz. Mały smyknął na drugą stronę ulicy, przywarł do gmachu poczty i z wielkimi ze strachu oczami czekał, aż pan z psem sobie pójdzie.
- Myślałem, że znów coś – powiedział Waldemar do żony – ale się myliłem. Chłopak ma łeb na karku, nie ma ten-tego, moja krew. W każdej sytuacji unika zagrożeń, przewiduje. Moja krew, moja szkoła. – Żona uśmiechnęła się blado, zaczęła męczyć ją ta misja specjalna, cały ten wychowawczy eksperyment męża, ale nie odzywała się, tak już się przyjęło, że to on mówi.
Zmęczenie odczuł też ich syn. Zjechał oparty plecami po ścianie i przykucnął. Zrobiło mu się słabo. Mama chciała ruszyć mu z pomocą, kierowana matczyną intuicją, ale mąż ją powstrzymał: – Nie bądź głupia, wyda się. Odpuściła z sercem pełnym poczucia winy.
Do kościoła droga była już niedaleka. Za kilka minut wejdzie do bezpiecznego wnętrza pachnącego mirrą, przepełnionego blaskami pozłacanego ołtarza, na którego szczycie dumnie rozpościera skrzydła złoty orzeł. Wiedziony obietnicą spokoju ducha znów przyśpieszył kroku. Jego czoło było rozpalone a oddech szybki. Pokonał ostatni zakręt koło starego domu kultury i wyszedł na prostą. Brukowany trakt prowadził na niewielki rynek przy ratuszu, zza którego, dumnie prężył swój tors gmach kościoła. Chłopcu zrobiło się lżej na duchu. Tę część miasta znał lepiej. Tutaj miał kilku kolegów, których czasem odwiedzał, po tej części miasta spacerował z mamą w sobotę czyniąc sprawunki. Często zachodzili do sklepu „U Boczka” gdzie pracowała ich sąsiadka Adelajda.
Widział ją już stąd, stała przed sklepem i paliła papierosa, obojętnie spoglądając na przechodniów. Kazimierz podbiegł do niej. Nie zauważyła go. Pochłonięta własnymi myślami zagapiła się w niebo. Przeszedł obok niej bez słowa. Lubił ją, ale wydawała mu się dziwna, ciągle ubierała się na czarno i rzadko się uśmiechała. Chłopczykowi wydawała się wróżką zaklętą w czerń, kimś zupełnie innym niż w rzeczywistości jawiła się mieszkańcom Poprawic.
- Gdzie pędzisz Kaziu? – zapytała gdy ten już stracił nadzieję na pogawędkę, która mogłaby rozpędzić niemiłe uczucie w dołku.
- Do kościoła, Adi. Dzisiaj idę sam, pierwszy raz, na pieszo. – Wyprostował się, gdy sobie uświadomił jakiego czynu dokonał.
Znów na twarzy dziecka pojawił się uśmiech. Przedchwilowe zmory i lęki odleciały. Adelajda wygięła wargi kącikami do góry, zeszła ze schodków by stanąć bliżej chłopca. Podała mu rękę:
- Gratuluję pierwszej inicjacji, mam nadzieję, że następne wypadną lepiej – i przeczesała spoconą grzyweczkę jego blond włosków.
- Muszę już iść, jest pół do siódmej, a muszę jeszcze pomóc proboszczowi.
- Tak, tak. – Powiedziała nobliwą ironią mędrca. – Pędź dziecinko, proboszcz nie może się pewnie już doczekać swego wiernego pomocnika. – Ton, jakim wypowiedziała ostatnie słowa, nie spodobał się Kazimierzowi, wydało mu się, że się z niego nabija.
Młoda ekspedientka zgasiła papierosa na podeszwie buta i miała zamiar wejść do sklepu, gdy, za prawym ramieniem, coś jej mignęło, jakieś dwie skulone postaci, w których chwilę później rozpoznała rodziców Kazimierza. Co za popaprańcy, pomyślała wzgardliwie, godni mieszkańcy tego miasta.
Ojcu nie spodobało się, to, że Kazimierz rozmawiał z tą „ladacznicą”. Żona zapytała kiedyś, dlaczego się tak o niej wyraża, ale nie dostała jednoznacznej odpowiedzi. Mąż bąkną coś o tym, że nieślubna, że dwadzieścia lat skończyła a nawet chłopaka nie ma, starając się ukryć osobistą urazę.
Waldemar chciał zanotować to w zajście w notesiku, ale nie było czasu. Syn zatrzymał się obok auta, stojącego na parkingu przed ratuszem. Rodzice skryli się za kioskiem. Waldemar nie mógł dojrzeć rejestracji, zasłaniał je inny samochód, ale był pewien, że auto nie należy do żadnego z mieszkańców.
- Może się pyta o drogę? – zapytał sam siebie.

4.

Kwietniowe słońce traciło rumieńce i z wolna przestawało interesować się tą częścią planety. Ernest zdrzemnął się w samochodzie. Było duszno, ale nie otwierał okna, w powietrzu unosił się dziwny błotnisto-trawiasty zapach butwiejących, okolicznych łąk, który go drażnił i zdawało mu się, że tylko jego. Cały ścierpnięty kręcił się w fotelu, coś go uwierało w krzyż. Uniósł się i zza paska wyciągną reklamówkę z ulotkami. Obejrzał ją ostrożnie. Stara, poszarpana z ledwo widocznym nadrukiem. Otworzył torbę i wyciągnął z niej papiery. Faktycznie, były to ulotki.
Wydruków były dwa rodzaje. Oba koszmarnie zaprojektowane.
Na pierwszym znajdował się żółto-niebieski napis Poprawice, przekreślony czerwoną kreską, a pod nią wielkimi literami napisano: zmieniamy nazwę „Nalewice”, przy czym, Nalewice było pogrubione i też na czerwono. Niezły pomysł, zauważył Ernest, niezły, tylko źle wykonany. Jak konspiracja, to konspiracja – powiedział sam do siebie uśmiechając się przy tym.
Druga ulotka, wyglądała trochę lepiej, nie zmieniało to jednak faktu, że daleko było jej do tych, które zdarzało mu się widzieć. Na dole umieszczono, pewnie ściągnięty z internetu gotowy klipart – nie uszło uwadze Ernesta, przedstawiających dwu mężczyzn. Jednego, od biedy można by było wziąć za księdza, a drugiego za „cywila”. Nad rysunkiem widniał czerwony napis: Burmistrz z Księdzem – dwa bratanki, piją wódkę z jednej szklanki. Obie broszurki podpisane przez Nadzieja Miasta.
Obie pomysłowe, pomyślał Ernest, ale wykonanie, fatalne. Przydałby się tutaj jakiś animator obywatelskiego nieposłuszeństwa. Zanim zdążył rozwinąć swoje plany, w koło niego zapanował ruch. Schował ulotki pod siedzenie i obserwował co się dzieje.
Ludzie wysiadali z samochodów i za rączki prowadzili gdzieś swoje pociechy. O co tu idzie, zastanawiał się Ernest. Opuścił szybę i zagadnął pierwszego lepszego srajtka:
- Co się tu dzieje, mały – spojrzał w twarz chłopca wyrażającą i przestraszenie i zdziwienie.
- Słucham? – zapytał zdezorientowany malec.
- Dokąd ta pielgrzymka, kolego?
- Do kościoła. – Udzielił mu rezolutnej odpowiedzi.
Zapytał chłopca czy wie, która może być godzina. Palec wskazał wierzę kościoła.
- Jak masz na imię chłopcze – z nudów zagadał małego, który wciąż stał przy jego samochodzie, ale chłopiec nie słyszał co do niego mówi kierowca, zagapił się na tylne siedzenie auta. – Hej, jak masz na imię, pytałem się?
Twarz dziecka zamieniła się w posągowe oblicze, albo nawet w maskę z teatru kabuki. Mężczyzna jeszcze raz zapytał brzdąca o imię i już chciał wysiąść żeby sprawdzić co jest z nim nie tak, ale w końcu zareagował:
- Mam na imię Kazimierz – odezwał się sylabizując prawie – syn Waldemara.
- No coś tak pobladł bratku?
- Co to jest? – i wskazał na czasopisma leżące na tylnej kanapie auta.
Ernest obejrzał się, z tyłu leżały czasopisma ezoteryczne, w których nie brakowało zdjęć roznegliżowanych elfic, wróżek i wampirycznych czarownic.
- Toś mnie przyłapał, kolego. To gazetki dla chłopców, którzy, tak jak ja, nie mają żony ani dziewczyny. A te panie, bardzo miłe zresztą, mi i takim jak, ja pomagają przezwyciężyć samotność, a przy tym są bardzo mądre.
- Aha… – nie był w stanie więcej wydusić z siebie Kazimierz.
- Słuchaj Kaziu, czy ty znasz może faceta… Jesteś z Poprawic?
- Tak, jestem, mieszkam tu od urodzenia – odpowiadał nie spuszczając wzroku z piersi Eulalii, smukłej elficy, naprężającej łuk na okładce jednego z magazynów.
- Czy znasz może – Ernestowi nazwisko jego ojca nie chciało przejść przez gardło – Ryszarda Kozła?
Zanim Kaziu odpowiedział, musiał się chwilę zastanowić, ale Eulalia puszczała do niego oko i wkradała się w rejony mózgu, w których do tej pory, nic się jeszcze świadomie nie uprawiało. Elektryczne wyładowania na powierzchni kory mózgowej, w magiczny sposób powodowały u Kazia mięknięcie kolan, już mu się nie chciało iść do kościoła.
- Moja mama ma na imię Eulalia – powiedział cicho.
- Czy ta pani to twoja mamusia? – Ernest ugryzł się w język, zdając sobie sprawę z tego, że chłopca nie powinno się pytać o matkę, gdy przeżywa swój pierwszy raz z nagą dziewczyną.
- Nie, nie – przeczył stanowczo gorejącą głową – moja mama nie ma takich – i tu rękoma zademonstrował jak wygląda biust Eulalii, gestem przechodzący z mężczyzny na mężczyznę jako element pamięci gatunkowej.
- Cycków nie ma takich.
- Tak. Piersi – poprawił kierowcę.
- To może mi powiesz, czy znasz Ryszarda Kozła – Ernest się niecierpliwił.
- Proboszcz. Ksiądz proboszcz się tak nazywa – Kazimierz oddalał się jak dziecko we mgle. W spodenkach poczuł dziwne mrowienie a w głowie mu huczało. – Muszę już iść.
Jak miał zareagować na taką wiadomość? Siedział osłupiały, nie wiedział co myśleć. Będąc dzieckiem, ale i później też, wyobrażał sobie swojego ojca jako postać mityczną, heroiczną. Walecznego żołnierza, bohatera, lotnika, kosmonautę, w najgorszym razie strażaka. Człowieka będącego ucieleśnieniem wszystkich męskich przymiotów, z których mężczyźni mogą być dumni. Później gdy dorastał, te przymioty nie stanowiły dla niego żadnej wartości, celnie zdyskredytowane, przez mężczyzn go otaczających. Dlatego zaczął budować w sobie obraz ojca-rewolucjonisty, ojca-konspiratora, w końcu ojca-zamachowca. Mama zadbała o to by od kościoła znajdował się jak najdalej w obawie przed skręceniem karku dziecinnej wrażliwości. A tu masz! Ojciec-ksiądz, gorzej ojciec-proboszcz. Czyżby mama nie wiedziała o tym, zastanawiał się, musiała wiedzieć, stąd jej niechęć do kleru i kościoła, pomyślał. Ale pytania jakie sobie zadawał i odpowiedzi, których sobie udzielał, nie zmniejszyły szoku.
Siedział tak, w niezmienionej pozycji, długi czas. Z otępienia wyrwało go puknięcie w szybę. Podniósł na pół otwarte oczy i spojrzał na osobnika stojącego tuż przy jego aucie.
Facet był niewielkiego wzrostu, łysiejący na czubku głowy, gładko ogolony z nalanym karkiem. Ubrany w oliwkową koszulę i spodnie khaki, co miał na nogach, nie widział. Jak później się okazało były to rzemykowe sandały, co wcale nie wzbudziło w Erneście jakiejś specjalnej sympatii.
Twarz człowieka, będącego prawdopodobnie Ryszardem Kozłem, jego ojcem, nie miała wyrazu, nie nosiła znaku jakiegokolwiek wysiłku, była jak bita piana, jak surowe drożdżowe ciasto, można z niej było zrobić co się tylko zechciało.
- Ty napisałeś list? – padło pytanie jak z strzelby.
Ernest uchylił okno:
- Co?
- Czy to ty napisałeś list. – Głos pytającego można było podciągnąć pod kategorię „odpowiadaj albo zginiesz marnie”, to był głos oficera policji nieprzyjemnej.
- Tak, ja – Ernest, wciąż był w amoku, nie wiedział co mówi, nie wiedział gdzie jest, nie wiedział co się dzieje i jak ma się zachować. Bardzo szybko uświadomił sobie jednak, że cała sytuacja jest dla niego bardzo nieprzyjemna, a mama nauczyła go tego, że takich sytuacji się unika. Dlaczego więc w ogóle wyruszył na poszukiwanie ojca? Co go tego skłoniło? Teraz nie miał czasu o tym myśleć. Oto, prawdopodobnie odnalazł, tego, którego szukał i musi sobie radzić.
- Przejedziemy się – zakomenderował proboszcz – powiem ci jak jechać, ruszaj.
Auto zatrzymało się na wzniesieniu. U jego podnóża usytuowany był stary przedwojenny amfiteatr pamiętający język przedstawień rodem zza zachodniej granicy. Słońce już kładło się do snu i znikało w tafli jeziora. Jak ciastko w herbacie moczyło się słońce, barwiąc taflę na kolor pomarańczowej galaretki, gdzie ja to czytałem, zastanawiał się Ernest, chyba zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, co się dzieje. Cały jego trzeźwy od wielu lat umysł, uchlał się w sztok i nie zaprosił swojego właściciela na zabawę.
Usiedli na kamiennej podstawie sceny. Ernest zszedł i usiadł, nie zwracał uwagi na to co robi proboszcz. Ksiądz usiadł obok niego. Nie naprzeciwko, właśnie obok, w ten sposób mogli mówić do siebie nie patrząc sobie w oczy. Teraz wyglądali jak ojciec i syn, jak familijny obrazek z serialu.
- Gdzie jest twoja sutanna – zapytał Ernest bez ogródek.
- Skąd wiesz? – głos księdza skręcił się jak robal w soku cytrynowym.
- Powiedział mi – tu przypomniał sobie małego szkraba zauroczonego, widokiem rączej Eulalii i jej walorami – powiedział mi Kazimierz, syn Waldemara.
- To ci gówniarz – syknął pod nosem duchowny. – Nie jestem twoim ojcem.
- Można zrobić badania – wracał mu temperament, mężczyzna spojrzał na domniemanego ojca i uczuł wyższość nad nim, to w końcu on przechlapał sprawę.
- Musiałbym się zgodzić.
- Chyba, że sąd uzna moją rację. – Wymiana zdań była sucha i ostra jak mielony pieprz.
- Nieźle sobie pogrywasz – w głosie księdza nie było śladu przejęcia, żadnej emocji.
- Uznasz mnie? – W końcu musiał zadać to pytanie, po to tu przyjechał, mieć ojca. Ksiądz? Niech będzie ksiądz, myślał, każdy raz w życiu powinien mieć ojca.
- Chyba zdurniałeś synu.
Słońce już zaszło, długie cienie jak spiczaste ostrza, schowały się w pochwie szarości. Bylili sami. Od jeziora nadciągała mgła. Duszna jej ręka chwytała za gardło i czoło malowała rosą. Proboszcz był wyraźnie zniecierpliwiony. Ernest zastanawiał się gdzie mu się śpieszy, na kolację, czy może do kochanki, a może jedno i drugie? Brzydził się stereotypami, ale tym razem pozwolił sobie pofolgować.
- Synu? Czyli co?
- Tak zwracam się do swoich wiernych – sucho usprawiedliwił się klecha.
- Nie jestem twoim wierny, i nie przypuszczam, że masz jakichkolwiek wiernych, jeśli już, to chyba on – wskazał palcem niebo.
- Czego chcesz? – padł kolejny strzał pytania.
Zrobiło się chłodno i Ernest trochę podrygiwał. Temperatura spadła jak spódnica z bieliźnianego szura, porwana nagłym podmuchem wiatru. Duchowny, starał się wyglądać przynajmniej na nieporuszonego, siedział prosto jak indiański wódz. Sztywny, niewzruszony i dumny.
Głupio wygląda w takiej pozycji, jak ambitny szeregowiec, pomyślał Ernest. Poczuł nagłą wesołość. Wyobraził sobie jak wiele musi kosztować księdza proboszcza ta cała sytuacja.
- Nie wiem. A czego ja mogę chcieć?
Grymas wściekłości drasnął twarz duchownego. Jego syn poczuł triumf, stał się panem sytuacji. Wezbrała w nim radość z osiągniętego sukcesu. „Nic nie było, nic nie było widać” zakrzyczał w duchu mały Erneścik z majtasami w ręku.
Jak daleko może się posunąć ten, nie mógł znaleźć określenia na mężczyznę siedzącego obok niego, podającego się za jego syna, ten, ten, nicpoń, wymyślił w końcu? Ile może zażądać?
- Po co, w takim razie przyjechałeś?
- Też nie wiem. Może dlatego, żeby usłyszeć opowieść o tym jak się stałem członkiem tego świata? – Naprawdę nie wiedział teraz, w jakim celu przyjechał. Przestało go interesować to, co teraz stanie. Zaczął myśleć o tej miłej i dziwnej dziewczynie ze sklepu, o jej dziwny zachowaniu i tym, że mu się ono spodobało. Sytuacja diametralnie się różniła o tej, którą wizualizował sobie pod prysznicem. Doszło do tego, że rzeczywistość, w tak dużym stopniu nie współgrała z jego wewnętrznym wyobrażeniem o niej, że przestała istnieć, straciła podstawowy walor bycia.
- Twoja matka nie żyje? – zapytał proboszcz przerywając milczenie.
- Napisałem w liście.
- Miała ładny pogrzeb? – Ernestowi pytanie wydało się tak bezsensowne, że postanowił na nie odpowiedzieć.
- Piękny, bez księdza.
- Samobójczyni – to nie było pytanie, to było stwierdzenie, za którym kryło się pyszne przekonanie, że to przez niego. Mimo że był księdzem, hołubił w sobie obraz siebie, romantycznego kochanka, znikającego zaraz po wspaniałym orgazmie, wołany jakimś niebezpiecznym hejnałem.
- Nie, własny wybór – hejnał zagłuszył podłożony śmiech publiczności.
- Słuchaj, nie mam czasu…
- Opowiedz jak to było, możesz skrócić, jeśli ci śpieszno do twojego stadła. – Ksiądz puścił mimo uszu obelgę ukrytą w ostatnim słowie, nie chciał przeciągać.
- Poznaliśmy się w tramwaju, nie miałem na sobie komży. Byłem w seminarium, maiłem wuja biskupa, moja kariera zapowiadała się naprawdę dobrze. Ile to ja miałem lat? Dwadzieścia jeden. Młodość jednak wzięła górę nad powołaniem. Zaczęliśmy się spotykać. Wuj się dowiedział. Przenieśli mnie dla mojego bezpieczeństwa…
- Jesteś tutaj proboszczem, nie wiele ci wuj pomógł – zauważył z satysfakcją Ernest. – Jak tu trafiłeś.
- Chciałem odszukać Marię Magdalenę, wyjaśnić jej. Tak po nitce do kłębka. Wuj oponował, ale zmusiłem go do tego, przeniósł mnie tutaj. – Słowa księdza był płaskie jak chodnikowe płytki, nierówno poukładane. Zdania łamały się, nie chciały mu wydźwięczeć, jego struny głosowe przyzwyczajone do głoszenia kazań, odmawiały mu posłuszeństwa podczas tej rozmowy.
- Ale jej tu nie było, uciekła, nie mogła wrócić do Poprawic z brzuchem. Zostawiłeś ją samą z dzieckiem, skazałeś na banicję, jak jakiś król. Równie dobrze mogłeś podłożyć pod nią ogień, bo ona spalała się całe życie, żeby mnie utrzymać i wychować. A ty? Siedziałeś sobie tutaj, na miłej posadce proboszcza i obżerałeś się batonikami zza granicy, gdy my nie mieliśmy nic. – W tej chwili Ernestowi stanęło przed oczami życie jego matki, zrobiło mu się wstyd uświadomiwszy sobie ile on sam przysporzył jej cierpień i zmartwień. Poczuł nagłą żałość, jedna łza spłynęła po jego poliku, gdy przypomniał sobie jeden wieczór.
Wszedł do matczynej sypialni, siedziała skulona na tapczanie, nachylona nad kaloryferem. W rogu świeciła się niewielka lampka, słabo ją oświetlając. Matka siedział tyłem do wejścia. Zobaczył jej zgarbione i samotne plecy. Plecy nie znające kojącego dotyku miłości, plecy skrzywione ciągłym pochylaniem się, nieustannym proszeniem. Zamknął drzwi. Wrócił do swojego pokoju i płakał całą noc. Rano matka była jak zawsze uśmiechnięta, podała mu śniadanie, ale on już wiedział jaki ono ma smak i jaki ciężar. Nie zapomniał tego obrazu do tej pory, obraz pod tytułem samotność.
Spojrzał na człowieka siedzącego obok niego. Ich kolana prawie się stykały, dzieliło ich tak niewiele, a tak wiele. Była w nim złość chłostająca pęczniejący wrzód zemsty, za te zgarbione plecy za tą samotność. Chciał się odezwać, ale ojciec go wyprzedził.
- Twoja matka chciała się ze mną ożenić, złamała by mi życie. Chciałem być księdzem, byłem do tego powołany.
- Przez kogo? Boga, czy wuja biskupa? – Udało mu się wycelować jeden złośliwy strzał. Chciał wkurzyć go chociaż, wzbudzić w nim, jeśli nie poczucie odpowiedzialności, to chociaż poczucie winy. Niestety strzał był celny, ale pocisk słaby, roztrzaskał się o pancerz ignorancji i jakby nie było, czasu.
- Już?
- Co już?
- Chcesz coś jeszcze wiedzieć?
- Spotkaj się ze mną jutro, o tej samej porze. Muszę wszystko przemyśleć.
- Dobrze. Teraz mnie odwieź. Nic nikomu nie mów.
Ksiądz wspinał się powoli w stronę samochodu. Ernest wstał i patrzał na jego postać.
- Powiedz mi jedno? – Krzyknął prawie.
- Czego, chcesz?
- Czy ja jestem synem bożym, w takim razie?

5.

Mimo tego, że kwiecień tego roku był wyjątkowo ciepły, gorący nawet wieczory jednak przypominały ludziom, że zima jeszcze nie całkiem zeszła, zgon jeszcze nie nastąpił choć w zbiorowej świadomości już ją pochowano.
Niewidomy mężczyzna, obstukujący rzeczywistość białą laską, szedł powoli w kierunku Ernesta siedzącego na ławce w na niewielkim skwerku. Po spotkani z ojcem, wciąż nie mógł wrócić do siebie.
Myśli pojawiały się i znikały nie pozostawiając po sobie śladu, jak ptaki na niebie. W końcu przestał myśleć. próbował coś przeczytać z broszury, którą przywiózł wraz z sobą, ale ściemniło się już na tyle, że stało się to niemożliwe. Światłem latarni bawił się złośliwy chochlik, gasząc je gdy Ernest otwierał książeczkę, a zapalał gdy ją zamykał.
Budynek ratusza, oświetlony od dołu wielkimi halogenami, marnował prąd. Nie jest aż tak piękny, pomyślał Ernest. Chwilę potem zauważył ślepca, okutanego w dużą ilość szmat. Przestał zawracać sobie nim głowę. Wspomniał uśmiech Adelajdy i wyobrażał sobie, co zrobiłby gdyby ją dziś jeszcze spotkał. Zegar na ościelnej wierzy, raczej mu tego nie wróżył.
Człowiek z laską przysiadł koło nieznajomego. Próbował wyciągnąć papierosa z paczki ręką osnutą w grubą rękawice narciarską.
- Pomogę panu – wyciągnął z garści ślepca paczkę papierosów i wrzucił ją do kosza.
- Co ty zrobiłeś?
- Nic pani Adelajdo, ratuję pani życie. – Uśmiechnął się do wielkich czarnych okularów. – Dziwne zwyczaje panują w Poprawicach – i zaczął się śmiać.
Zdemaskowana dziewczyna ściągnęła okulary i spojrzała na niego wnikliwie.
- Skąd wiedziałeś?
- Pachniesz tak samo. – Udał, że się nią nie interesuje i otworzył książkę. Lampa zgasła. – Cholera, czy w waszym mieście nie wolno czytać?
Wyrwała mu książkę z ręki i spojrzała na tytuł.
- Designing the future, Fresco – nie! – Wrzuciła broszurę do kosza.
- Najważniejsze, to nie przywiązywać się do rzeczy.
Młody mężczyzna i młodziutka kobieta na ławce w zimną kwietniową noc. Obje wiedzieli, że siedzą na tej ławce nie bez przyczyny. Milczeli. Miasteczko przykryło się kołdrą i głośno chrapało, zmęczone pełnym zajęć dniem. W tej niesprzyjającej amorom atmosferze narodziła się intymność, której oboje do tej pory nie znali. Intymność milczenia, jedność bez słów, komuna oddechów. Powrót do natury dialogu – milczenia.
Puste ulice wiały bezpieczeństwem, nikt się nie kręcił, nie szwendał, bezdomne psy i koty umówiły się w zakamarkach mieściny na nocne pogaduchy i lizanie ran. Powietrze zaostrzyło krawędzie i wykrajało z płuc drobne obłoczki pary.
- Jak się nazywasz – zapytała Adelajda.
- Teraz nie wiem. Do tej pory nazywałem się Ernest – czknął – Gwara, ale teraz już nie wiem. Może Kozioł? – Zamyślił się. Ernest Kozioł, nie podobało mu się to.
- Jak nasz proboszcz – zauważyła dziewczyna. W jej głowie błysnęła myśl, ale odrzuciła ją jako niedorzeczną.
- To mój ojciec.
- Pierdzielisz! – Adelajda nie była zszokowana, raczej rozbawiona. – Ale jajca.
- Mówię prawdę. Tatuś nie chce się do mnie przyznać. Myślę, że zejdzie mu na tym… nieprędko… Zabronił mi o tym mówić. – Rozmowa potoczyła się dalej, Ernest opowiedział swoją historię Adi, która stwierdziła, że woli jak tak się na nią mówi, gdyż Adelajda kojarzy jej się z tasiemcowym serialem, nie ukrywała zaskoczenia.
Mówili ze sobą z pozoru chaotycznie, opowiadając sobie różne zajścia ze swojego życia. Adi skarżyła się na życie w Poprawicach, na jej tu skazanie.
Jej matka była chora, i jako najmłodsza musiała się nią opiekować. Jej starsi bracia udali się do miast na studia, dla niej zabrakło pieniędzy. I tak byś wyleciała po pierwszym semestrze, mówiła jej matka, a ja potrzebuję opieki i pieniędzy na lekarstwa. Dziewczynie nie brakowało odwagi, nie raz uciekała z domu w poszukiwaniu własnego świata, własnej rzeczywistości Mimo tego wracała jednak, zmuszona sytuacją, głodem, brakiem dachu nad głową. Często sobie wymawiała to, że jest za słaba, na to żeby żyć po swojemu. Brzydziła się pracą, uważała, że to niegodne człowieka, wolnego człowieka, stworzonego do zupełnie innych celów niż praca w sklepie.
Ernestowi spodobało się to co mówiła, były to przemyślenia bliskie jego patrzeniu na świat. Sam zajmował się wszystkim, byle nie pracą. Jakoś udawało mu się utrzymać przy życiu mimo tego, że nie pracował zarobkowo od kilku lat.
- Jaki ci się to udaje – pytała z nieukrywaną i dość naiwną ciekawością. Możliwość takiego życia pociągała ją bardzo, nawet gdyby miały być to tylko przechwałki Ernesta, chciała posłuchać, jak małe dziecko zawsze skore do słuchania niestworzonych opowieści.
- Na początku pracowałem w fabryce. Związki zawodowe, socjalizm itd. Walka o prawa pracownicze, rozumiesz, lepsza przyszłość dla mas pracujących. Ale później się załamałem. Aktywizm okazał się zdradliwy. Wyrzucili mnie z pracy, zaskarżyłem fabrykę do sądu. Sprawa ciągnęła się. Na początku żyłem jeszcze za swoje oszczędności. Miałem konto w banku i takie tam pierdoły. Wiesz, bezpieczeństwo materialne stanowi o twoim poczuciu bezpieczeństwa ogólnego. Mieszkanie, samochód, karty kredytowe i niezły debet. Pieniądze się skończyły, zaczęły się długi a ja wciąż walczyłem o przywrócenie mnie do pracy i wypłacenie zaległych wynagrodzeń oraz pokrycie strat jakie poniosłem w czasie zwolnienia. Takie tam. Chyba cię nudzę – zmartwił się widząc, że dziewczyna nie słucha go i patrzy w inną stronę.
- Nie, słucham, tylko zobacz – wskazała palcem koniec drogi ginącej za zakrętem – tam ktoś idzie. To dziecko.
- Skąd wiesz? – Ernesta ciężko byłoby nazwać „sokolim okiem”, próbował przecierać oczy, ale i tak oprócz palmy na końcu świetlnego tunelu, nie widział nic. Pewnie to wina czytania pod kołdrą, uśmiechnął się w duchu na to duszno-przygodowe wspomnienie.
- Po wzroście. – Ironicznie odpowiedziała Adi.
Gdy chłopiec zbliżył się na odległość kilkunastu metrów, Adi rozpoznała w nim Kazia, a Ernest dziecko.
- Kazimierz, syn Waldemara! – Zawołała go. – Uciekłeś z domu? Co tu robisz o tej porze? – Adi była bardzo zdziwiona, temu chłopcu wolno było niewiele, jedyne na co mu pozwalano to chodzić do kościoła i do szkoły.
- Szukam tego pana. –Wskazał Ernesta i spojrzał na jej ubranie. – Co ci się stało Adi, pies cię pogryzł?
- Nie – zaśmiała się dziewczyna – wyszłam na podryw. Myślałam, że trafi mi się coś, jak ślepej kurze ziarno. – Czemu szukasz Ernesta? – Zmieniła ton i zapytała z niepokojem.
- Tobie nie mogę powiedzieć. – Podszedł do mężczyzny i chwycił go za rękę. Odszedł z nim na druga ławkę. Adi wygrzebała paczkę papierosów ze śmietnika i zapaliła. Wyjęła z niego również jakiś karteluszek i przy sprzyjającym świetle starała się odczytać.
Chłopiec i mężczyzna siedzieli obok siebie, bardzo blisko. Mały szeptał coś mu na ucho, Ernest nie poruszał się, słuchał w skupieniu. W pewnym momencie się roześmiał i rzekł:
- Dobrze, przyjdź do mnie jutro pod kościół, dam ci. – Poklepał małego po ramieniu i chciał wstać.
- Lepiej dzisiaj, jutro nie.
- Masz tu kluczyki. Tam stoi moje auto. Idź sobie weź. – Malec pobiegł do auta, Ernest wrócił do Adi.
- Dziwne dziecko.
- Co chciał?
- Mam w samochodzie taki magazyn o dziwnych rzeczach, ufo, sprawy paranormalne i takie tam, ilustrowane, z półnagimi boginiami. Szedł dziś do kościoła, jak czekałem na ojca, zagadałem go, zobaczył na tylnym siedzeniu. Widać piersi elficy nie dały mu spać. – Ogarnęło go nagłe skrępowanie. Dawno nie rozmawiał z kobietą, a ta, tutaj, bardzo mu się podoba, a on plecie trzy po trzy, budując swój nie najlepszy obraz.
- Musisz być bardzo samotny – dziewczyna roześmiała się szczerze .
Z gazetą pod pazuchą, podbiegł do nich Kaziu. Ucałował Ernesta na pożegnanie i z wdzięczności i bardzo śpiesznym krokiem poszedł w dół ulicy. Skręcił za róg, zza którego po chwili wyjechało auto jego ojca.
- To był jego ojciec – zauważyła dziewczyna.
- Może to dla wstydliwego taty? – Adelajda nie uśmiechnęła się, wręcz przeciwnie, co raz mniej jej się to podobało..
- To bardzo dziwne. Jego ojciec mógłby być przywódcą zakapturzonego zakonu. Odkąd przyjechałeś dzieją się w mieście dziwne rzeczy – spojrzała na niego, jego twarz była bardzo blisko. – Co robisz?
- Jedno ucho ci odstaje – chciał odsłonić jej włosy aby przyjrzeć się dokładniej – drugie też?
- Adi naciągnęła kaptur na głowę i posmutniała. Przypomniała się jej szkoła. Ojciec obcinał dzieci w domu, nie zważając na to czy chłopak, czy dziewczyna, ciął jednakowo. A że męskie fryzury nie wymagają wielkiego kunsztu, obcinał na „chłopaka”, jak leci. Wyśmiewano się z niej i nazywano „Plastusiem” albo „gumowe ucho”. Nienawidziła tego ucha, kiedyś nawet, gdy była już starsza, za uchem umieściła kolczyk, w uchu drugi i połączyła je łańcuszkiem, przez jakiś czas miała spokój, ale wdało się zakażenie i musiała wrócić do poprzedniego stanu małżowiny. Później zapuściła włosy, z czasem zapomniała o tym.
- Masz coś z garem, chłopie – wstała i chciała odejść. Chwycił ją za rękę i posadził na ławce. Włożył jej coś w rękawiczkę i zacisnął pięść.
- Na mnie mówili w podstawówce „wampir” – światło lampy padało zza jego pleców, twarz tonęła w cieniu.
W dłoni znajdowała się częściowa sztuczna szczęka. Przednie zęby na plastykowym mocowaniu.
- Co tam masz? – Wyciągnął zwitek papieru z jej drugirj ręki nie zwracając uwagi na jej zdziwienie.
- Ulotkę. Nie wiem czy wiesz, ale mamy najdłużej urzędującego burmistrza w historii kraju, dwanaście lat. – Wręczyła mu ulotkę.
- Widziałem już dwie, ale takiej jeszcze nie, też ciekawa. Pomysły dobre, realizacja słaba. Wiesz kto to robi? – Spojrzał jej w oczy, każdy pretekst był dobry. Mimo swego dość odważnego życia, wobec kobiet był nieśmiały.
- Nikt tego nie wie, gdyby oni wiedzieli, myślę, że ten ktoś miałby kłopoty. – Na chwilę umilkła, i zastanawiała się gdzie mógł widzieć inne ulotki. – Burmistrz, proboszcz i komendant, są jak pale wbite w ziemię, nabijają się z nas i są nie do ruszenia. Po co przyjechałeś? – Zapytała z przestrachem kogoś, kto bardzo chce zmian, ale panicznie się boi podjąć działanie, w obawie, że coś się może naprawdę zmienić.
- Chcę obalić triumwirat. – Zaśmiał się serdecznie.
- Masz coś z garem chłopie – i oddała mu siekacze. – Dokończ mi o sobie, to co mówiłeś wcześniej, zanim przyszedł Kaziu. – Chciała wrócić do tego co było wcześniej, to tego miłego uczucia, że jednak wszystko jest możliwe.
- Z fabryką nie wygrałem, to znaczy nie wiem, czy wygrałem. Przestałem przychodzić na rozprawy, pewnie umorzyli. Zastanawiałem się co mogę robić. Latem jeździłem na ogórki za zachodnią granicę, zimę spędzałem w cieplejszym kraju pomagając paść owce. I wtedy, na jakiejś hali dotarło do mnie. Panował taki spokój, zwierzęta skubały trawę, pies spał u mego boku. Poczułem rytm. Nie umiem tego wytłumaczyć. Rytm ziemi, tak to nazwałem wtedy, nie wiedząc nawet, że taki istnieje.
- Nie bardzo rozumiem – przyznała Adi. Nie wiedziała jak się to ma do życia, do codzienności.
- Jeśli wyobrazisz sobie świat, naturę, człowieka i kosmos, jako jedność, jako coś od czego nas oderwano, to zrozumiesz, że szczęście nie mieszka w czymś, w jakiś konkretnych sytuacjach, w rzeczach, czy nawet w innych ludziach. Szczęście jest w tej jedności z kosmosem, naturą z wszystkimi ludźmi. Gdy czujesz ten rytm, wiesz wtedy co to jest natura człowieka. To co się nazywa w naszej cywilizacji naturą człowieka, jego preferencje seksualne, upodobania, że homo to źle, że jak nie jesz mięsa to nieludzkie itd. to nie ma nic wspólnego z naturą człowieka. Boje się to powiedzieć, bo ludzie różnie reagują, ale uważam… wiem, czuję, że człowieka natura jest boska i wszystko co ludzkie, powinno być jej obce. – Wypuścił powietrze tworząc obłoczek. – Widzisz, to jest para, ma taki a nie inny kształt. To jest życie człowieka, wydaje ci się, że nie można zmienić jej kształtu, ale popatrz – ruszył ręką, chcąc uzyskać odpowiedni efekt, ale chmurka wilgoci spadła na ziemię drobinkami lodu.
- Nie kumam, szczerze powiedziawszy, to znaczy rozumiem co do mnie mówisz, ale o co chodzi z tym obłoczkiem – Adi zdawała się zniecierpliwiona, wiedziała, że jest blisko zrozumienia czegoś, czego nie potrafiła nigdy nazwać, a co przeczuwała od zawsze.
- Poprosił ją żeby zapaliła papierosa i zapytał, czy umie puszczać kółka.
- Jasne – zrobiła to o co poprosił.
- To jest kółko z dymu, może być z dymu – nie pasowało mu to do jego świętej idei, ale zgodnie z własnym przekonaniem, że nie ma co robić problemu z nie-problemu, mówił dalej – machnę ręką, i co się dzieje?
- Zniszczyłeś kółko. – odpowiedziała rezolutnie.
- Zniszczyłem? A może tylko je zmieniłem w nie-kółko. Dlaczego powiedziałaś, że zniszczyłem?
- Było kółko nie ma kółka, zniszczyłeś je, proste.
- Bardzo jesteśmy przywiązaniu do pewnych kształtów rzeczywistości – zamyślił się chwilę, myśląc jak jej nie zrazić, jak nie wpaść w mentorski to, co mu się często zdarzało. Tak często bywał ze swoimi myślami sam na sam, że czasami nie potrafił ich zwerbalizować. – Kółko zmieniłem w jakąś bardziej skomplikowaną marę, ciężką do opisania, zrobiłem to jednym ruchem ręki. Czasami naprawdę niewiele trzeba by coś zmienić. Większość ludzi boi się wykonać jakikolwiek ruch, żeby nie zniszczyć kółka, żeby nie powstało coś czego nie będą umieli opisać, nazwać. To jest strach przed nizanym…
Zegar wybił północ. Obudził ich oboje.
- Oto wymysł papieski, zegar. Pełna kontrola stadła, tik-tak, bim-bam-bom, panie Janie, Panie Janie, niech pan wstanie. Muszę się położyć – powiedziała Adelajda i zaczęła się zbierać w sobie żeby odejść.
- Szkoda, może spotkamy się jutro? – Chciał ją jeszcze zatrzymać.
- Pracuję jutro do dwudziestej trzeciej, będziesz tu? – w jej głosie skrywała się nadzieja na to, że jeszcze nie wyjedzie. – Muszę się teraz kimnąć, przetransformować kilka kółek – uśmiechnęła się.
- Powiedz mi jeszcze coś. – Dziewczyna wciąż stała tyłem do niego.
- Co?
- Wierzysz, że można kochać wszystkich, bez wyjątku. Wszystkich ludzi…
- Tych z Poprawic też? – zapytała odwrócona plecami.
- Też.
- Nie! – Nie postawiła dwu kroków, gdy zatrzymał ją i zapytał jeszcze o jedną rzecz:
- Czemu jesteś pełna nienawiści?
Adelajda była już zmęczona i coraz mniej jej się podobało to filozofowanie. Takie pogaduchy są dobre w sobotni wieczór przy piwie i blancie, a nie wtedy gdy mam jutro do roboty, myślała. Jej zmienna natura miała tę zaletę, że nigdy zbyt długo nie utrzymywała się w jednym stanie.
- Nie wiem, co mam ci odpowiedzieć. Nienawidzę tego miasta za to, że mnie tu więzi. – Rozejrzała się dookoła szukając potwierdzenia tego co mówi w przestrzeni otaczającej ich, ale, niestety, na jej nieszczęście, nigdzie nie widzieli, dybów, łańcuchów czy krat.
- Więzisz się tu – dotknął jej czoła palcem wskazującym. – Odprowadzę cię.
- Nie trzeba. – Odwróciła się i za parę chwil zniknęła w tunelu ze światła.
Ernest był zadowolony z rozmowy, ze spotkania. Jeśli nie odnajdę ojca, to przynajmniej znalazłem bratnią duszę, pomyślał i wstał z ławki. Pożegnali się w siąpiącym przykro deszczu, ona poszła w jedną stronę, od w drugą. Mgła rozstępowała się przed nimi pozwalając widzieć jaśniej.

6.

- Panowie chyba mnie z kimś pomylili – starał się oponować Ernest, gdy dwóch funkcjonariuszy zakuwało go w kajdanki.
- Zamknij ryj, bo ci przypierdolę – ryknął mu do ucha osiłek w mundurze.
- Mundur nosisz tylko nocą, bandyto – wrzasnął na niego aresztant.
- Nazwisko? Imię? Data urodzenia? – serię krótkich pytań wystrzelił głos zza jego pleców.
Odpowiedział mechanicznie, jakby nie pierwszy raz słyszał takie pytania, chciał mieć z głowy formalności. Od siebie dodał: imię i nazwisko ojca, nie znane, matka z domu Gwara.
Przydybali go pod motelem. Bez słowa jeden wykręcił mu rękę, a drugi założył obrączki. To nie był pierwszy raz z mundurowymi. Miał już wcześniej nieprzyjemność ich spotkać, zapoznać się z metodami prewencji, nie do końca zgodnymi z wartościami demokratycznymi.
Od wczesnej młodości chadzał z matka na manifestacje, pikiety, solidaryzować się ze strajkującymi robotnikami i pielęgniarkami. Nigdzie jak tu, dowiesz się synku,mawiała mama, co to jest państwo, co to jest demokracja. Także Ernest miał niejaki pogląd jak się w takich sytuacjach zachowywać. Można prowokować, ale trzeba wiedzieć kiedy przestać, bez zębów można mówić, ale seplenienie nie jest uwodzicielskim atrybutem, żartowała sobie często mama.
- Chciałbym wiedzieć, o co chodzi? Co zrobiłem? – starał się mówić w miarę spokojnie, bez pospiechu i nerwów, notując w głowie kolejne paragrafy łamane przez stróżów porządku.
- Posiadanie narkotyków…
- Jakich narkotyków?
- Takich – ten który go przyciskał twarzą do muru motelu, wyciągnął z kieszeni paczuszkę z białym proszkiem i pomachał mu przed nosem.
- Nie chcę wiedzieć skąd to macie – dobiegł głos zza pleców oprawców.
Twarz go paliła, mur był szorstki. Nie potrzebował peelingu, funkcjonariusze widocznie uważali inaczej. Z polików ciekła krew. Odwrócili go twarzą do siebie. Dostał cios w brzuch i w plot słoneczny. Upadł na kolana. W jednym przeskoczyła mu rzepka i z bólu przewrócił się na bok. Kopniak w szczękę wyłuskał z niej zęby.
- Widzę, że już miałeś do czynienia z nami. Nie my pierwsi liczymy ci kostki – powiedział mężczyzna w cywilu podnosząc jego sztuczną szczękę.
- Czego chcecie? – zapytał ciężko dysząc Ernest.
- Panie burmistrzu, co teraz z nim? – Podnieśli go i podtrzymywali, żeby nie upadł.
- Zawieźcie go na komisariat. I zamknijcie w piwnicy. Samochód odwieźcie do warsztatu, no tego, kurwa, jak mu tam, do szwagra Jabłońskiego – rozkazał burmistrz i wsiadł do samochodu.
Mimo boleści w klatce piersiowej i ogólnego zamroczenia, pobity mężczyzna rozpoznał to auto, ojciec Kazia. Czyżby chodziło o gazetkę, pomyślał. Cios w głowę wyłączył mu obraz i fonię, zanurzając jego świadomość w ciepłej galarecie nieprzytomności.
Po środku pomieszczenia stało krzesło, na którym siedział Ernest. W koło niego stało trzech mężczyzn. Lampa wisząca tuż nad jego głową oświetlając pokój tworzyła krąg. W jego centrum znajdował się on, a na obwodzie mężczyźni. Rozpoznał ich od razu, dwóch policjantów, po prawej i lewej, przed nim burmistrz.
Tej nocy już drugi raz znajdował się w centrum koła po raz pierwszy z ojcem-księdzem, teraz tutaj. Przypomniał sobie to co mówił Adi o kółku, chciał wrócić do tamtej chwili. Gdy odchodziła miał dziwne przeczucie, że jej już nie zobaczy. Nawet pomyślał o tym, że ją odprowadzi, bojąc się, że może jej się coś przytrafić. Nie mógł przewidzieć tego co się stało. Przeczucie mówiło o nim, nie o niej. Gdyby czasami lepiej się wsłuchał w siebie…
- Pornografia w naszym mieście jest zakazana – na podłogę pod jego skrępowane nogi rzucono mu magazyny z paniami, brakowało tego, który dostał mały Kaziu.
- To nie jest pornografia. Jeśli jest powinniście zamknąć panią z kiosku, która co rano wywiesza w gablocie „Ekspres” z gołą babą na ostatniej stronie – starał się odpowiadać rzeczowo.
- Nasza pani z kiosku, nie handluje tym – na gazetach znalazła się paczuszka z białym proszkiem.
- To jest prowokacja! Dlaczego nie trzymacie mnie w celi, co pan, panie burmistrzu tutaj robi? To jest jakiś cyrk! Co wy myślicie, że nie znam swoich praw, dobiorę się wam do skóry! Znam adwokatów, jak tylko wyjdę…
- Kto powiedział, że wyjdziesz. Przecież nikt nie wie, że tu jesteś. Nigdzie nie zameldowany, nawet dowodu osobistego nie masz, żadnego konta, kart kredytowych. Twoje auto nie ma ubezpieczenia, nie mówiąc już o przeglądzie. Prawie każda z tych rzeczy, o której mówię może zamienić się konkretne kratki dla ciebie – mówił funkcjonariusz większy i starszy rangą.
- Faktycznie, nie istniejesz, dobiegł go głos zza jego pleców. – Poznał ten głos, ojciec-ksiądz.
- Powiedz chłopcze – zwrócił się do niego burmistrz łagodnym tonem – skąd to masz? – W twarz cisną mu garść ulotek, które obiecał rozkolportować.
Ernest czuł, że traci panowanie nad sobą. Zdawał sobie sprawę z tego, że takie miejsca na ziemi jak to istnieją, ale gdzieś daleko, na jakiś wyspach, gdzie więźniów wywozi się potajemnie samolotami. Ale to była przesada. Mała mieścina, a jak państwo w państwie. Nie wiedział co ma robić.
- Znalazłem, zajrzałem do środka i mi się spodobały, to wziąłem – kłamstwo mu nie wyszło, był tego świadom.
Mężczyźni spojrzeli po sobie z głupimi uśmieszkami na twarzy.
- Znalazłeś? Gnoju, kto cię tu przysłał. Twoje auto ma stołeczne blachy, gadaj kto cię nasłał – wydarł się na niego oficer młodszy rangą.
Panowie odeszli od niego i naradzali się szeptem. Ernest zdał sobie sprawę jak teraz wygląda jego sytuacja, co raz mniej mu się podobała, jeśli podobała w ogóle.
- Czego chcecie? Mam wyjechać, o to wam chodzi? Poznałem ciebie tato. Chciałem z tobą tylko pogadać, tylko tyle. Miałem zamiar wyjechać za kilka dni, chciałem z tobą tylko pogadać, o tobie i o mamie – głos zawinął się w prześcieradło smutku.
- A może chciałeś wyłudzić ode mnie pieniądze, a może przybyłeś tu szpiegować i donosić, co? Znamy takich jak ty. Gówniarze wyjeżdżają na studia, brednie rozpowiadają po miastach, a przecież wiadomo, że Poprawice to wzorowa gmina – stanął przed nim ksiądz, w sutannie i z krzyżem na piersi. – Ludzie tu mają jak w raju, a wy chcecie to zniszczyć swoimi machlojkami, że niby wybory nie demokratyczne, że oszustwa. Gdyby tak było, to mieszkańcy by nie głosowali. – Burmistrz dyskretnie ostudził narastający w duchownym zapał do prawienia kazań.
- Nic nie wiem, o tych ulotka, znalazłem je. Wsadziłem do samochodu. Jutro miałem wyjechać…
- Jesteś z gazety? Gdzie masz legitymację prasową – zapytał burmistrz.
- Nie jestem z gazety, nie mam żadnej legitymacji, przecież wiecie, że nie mam żadnych dokumentów…
- Tym gorzej dla ciebie. – Głos barczystego mundurowego był zimny, okaleczający.
Któryś z nich, chyba z powodu głupiej fantazji poruszył lampą, Ernestowi zrobiło się niedobrze, szumiało mu ciągle w głowie, a wirujące światło potęgowało uczucie dezorientacji. Nagle lampa przestała się bujać.
- Co ty robisz? – nakrzyczał na młodszego mundurowego starszy stopniem – chcesz, żeby się tutaj nam porzygał.
- Dogadajmy się. Zrobię co chcecie. Powiedzcie tylko co? – próbował błagalnym głosem wprowadzić jakiś element dyskusji. Panicznie bał się tego, co mogło się stać. Przerażała go jego sytuacja, to, że teraz wszystko zależy od tych tu mężczyzn w różnych uniformach.
- Widzisz synku – powiedział duchowny – gdybym nie był księdzem, tylko sobie takim zwykłym człowieczkiem jak ty, to sprawa miałby się inaczej. Przyjechałbyś poszlibyśmy na ryby, pogadali, poopłakiwali nasz rozdzielony los. A tak? Jak to by wyglądało. Ksiądz-ojcem, w gazetach. Poprawice, wzorowa gmina i taka hańba. Myślę, że po czasie ucichłoby wszystko, ale przecież mieszkańcy nie pozwolili by mi tu żyć. – Mówił nieśpiesznie, dokładnie układał płytki słów – Z burmistrzem zrobiliśmy tutaj raj na ziemi. Zero przemocy, zero tolerancji dla zgnilizny moralnej…
- Wesoła wizja, prawie idealna – uśmiechnął się mimo, że twarz ozdabiały liczne strupy – ale nie widzicie, że wasze miasto, to martwe miasto. Emeryci, renciści i niepełnosprawni, wasz raj, jak mówicie to park geriatryczny, młodzi wyjechali, za kilka lat będziecie królami umarłego miasta – jedyne co mu zostało to dyskusja, rozmowa z góry skazana na porażkę. Nigdy się jeszcze tak nie zdarzyło, żeby ten, który ma władzę słuchał tego, którego władza gnębi.
- Widzisz synu – odezwał się Waldemar.
- Przyjechałem tu – przerwał mu Ernest – odnaleźć ojca, a teraz, jak widać mam ich dwóch. – Siarczysty policzek zamknął mu usta.
- Słuchaj gówniarzu. Włożyliśmy w to miasto bardzo dużo pracy, nie pozwolimy, żeby obdarty komunista, paradował po nim z antyklerykalnym sztandarem i niszczył spokój jego mieszkańców, rozumiesz. Skończysz marnie.
W końcu padły te słowa, pomyślał Ernest i zrobiło mu się lżej. Był przekonany, że to wszystko farsa. Zaraz się skończy.
- Dobra, już mnie postraszyliście, teraz możecie mnie wypuścić. Wiem, że i tak nic nie wskóram. Wziąłbym adwokata, ale po co. Pewnie – rozejrzał się po pokoju, ale nie było nikogo więcej – macie jeszcze kumpla sędziego, który wyciągnął by was z tego bez szwanku, a medialnie byście mnie ośmieszyli i zdyskredytowali, oddali do zakładu psychiatrycznego, gdzie dostałbym końskie dawki leków, tak, że po pół roku mógłbym powiedzieć najwyżej „a gu gu a gu gu”. Wypuście mnie, oddajcie samochód i już mnie nie ma – poczuł ulgę wygłaszając swoją obronną mowę, teraz sprawa była jasna, nie trzeba było już nic więcej mówić.
- Popatrzcie panowie jaki mądry chłopak. Nawet nie przyszło mi to wszystko do głowy. Człowiek uczy się całe życie – roześmiał się burmistrz, na myśl przyszły mu słowa ojca: niebo jest dla wytrwałych, synu.
- Dalej z nim – głos księdza wstrząsnął światłem.

Epilog

Poranek był rześki i rozśpiewany. Adi obudziła się z bólem głowy. Za dużo przed snem przetransformowała kółek. Trzeba rzucić to w cholerę, pomyślała. Wstała, otworzyła szafę i ze smutkiem stwierdziła iż nawet gdyby chciała to nie mogłaby ubrać się inaczej niż na czarno.
Pracę zaczynała w południe, dochodziła ledwie dziesiąta. Zbiegła na dół do chorej matki, śpieszyła się.
Co cię tak gna dziewucho – zaskrzeczała matka dziurką w krtani.
- Idę do pracy – spóźnię się. – Matka spojrzała na zegar i stwierdziła, że jeszcze za wcześnie, że coś kreci i że jest pomylona.
Dziewczyna uwinęła się przy śniadaniu dla niej, podała szklaneczkę z lekami i druga z wodą i wyfrunęła z domu w poczuciu nadchodzącej lepszej przyszłości.
Przed pracą chciała jeszcze zajść do Ernest do motelu, licząc, że go zastanie. Zbliżając się do noclegowni zauważyła, że nie ma jego samochodu. Szkoda, pomyślała, może pojechał nad jezioro, na spacer. Nad miejskie jezioro było nie daleko. Miała jeszcze sporo czasu. Pobiegła tam, lecz i tam go nie spotkała. Wróciła do motelu, zapytała panią w recepcji czy nie widziała Ernesta.
- Kogo? – zapytała zdziwiona portierka.
- Ernesta Gwarę. Wczoraj się u pani zameldował, dałam, mu wizytówkę…
- Coś ci się pomyliło Adi, weź się w garść dziewczyno, chłopa se znajdź – kobieta chciała się jej pozbyć.
- No właśnie, kurwa szukam, co tu się dzieje, meldował się u pani, czy nie?
- Nikt się nie meldował – otworzyła księgę meldunkową i pokazała jej puste strony – nikt się nie meldował od kilku dni, a teraz spieprzaj stąd łajzo.
Środkowy palec powinien portierce wystarczyć za do widzenia. Adi nie wiedziała już czy śniło jej się to wszystko, czy miała jakieś jazdy po porannym joincie. Przecież ktoś go musiał widzieć. Kaziu, pomyślała. Przecież on był wczoraj, on dostał od niego gazetkę. Pobiegła do domu burmistrza, nie bacząc na to, że jest tam persona non grata od czasu gdy po pijaku nawymyślała Waldemarowi za to, zwolnił jej koleżankę w ciąży z pracy. Burmistrzowi nie spodobało się to, że dziewczyna z nieślubnym dzieckiem opiekuje się dziatwą poważnych i światłych obywateli Poprawic.
- Dzień dobry pani Eulalio, czy jest Kaziu, muszę go o coś zapytać – mówiła śpiesznie, nie zwracając uwagi na wielkie zdziwienie mamy malca.
- Kto to skarbeńku? – męski głos wydobył się z głębi domu.
- Adelajda kochanie, pyta czy jest Kaziu.
- Powiedz jej, że jest chory i nie przyjmuje gości – Eulalia chciała powtórzyć, ale dziewczyna powstrzymała ją ruchem ręki oznaczającym, żę repeta jest zbyteczna.
Zdenerwowana i pełna złych przeczuć obiegła dom i zapukała do okna małego koleżki. Okno było uchylone, wśliznęła się i podeszła do łóżka. Podniosła kołdrę.
- Aj! – krzyknął malec, chowając pod siebie czasopismo, nie wiedząc co zrobić z latarką.
- No, no, no. Chory Kazimierzu, a czym się leczysz – starała się mówić jak najspokojniej i wyciągnęła spod niego magazyn pełen piersi, pogańskich bogiń, ufoludków, pobieżnie streszczonych nauk ezoterycznych oraz innych „okropności”.
Malec skulił się ze wstydu i nakrył kołdrą. Przyklęknęła przy jego łóżku i zajrzała pod nakrycie.
- Kaziu, powiedz mi, czy wiesz gdzie jest Ernest? To ma coś wspólnego z tym, co było wczoraj, tak? – W jej głosie zawarta była troska i strach. – Dlaczego wczoraj tak późno przyszedłeś do niego? Opowiedz mi proszę.
- Nie znam żadnego Ernesta – odparł krótko chłopiec.
- Jak to nie znasz, a to skąd masz? – Adi, zawahała się. Może rzeczywiście to wszystko jej się wydawało. Wkręciłam sobie jakiś film, pomyślał z przerażeniem. Przypomniała sobie fragment książki, w którym bohaterka opisywała swoje stany paranoidalne. Jak nic sfiksowałam, stwierdziła z przerażeniem.
- Nic nie powiem, nic nie wiem, zostaw mnie, bo zawołam ojca – chciał żeby sobie poszła, chciał też żeby została. Czuł się samotny i wykorzystany. Nie wiele rozumiał, ale czuł, że zrobił coś złego.
Pokoik był pełen aniołków i aniołów, obrazków świętych i kwiatów. Smutna świątynia, pomyślała Adi. Wzięła do ręki posążek bożej matki i wsunęła pod kołdrę.
- Zobacz Kaziu, ona też ma piersi, jak te w gazecie. To jest zwykła dziewczyna, której przydarzyła się tragedia. Mnie też się przydarzyła tragedia. Tak jak jej zabrano coś cennego. Ona cierpiała i ja cierpię, powiedz mi, co wiesz. – Dziewczyna nie wiedziała jak może zmusić malca do mówienia, nie była wierząca i nie miała pojęcia czy jej argumentacja trafi w jego świat.
- Kołdra się odchyliła, wychynęła spod niej rączka i pochwyciła posążek. Przez chwilę nie działo się nic i Adi wydawało się, że nie wyciągnie z chłopca nic. W końcu spod nakrycia wyłoniła się głowa z poklejonymi włosami na czole i smutkiem w oczach.
- Ja nic nie rozumiem, tata mi mówił, rożne rzeczy. O Bogu, Matce Boskiej i Jezusie. A tam – wskazał magazyn – piszą, że tego wszystkiego nie było, że to bajki dla dzieci, jak Jaś i Małgosia, tak napisali… Ja wczoraj przysięgałem na Maryję, że nie powiem, a ona ma cycki. Proboszcz mówił, że ona była święta, a jakby się rozebrała, to byłaby jeszcze? Nic nie rozumiem Adi. W nocy zadzwonił telefon. Dzwonił Ksiądz, że coś się stało. Potem tata przyszedł do mnie i mi powiedział, że muszę iść z nim. Pojechaliśmy do miasta i kazał mi znaleźć tego pana, pana Ernest, z którym rozmawiałem przed kościołem. I ja znalazłem. I miałem dać znać temu policjantowi co szedł za mną, że to ten. I wziąłem gazetkę i go ucałowałem. Tata mówił mamie, słyszałem, że muszą zlikwidować poważny problem i że jest to sprawa ważna dla gminy, że ma się nie wtrącać, że nic mi nie będzie. Czy ja zrobiłem coś złego? – zapytał na koniec i schował się z powrotem, spod kołdry zdał jeszcze pytanie, czy odda mu Kasię.
- Dziewczyna wsunęła mu czasopismo pod kołdrę i powiedziała:
- Nie, nie zrobiłeś nic złego – klęczała w milczeniu jeszcze chwilę, dumając nad smutkiem kłopotami dziecka. Uderzyło ją to, jak takiemu chłopcu będzie ciężko odkrywać prawdy rządzące światem jego ojca. Nie mając jednak zbyt wiele czasu wyskoczyła przez okno i pobiegła na plebanię.
Była już spóźniona, nie przejmowała się tym jednak. W paradoksalny sposób, zniknięcie Ernesta wprawiło ją w stan, w jakim od dawna się nie znajdowała. Nabiegłe krwią oczy i rozpalone policzki świadczyły o tym, że coś przeżywa, jej wewnętrzne płyny, mętne i zastane do tej pory, zruszyły się, zaczęły płynąć, niosąc ze sobą, uczucie sensu. I przerażało ją to i bawiło zarazem. Mogłaby sobie wyobrażać minę kierowniczki sklepu, jej zdumienie i niedowierzanie: Jak to, nie przyszłaś do pracy, bo szukałaś faceta? Ale nie wyobrażała sobie tego. Jej myśli były jak ptaki na niebie, nie pozostawiały śladu. Chciała tylko odnaleźć Ernesta. A co gdy go odnajdzie? Powie mu, że odnalazła siebie. Że rzeczywiście, tak nie wiele trzeba… Posmutniała nagle. Zatrzymała się. Zwiesiła głowę i z jej oczu popłynęły łzy, dwie, może trzy. Co się ze mną stało, zastanawiała się. Co się ze mną stało, dlaczego tak się dałam udupić. Jak nagle jak się zatrzymała, tak też nagle ruszyła dalej. Wbiegła na główną ulicę, o tej porze pełną ludzi i samochodów. W miasteczku panowało niecodzienne poruszenie. Po całej ulicy fruwały ulotki. Nie zaprzątała sobie tym głowy, skierowała się, omijając centrum miasteczka, do domu księdza.
Proboszcza nie było. Spowiadał w kościele. Stanęła w kolejce i czekała. Rozglądała się po bożym przybytku, zawieszała wzrok na obrazach, na rzeźbach i wchłaniała zapach mirry. Święte miejsce, pomyślała, kurwa mać.
Nadeszła jej kolej. Uklęknęła i nie wiedziała co ma powiedzieć.
- Słucham cię córko?
- Gdzie jest Twój syn?
- Chyba pomyliłaś miejsca Adi. Przestań palić to świństwo, bo znów cię zamkniemy. – Pogroził jej palcem poprzez kratkę w konfesjonale.
Kierowniczka sklepu czekała na spóźnioną już Adelajdę. Nie były zżyte, ale lubiła tą postrzeloną dziewczynę. Jak nikt potrafiła wcisnąć ludziom, nawet jeśli go nie potrzebowali. Tak zagadywała, tak opowiadała, że ludziska kupowali aby tylko dłużej chwilkę przy kasie postać. Szczególnie mężczyźni, co miała jej trochę za złe, ale dla sklepu to dobrze, myślała przełożona, patrząc na męski ogonek przy stanowisku młodej ekspedientki. Nie przychodziła. Rano gdy otwierała sklep, pod drzwiami znalazła kopertę. Zaadresowaną do niej. Bardzo ją korciło, żeby zajżeć, ale powstrzymała się. W końcu tajemnica korespondencji, to tajemnica i koniec. Ale czas płynął a jej nie było. Wychodziła przed sklep i wyglądała jej. Koleżanki ze sklepu zaczęły coś marudzić, że tak nie wolno się spóźniać, one się nie spóźniają. Za którymś razem zauważyła Adelajdę pod akacją za warzywniakiem, krzyknęła nawet, ale dziewczyna biegła już w stronę kościoła. Nie usłyszała.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.