koci łapcie
O tych zawodach dowiedziałem się na aleksandrowskim podwórku. Na czym ta konkurencja polega pokazali mi koledzy kuzyna.
Osiedle aleksandrowskie było wtedy wielka sypialnią przyczepioną do Łodzi. Bardzo często jeździliśmy tam z mamą i z bratem. Czasami też z siostrami, ale rzadziej. Gdy przyjechaliśmy do Aleksandrowa po raz pierwszy, nie pamiętam dokładnie daty, wyglądał on jeszcze jak rozkopane pole, a nie jak część dużego miasta. Innymi słowy większa wiocha niż u nas. Najgorsze było to, że ciocia mieszkała na jedenastym piętrze a jeszcze gorsze od najgorszego, że z okna było widać kościół. Dla mnie i mojego brata stanowiło to problem nie na żarty.
Słynęliśmy z tego, że jako jedni z niewielu ośmiolatków uciekaliśmy z kościoła. Chodziliśmy nad jezioro puszczać kaczki albo zimą na lód się ślizgać. Tutaj to nie wchodziło w grę. Żadnego jeziora w okolicy i mama mogła nas cały czas obserwować. Kurcze blaszka, przechlapane.
Którejś niedzieli, musieliśmy podjąć ryzyko, wbrew błaganiom kuzynów, wbrew wizjom ogni piekielnych, uciekliśmy.
Poszliśmy za kościół, na górkę z jeszcze nie rozdysponowanej ziemi po wykopowej. Stamtąd dojrzeliśmy sporą gromadkę miejscowych chłopaków. Największy i chyba najstarszy z nich, właściciel niebieskiego „Wigry 3” leżącego nieopodal, udzielał nowym instruktarzu na temat zawodów. Przypominało nam to trochę szkolenie BHP i P.Poż jakie mięliśmy tego lata na kolonii w Kętrzynie. Jego audytorium składało się z kilku kolesi i kilku smarkaczy. Wedle tego podziału byliśmy smarkaczami, ale gdy podeszliśmy bliżej stanęliśmy po stronie starszych, dając tym samym do zrozumienia, że nie jesteśmy ciemna masa. Kuzyni pękali, dlatego trzymali się trochę z tyłu. Ci chłopcy tutaj to nie było ich towarzystwo. Oni chodzili do sto jedynki, a kuzynowie do dwudziestki dwójki. Nie rozumiałem co to niby miało do rzeczy, ale widać w dużych miastach ma, jak masz szkołę z niższym numerkiem to lepiej, jak z wyższym to gorzej.
Ten koleś wyglądający na najstarszego miał na imię Bolek. Kuzyni nam potem o nim opowiedzieli, że to straszny zabijaka i że co tydzień siedzi w szkolnej kozie za niszczenie mienia i dobra szkoły podstawowej numer sto jeden. Podczas pierwszego spotkania z owym podwórkowym hersztem o tym nie wiedzieliśmy, ale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że będą nas traktować jak wsioków i półgłówków. Jednomyślnie z bratkiem postanowiliśmy dać opór każdemu przejawowi dyskryminacji ze względu na pochodzenie.
Bolek trzymał w rękach kocura, swojego zawodnika. Pokazywał go z dumą i nikomu nie pozwolił go dotknąć, a broń boże pogłaskać. To nie jest kotek miły do głaskania, tłumaczył. Był to stary kocur, nieźle już pokiereszowany i bez oka. Wyglądał jeszcze groźniej niż jego pan. Smarkacze stłoczeni w koło Bolka trzęśli portkami ze strachu, kot wyglądał naprawdę groźnie a opowieść o jego krwawych wyczynach dodawała pikanterii policzkom rozfantazjowanych głów. Bolek opowiedział historię o tym jak jego kot zagryzł psa w boju. Tak się rozszalał, mówił, że rozdrapał gardło psu do mięsa, a potem przegryzł mu żyłę i pies padł. Historia, pamiętam wstrząsnęła nawet nami, choć mieliśmy już do czynienia z krwawymi jatkami.
Kuzyni starali się nas odciągnąć. Oni wiedzieli czym się to może skończyć, ale przez ich jojczenie, ciągnęło nas bardziej, na przekór, do wzięcia udziału w tych zawodach. Sęk był w tym, że brakowało nam zawodników.
To nie problem, powiedział Bolka jakiś zastępca, na śmietnikach jest ich od usrania chłopaki, złapcie sobie i przyjdźcie pod klatkę sto osiemdziesiąt, za pół godziny.
W takiej sytuacji każdy zdrowo myślący ośmiolatek zgodziłby się na wszystko po czym śmignąłby do domu zajadać rosół i dałby spokój, spędzając resztę urlopu rodziców w mieszkaniu cioci. Ale nie my z bracholem. Za bardzo w nas grały ambicje wieśniaków. Za bardzo chcieliśmy się pokazać tym mieszczuchom, co chłopcy z prowincji potrafią.
Pierworodni naszej cioci, bo to bliźniaki były, panikowały bardzo. Za pół godziny się to już msza skończy, panikował Michał. A obiad, spóźnimy się, panikował Paweł. A my na to, to idźcie do domu lalusie i nakapujcie na nas. Jakby co powiemy, że po mszy poszliśmy na lody. Kuzyni oponowali, że przecież nie mamy pieniędzy. Zgodzili się dopiero jak zagroziliśmy im, że powiemy iż zostawili nas w kościele, a sami poszli sobie gdzieś, my nie wiemy gdzie, ale nie chcieli nas zabrać, a my się tak baliśmy sami w takim dużym kościele. Na dokładkę zademonstrowaliśmy im naszą broń najbardziej tajną, łzy w oczach. Musieli pęknąć. Wymiękli i poszli z nami.
Zaprowadzili nas na śmietniki. To nie było takie proste jak się wydawało. Znacznie trudniejsze niż łapanie szczurów na lisiej fermie Janka Nowickiego. Na szczura polowało się prosto. Podnosiło się resztki lisiej padliny i zawsze coś z niej wypadło. Tłuste obżarte szczurzysko. Zanim zajarzyło co zacz, to się je pierdyknęło w łeb kijaszkiem. I tak można było w dzień natłuc ich ze dwadzieścia albo i więcej.
Z kotami było trudniej. Po kilku nieudanych próbach musieliśmy ustalić strategię. Gdyby to były szczury, to rachu ciachu i byłby już martwe, ale nam były potrzebne żywe egzemplarze. Wymyśliliśmy taki plan: bracik schował się za kontenerem, lekko uchylił jego wieko, wszystkie inne pozamykałem ja. Brat mój, Olek, w odpowiedniej chwili, na mój znak miał zamknąć klapę. Trochę zeszło zanim spłoszone koty powróciły na miejsce żeru. Ale opłaciło się czekać. Trzy nam wpadły do śmietnika. Klapa trzasnęła i mieliśmy je jak na widelcu. Teraz trzeba było refleksu i pomocy braci kuzynów. Nie chcieli się zgodzić, to znów im pogroziliśmy łzami w oczach i krótką improwizacją tego co będzie trzeba w domu przed ciocią pokazać. Znów się zgodzili, bez dalszego szemrania. Olek uchylił klapę, a ze środka bojaźliwe zaczęły wychodzić koty, to je łapu capu i pod pachę, żeby nie podrapały. Michał się coś ociągał, ale go zaraz przywołaliśmy, żeby nam nie zwiał do domu.
Bolek z kumplami i kocurami (Bolka wabił się Wader) czekali na nas. Pamiętam, że drwili z nas, ale spuścili z tonu gdy pokazaliśmy im naszych zawodników. Nasze koty były nawet jakieś bardziej wypasione niż ich, zdaje się, że z tych śmietników wyciągały więcej niż Wader z lichej renciny babci Bolka. Dobra, nie cwaniaczkować wsioki, dawać na górę. Windą pojedziemy, macie wieśniaki windy tam u siebie, starał się w nas zabić ducha walki, znana rzecz i nie pierwszyzna, pomyśleliśmy z bracikiem. Nie takie z nas wały. Nie ma wind, ale za to jak jedziemy do Słubic, to możemy sobie przez rzekę popatrzeć na NRD. Znów się nie daliśmy. Nigdy nie byliśmy w Słubicach, bo i po co, ale skąd oni mogli o tym wiedzieć.
Wjechaliśmy na ostatnie piętro. Chłopaki rozbiegli się po korytarzu, widać, że dla nich to nie pierwszy raz, smarki czekały na schodach na sygnał. Kolesie stylowo i my z bracikiem, za nimi, też stylowo. Kuzyni gdzieś, siuśmajtki się schowały.
Bolek wyskoczył i pochwycił drabinkę. Rypnęła z hukiem na ziemię. Wnet ją pochwycił z jakimś innym chłopakiem, z Beretem chyba i pobiegli z nią na schody zbiegając piętro lub dwa. Nie wiedzieliśmy o co chodzi, ale w mig się wyjaśniło. Z kilku drzwi wyjrzało parę ogorzałych twarzy, pomruczało coś między sobą o dzieciarni, kurwa psia krew obiadu zjeść nie można z żoną, żona zrobiła kurę sąsiedzie, co u ciebie Zdzisiu…
Jak się uspokoiło, drabinka została podstawiona pod wyjście na dach i wszyscy po kolei wdrapaliśmy się. Kuzyni się ociągali, to znaczy Paweł, bo Michał to zaczaił o co idzie i wiedział, że wymigać się nie wymiga, a zabawa może być fajowska. Pawła znów musieliśmy nawymyślać. Ruszył się w końcu i już wszyscy byliśmy na wierchu.
O! panoramka jak cię mogę, pamiętam, w dechę, no strasznie się nam podobało. Bolek staną na środku dachu, a wiater dmuchał nawet mocny, że nas z bracikiem strach obleciał. Tak wysoko jeszcze nas nie przywiało. Raz kozie śmierć, pomyśleliśmy. Bolek zaczął coś tam seplenić, jakieś zaklęcia, że bogiem wiatru jest, czy coś. Kuzyn Michał powiedział nam, że to od wąchania kleju mu się tak porobiło. To trochę w naszych oczach Bolek urósł. Był i u nas taki jeden, Artur Wójcik, był w ósmej ale kiblował ze trzy razy, to miał już kolegów w wojsku, ten też żachał, a raz taki nawalony przyszedł do szkoły, przyprowadzony przez dobre krasnoludki, tak przynajmniej powiedział pani dyrektor. Faktycznie przyprowadziła go milicja (wtedy chyba jeszcze była milicja, tego nie pamiętam). Bolek się okazał koleś. Gdy skończył swoje czary, które mimo wszystko wzbudziły w nas politowanie, ogłosił rozpoczęcie zawodów.
Dopiero teraz dotarło do mnie i do brachola, że kompletnie nie czaimy bazy, o co idzie z tym kotami. Trochę nas obleciało, że będziemy je zrzucać z dachu na ziemię. Bo w końcu to kot, nie żaden szczur brudny co padlinę zajada. Kot to kot, inne zwierzę, bardziej takie ludzkie. Z braciakiem wymieniliśmy się spojrzeniami, co oznaczało albo ewakuację, albo konsultację. A że nam wpiernicz nie groził, bo widać na tyle się wkupiliśmy tymi kotami, że byliśmy niejako w paczce, zatem musieliśmy pogadać.
Ekipa się usytuowała na rogu dachu, zaraz przy samy skraju, to też nam się nie podobało ze względu na wietrzność i pewną dość niepokojącą odległość od ziemi. Mówię wtedy do brata, jeżeli zaczną rzucać koty z dachu, to się w takie klocki nie bawimy. Olek kiwnął głową tylko, gdyż nie lubił rzucać słów na wiatr. Mówię więc dalszą część planu, trzymamy się z tyłu, dopóki nie zaczną, jak ktoś rzuci kota, to tak: ty jesteś bliżej, ładujesz się z powrotem do dziur, ja sadzę za tobą i nas osłaniam, potem zwalamy drabinkę i rura schodami, w dół. Brat pyta czemu nie windą. Odpowiadam mu, że jak się mocno za drzwi windy pociągnie to ona się zatrzyma – wtedy nas mają, taki ma felerny mechanizm. Brat zrozumiał i nie oponował.
Na całe szczęście nie musieliśmy saletrować się ucieczką. Zawody były nader zabawne i nie krwawe. Spuszczało się kota rynną. Bolek zrobił rundkę po krawędzi dachu, w jednej ręce trzymając Wadera, a w drugiej Pioruna, kota Bereta. Kot Bolka, krzyczał, zjedzie rynną północną, kot Bereta południową. Wader, mistrz nad mistrzami, niekwestionowany mistrz mistrzów, szybszy od strzały i groźniejszy od lamparta, reklamował swojego zawodnika. Kot Bereta, Piorun, byle pchlarz i obszczymurek, ale niech będzie Wader się zniży do takiego poziomu wspaniałomyślnie i będzie się z nim ścigał.
Wręczył Pioruna Beretowi i kazał iść do drugiej rynny. Na dole czekał jakiś srajtek, był sekundantem. Pisał na ziemi punkty, tak duże żeby można było zobaczyć z dachu kto wygrał.
Na sygnał Beki, grubasa w okularach, tolerowanego w bandzie tylko ze względu na ładną siostrę, której Bolek chciał zobaczyć srom, co to srom my wtedy nie wiedzieliśmy, ale wydawało nam się to na tyle obrzydliwe, że nikt nie zazdrościł Bolkowi znajomości takich słów.
Beka krzyknął, łan, tu, tri, goł, start, puszczać. I puścili. Wader nie pisnął ani razu, a Piorun kwilił całą drogę. Nie ma to wpływu na wynik, tylko pogarsza pozycję właściciela kota w grupie, że beksa lub miągwa. W kolejnym pojedynku brał udział kot Edek Z Krainy Kredek ze stajni Pepka, którego ojciec jeździł do Niemiec nielegalnie robić na budowach i Cienki Rychu ze stajni kuzyna Bolka, Seby. Oba koty były zaprawionymi zawodnikami, z racji tego Bolek postanowił wystawić któregoś z nas. Dla lepszej oprawy meczu, jak to powiedział. Który pierwszy się śmignie z Cienkim Rychem, zapytał uradowany. Wystąpił bracholek mój naprzeciw. Ja, powiedział i stanął nad rynną, zachwiał się lekko, jak mi mówił z przejęcia a nie ze strachu. Przygotował odpowiednio kota. Chwycił go za kark, nogi wsadził w rynnę, żeby kocur się nie opierał temu co konieczne.Bolek krzyknął, zaraz, zaraz. Co jest, a prezentacja. Jak się wabi kot? Olek, spojrzał na niego jak na debila, ale odpowiedział, kot się zwie Zaczynaj ze stajni Zaraz. Bolek spurpurowiał, ale odliczył do zera i dał sygnał. Oczywiście kot Zaczynaj poleciał jakby był stworzonym do takiej zabawy, tylko Olek mógł mieć takie szczęście. Wygrał Zaczynaj ze stajni Zaraz. Musiałem mu potem przyznać, że wymyślił elegancko. Trafiony zatopiony, pochwaliłem bracholka.
Zostałem ja i jakiś smark, pokonałem go szybko. Ten szczeniak bał się stanąć na krawędzi. Mój Pyłek ze stajni Kwiatek, ależ to było ubawu jak to powiedziałem, od razu, że pedał jestem, wygrał w przedbiegach. I się wtedy okazało kto jest pedał. Pyłek wygrał z Twardą Pięścią. Było śmiechu co niemiara. W końcu Twardą Pięść musiał spuścić Bolek bo tamten nie dał rady podejść. Kot musiał zjechać, taka reguła. Łepek z płaczem poszedł do domu, bo dostał kopa solidnego od każdego, kto się nie bał.
I został jakiś koleżka ze swoim Parszywym. Stajnia Kot. Muszę powiedzieć, że gdyby przyszło mi z nim walczyć, cho cho, miałbym lekkiego cykora, kocur prezentował się nad wyraz szpetnie i walecznie. Ale nie było dla niego przeciwnika.
I w tym momencie stało się coś nieoczekiwanego. Michał, wyciągną zza pazuchy tłustego, wypasionego rudego kocura. To jest Bóg Słońca, z mojej stajni, rzekł Michał gniewnie i dumnie zarazem. Stanął na krawędzi dachu, a twarz jego była odmieniona, słońce paliło jego blond włoski a oczy niebieskie zaszły chmurami. Dawaj swojego zasrańca, syknął do przeciwnika.
Bolek od razu wyczuł o co tu idzie i też się podniecił. Dawać do narożników chłopaki, zakomenderował. Chłopcy zebrali się w dwu grupkach, jedni przy Michale, drudzy przy zawodniku z Parszywym w ręku. W powietrzu zawisło coś nieoczekiwanego i przerażającego zarazem. Rozejrzałem się wtedy, Michała brat zniknął, nie było go z nami. Dał drapaka gdy tylko nadarzyła się okazja. Trochę się przestraszyliśmy, że poleciał po ciotkę i wuja, ale nie było czasu się martwić. Główny pojedynek zaraz miał się zacząć. Olek stał przy Michale, ja w połowie drogi między obiema rynnami. Bolek dał sygnał i chłopaku wpuścili koty w rynny.
Zapanowała cisza, w oddali wyły syreny strażackie, milicyjne i pogotowia, koty sunęły gładko. Pierwszy na mecie pojawił się Parszywy, co gówniarz na dole obwieścił jedynką napisaną na piasku po stronie Parszywego. Coś dziwnego się stało, Bóg Słońca nie wyleciał w ogóle. Bolek zaczął się śmiać. Że za gruby był, że się za bardzo ścierwo na śmietnikach wypasiło. Śmiechu było co niemiara. Michałowi mina zrobiła się nieciekawa, na jego oblicze znów spłynęła nieśmiałość i zakłopotanie.
Któryś ze smarków w końcu przebił się przez tą ogólną wesołość i zapytał, co teraz z nim zrobimy, on tam jęczy. Zrobiło się cicho. Jeszce się tak nigdy nie zdarzyło, to było coś na co nie byli przygotowani. Bolek odsunął chłopaków zebranych przy wlocie do rynny i zaczął nasłuchiwać. Z Olkiem szybko skumaliśmy, że czas się zbierać na niedzielny rosół, bo już czas, a my jesteśmy przyjezdni, to Bolek sam rozumiesz, dzielnica nie nasza, władze nie nasze, radźcie sobie sami.
Bolek powiedział kilka niecenzuralnych słów w naszym kierunku i przestał się nami interesować. Z Beretem ustalał jakiś plan wezwania straży pożarnej, jakby ta miała jeszcze mało na głowie, pomyślałem wspominając te syreny odległe.
Wtedy stało się coś strasznego, bez słowa, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, Michał podszedł do rynny i wrzucił do niej cegłówkę. Straszny pisk, wręcz krzyk dotarł do naszych uszu. Malec, który stał na dole spierniczył od razu. Gdzieś otworzyło się okno, ktoś coś krzyczał. Michał odwrócił się i wziął następną cegłówkę, których parę się jeszcze tutaj walało. Tym razem pisk był już słabszy, ale wciąż przejmujący. Dorzucił trzecią cegłówkę. Nie było odzewu. Podszedł do Bolka, był mniejszy od niego o głowę, położył mu rękę na ramieniu i powiedział, możesz teraz zadzwonić najwyżej do zakładu pogrzebowego. Uznając to za doskonały dowcip, Bolek ścisnął grabę Michałowi i rzucili się do ucieczki. Po chwili na dachu zostaliśmy tylko my z bracikiem. Wzruszyliśmy ramionami i pobiegliśmy za nimi.
Jakiś facet wyszedł akurat na korytarz żeby zobaczyć co się dzieje i chwycił nas za kołnierze. Wielce pechowo. A mam was pieruny, tak do nas powiedział. Olek trzasnął go z obcasa niedzielnego w duży palec u nogi i daliśmy drapaka. Łapać łobuzów, krzyczał tamten facet, a Olek ze spokojem ważniaka odkrzyknął mu, profesjonalistów się nie łapie cieciu. Zbiegliśmy jedenaście pięter, na dole czekał na nas Michał i Paweł, który się tłumaczył, że się odsikać musiał.
Poszliśmy na rosół ustalając kwestię zeznań i wartość kazania oraz jego wpływ na nasze młode dusze. Gratulowaliśmy Michałowi dobrego występu, pokrzepieni zdrową rywalizacją zupełnie przestaliśmy przejmować się tym, co powiedzą rodzice, ta niedziela była nasza.
