jak nie zostałem archeologiem
Pięść zacisnęła się na monecie automatycznie. Jak niemowlę, odruchowo.
Mureny – tak nazywałem ludzi z bram. Zazwyczaj w dzień niegroźni, za to w nocy… Reagowali na odgłos kroków, gdy ofiara była na wysokości bramy, wychodzili z niej zaskakując przechodnia żądaniami lub pięściami. Najczęściej, jednym i drugim.
Okolice ulicy Małkowskiego w Szczecinie to niebezpieczny rejon. Najbardziej niespokojny między dwudziestą drugą a czwartą rano. Późnym wieczorem, mureny szukają łupu aby zasilić fundusz jakiejś słabo dofinansowanej imprezy, a nad ranem, najedzone i napite drapieżniki kładą się spać.
Zjazdy mieliśmy standardowo, co dwa tygodnie. Naturalną koleją rzeczy jest to, że jak ludzie się spotykają, to chcą pogadać. A gada się najlepiej w lokalu, w którym za nie drogi grosz można napić się piwa, gdzie ucho może oprzeć się o dobrą muzykę i gdzie zamiast łysych barmanów, zimne napoje serwują urodziwe dziewczyny.
W Propagandzie zatem, byliśmy częstymi gośćmi. Lokal stylizowany na złoty wiek PRL-u. Marks, Engels, Lenin i Gierek. Tłok jak w „ósemce” na Bramie Portowej, w samo południe. Powietrze gęste od dymu papierosowego, dyskretne światło i zakamarki. Szczęście mięli ci, którym udało się zakotwiczyć w loży, mniejsze ci, którzy musieli siedzieć na stołkach przy barze, potrącani przez klientów, niejednokrotnie oblewani piwem i „wściekłymi”.
Zjazdy jak to zjazdy. Zajęcia jakieś były, jacyś profesorowie i doktorzy, ale kto by o tym pamiętał, gdy stoi przed nim pokal zimnego piwa, kto by się przejmował dydaktyką z psychologią i interpretacją z wierszem? „Na wszystko jest miejsce i czas, a to miejsce jest najlepsze na każdy czas”, mawiał w przypływie weny, Andrzej.
Kto tam był? Nie pamiętam dobrze, ale na pewno Andrzej i ja. Nie trudno spamiętać część męską składu. Byliśmy jedynymi chłopami na roku, takie szczęście, mawiali jedni, takie nieszczęście mawialiśmy my.
Ciężko wytrzymać z tym całym kurnikiem, które piórami, jak kury pazurami, notowały wszystko, nawet słowo „przecinek”, nawet głupie uwagi o inskrypcjach nagrobkowych.
Tego wieczora było nas, na pewno troje. Andrzej, Monika i ja. Reszty albo nie było, albo rozpłynęła się w dymie, który osnuł naówczas mój umysł.
Kim ja jestem, to pominę. Andrzej był białolicym Indianinem z Koszalina. Nosił na piersi aztecki zegar zrobiony z koralików i słuchał techno przeróbek rdzennej muzyki z Andów. Monika była córką jakiegoś łódzkiego magnata skarpetkowego i w zasadzie nie wiele więcej mogę o niej powiedzieć. Ruda była i dziwna.
Spotkania miały zawsze ten sam przebieg. Pijaństwo i rozmowy o tym i o niczym. Tradycją było też to, że Monika po wypiciu kilku piw mieszała nas z błotem: – Kumplujecie się ze mną, bo jestem bogata, szuje – chuje! I nie dowierzała nam, gdy zapewnialiśmy, że wcale tak nie jest, że przecież zawsze, jak się urżnie w trupa, to do domu ją odprowadzimy, nie może narzekać. Milczeniem zbywaliśmy fakt, że fundowała nam również śniadania, nie rzadko obiady.
Oczywiście, nasza koleżanka miała trochę racji, bo nikt z nas, ani ja, ani Andrzej nie był na tyle bogaty, żeby dwa razy w miesiącu, przez cały weekend bujać się po knajpach. Czasami bywało nam głupio, ale nie specjalnie długo. Zresztą studia zaoczne do tanich nie należały, a ojcu Moniki chyba nie robiło to różnicy, czy ma do wyżywienia jedną, czy trzy gęby. Ta sytuacja pozwalała nam odpychać edukację na drugi plan, na pierwszy wysuwając wieczory w pubach.
Tego wieczora, około (piszę około, bo w rzeczywistości, mogło to być zupełnie kiedy indziej i nawet gdzie indziej), około północy, telefon Moniki wezwał ją do rozmowy. Polifoniczny dzwonek przywodził na myśl maksymę memento mori, ale Monika była trochę dziwna, więc dziwić się przestaliśmy po nie długim czasie znajomości.
Jako, że hałas w knajpie jest dotkliwy, takoż dla uszu jak i dla gardła, Monika wyszła odebrać na zewnątrz. Nie dłużej niż po minucie wróciła bez telefonu, ale za to z rozbitym nosem i łukiem brwiowym.
Szybko nam opowiedziała co się stało:
- Wyszłam, odebrałam. Z bramy obok wyszła jakaś dziewczyna i jebnęła mnie prosto w twarz. Upuściłam telefon. Podniosła go i wróciła do bramy. Zerknęłam tam, żeby zobaczyć co się dzieje. Dostałam drugi raz, w oko.
Zagotowało się w nas, mężczyznach-rycerzach. Trzeba było ratować majątek naszej sponsorki, jakby nie patrzeć zapewniała nam świetną zabawę co dwa tygodnie. Andrzej poderwał się z okrzykiem Avanti!!!, z czego wyszło mu tylko Avanti. Podparł się oburącz o stół i dźwignął swoje, nie lekkie ciało. Gdy stał oznajmił:
- Pójdę tam – bełkotał coś jeszcze, ale albo ja byłem zbyt pijany żeby zapamiętać, albo on by wyartykułować.
Poszliśmy obaj, lawirując między ludźmi jak baletnice po środkach na przeczyszczenie. Gdy wyszliśmy przed lokal, od razu zobaczyliśmy dwie dziewczyny, bawiące się komórką Moniki.
- Panie – Andrzej kulturalny stara ł się być w każdym stanie – czy mogłyby panie, oddać aparat telefoniczny naszej koleżance.
- Goń się cwelu. Jak szmulka chce komórę, to niech przyjdzie sama. A wy spierdalajcie! – Powiedziała do nas bez chwili wahania i bez cienia strachu.
Trochę nas to zmroziło, poziom rycerskości nam opadł i dostaliśmy po dwa punkty karne do naszego morale.
Sytuacja zrobiła się klarowna. Andrzej poprawił okulary i ruszył w ich stronę odkładając na bok, jak edukację, dobre maniery. Ale to co się stało w następnej chwili, ostudziło nas jeszcze bardziej.
Ta gówniara, nie mająca więcej niż piętnaście lat, ta, która dała fangę w nos Monice, włożyła dwa palce do ust i gwizdnęła przeciągle. Tomek Sawyer mógłby jej pozazdrościć.
Z głębi bramy, dobiegł naszych uszu tupot tuzina (nie mniej) par nóg, obutych niekoniecznie w obuwie typu „soft”, czego można by się spodziewać po dresiarzach z bram. A jako, że ani nasze twarze, ani dupy nie były typu „hard”, czym prędzej wróciliśmy do środka. Tam było bezpiecznie. Mureny nie miały takiego zasięgu. Trzeba było zostać do rana. W lokalu napatoczyliśmy się na kilku znajomych i temat telefonu został przebity strzelaniną pod Hormonem.
Mureny, w naturze niegroźne, chyba, że ktoś je przestraszy, atakują w pojedynkę, z zaskoczenia. Wiadomo, że kultura wypacza naturę i jest źródłem cierpień, bramowe mureny, udoskonaliły metody polowań i czyhają na ofiary w grupach. W razie przeważającej siły przeciwnika, wzywają posiłki.
Mieszkałem na Małkowskiego. Czerwiec w Szczecinie to piekło, czerwiec na Małkowskiego, to piekło w piekle. Murowany piekarnik starych kamienic, okna z gorąca wywalały jęzory pierzyn, kołder i poduszek. Upalne gwałty bez świadków, z policją pojawiającą się po zajściu.
Moją bramę, na szczęście zamieszkiwała tylko jedna murena i to nie groźna. Murena typu „daj zeta”. Zazwyczaj widywałem sąsiada siedzącego w kucki, opartego plecami o ścianę. Drzemał przeważnie czekając na mnie, głowa spuszczona, ręce zwieszone na kolanach.
Z pracy wracałem około siedemnastej trzydzieści, przyuważył to i w tym czasie oczekiwał. Przez kilka dni mi to nie przeszkadzało, ale po upływie tygodnia, czy dwóch, miałem dość. Umówiłem się z sąsiadem, że będę mu wypłacał jego działkę, co piątek. Podatek od spokojnego sumienia i całej twarzy. Pod koniec każdego tygodnia dawałem mu pięć „zeta”. Po „zecie” na każdy dzień tygodnia. Z wyjątkiem sobót i niedziel. Bo w sobotę i niedzielę ja nie pracowałem, a sąsiad odpoczywał i nie żebrał.
To musiał być czerwiec. Czerwiec w Szczecinie to piekło. Czerwiec na Małkowskiego to piekło w piekle. Pusto na ulicy, ludzie pochowani w bramach, chłodzących się nad wodą w psiej misce. Wyschnięty beton, osypujący się na głowy niczym popiół w środę popielcową. Grzeszni i pokarani, ocierający pot brudnymi chusteczkami ludzie, jak figury z wosku, topnieli pozostawiając po sobie cuchnące plamy. To musiał być czerwiec.
Zsiadłem z roweru. Ciekło ze mnie, pot lał się po plecach, spływając między pośladki. Dzień upalny, pełen stresu i marudnych klientów. Prysznic i piwo, piątkowy chillout. Przyjemny chłód z plecaka otulał plecy.
Piwo kupowałem zawsze w tym samy sklepie na rogu, skrzyżowaniu Małkowskiego z Księcia Bogusława. Sklep typu „świat alkoholi”. Asortyment nie był tu tak szeroki, jak wskazywałaby na to nazwa, a i sprzedawcy nie można było podejrzewać o globtroterkę. Była wódka i piwo, po kilka rodzajów z każdego. Sprzedawca był fanem Pogoni Szczecin, ogłaszał to wszem i wobec szalikiem na szyi, totemicznymi tatuażami i fryzurą z salonu fanów Pogoni, który znajdował się również na ulicy Małkowskiego.
Aby nie zdradzić się tym, że mam cokolwiek wspólnego z Wielkopolską, na wszelki wypadek nie kupowałem lecha. Wchodziłem do sklepu i uderzałem w te słowa:
- Jak Pogoń ostatnio? Kurwa zarobiony jestem, nie mam czasu nawet meczu obejrzeć, a o pojechaniu na wyjazd, to zapomnij. – I temu podobne.
Najgorzej było kupować alkohol, gdy w telewizorze była transmisja z meczu Pogoni. W sklepie zbierał się spory tłumek amatorów procentowego futbolu i trzeba było odczekać dwie czterdziestopięciominutowe połowy, w przerwie wypijając co nieco.
Fan-ekspedient opowiadał mi w skrócie, jak i co. Biadolił, że druga liga, ale że Ptak wciągnie ich z powrotem do ekstraklasy, i tak dalej. Później prosiłem o baterię czerwonego bosmana i na odchodne mówiłem: – Za Pogoń!
- Za Pogoń! – Odpowiadał fan-ekspedient nie odrywając oczu od telewizora.
Czerwony bosman w plecaku dostawa ł gorączki a ja stałem nad sąsiadem.
Brama miała dwa skrzydła. Jedno było zawsze zamknięte, drugie, zależy: jak dzień to zamknięte, jak noc to otwarte, jak upał to otwarte, jak deszcz to zamknięte.
Czerwiec, popołudnie, siedemnasta zaledwie, do wieczora daleko, upał. Brama otwarta bo upał.
Sąsiad leżał za zamkniętą połową w cieniu. Głowę opartą miał na butelce. W powietrzu unosił się zapach moczu. Zawsze tam śmierdziało szczynami, ale świeży mocz ma inną moc. Zwietrzałe siki nie gryzą tak w oczy. Śmierdziało okropnie, zważywszy, że upał. Odlewaliście się kiedyś w miejskich kiblach, gdy temperatura na zewnątrz przekraczała trzydzieści stopni? Coś w tym stylu.
Nie wyglądał dobrze. Twarz spuchnięta, jakby podeszła wodą, nabrzmiała, ale nie obita. Cały jakiś taki nabrzmiały, powieki grube i sine. Wiedziałem, że żyje bo oddychał ciężko. Ubrany jak zawsze. Spodnie od garnituru, sweter w romby i marynarka zapięta na jeden guzik.
Jeśli powiem, że wyglądał źle to będzie niewystarczające, ale jeśli dodam cokolwiek, to będzie już pompatyczność. Wyglądał źle.
- Sąsiedzie -szturchnąłem go – pana piątak. – I wcisnąłem mu w garść monetę.
Zamknął pięść jak niemowlę czujące palec matki. Ocknął się, spojrzał na pieniądz. Z niemałym wysiłkiem pozbierał się i przykucnął, opierając o ścianę. Przylizał dłonią tłuste włosy i powiedział:
- Nie zawsze tak było.
Musiało mu się coś przykrego przyśnić, bo nigdy tak do mnie nie zagajał. Zwyczajowe nasze spotkanie przebiegało tak:
- Dobry. Sąsiedzie, masz sąsiad zeta, do winka mnie brakuje?
- Mam/Nie mam sąsiedzie. Proszę/Przykro mi.
Wnosiłem rower po kilku schodkach, machałem do sąsiadki z naprzeciwka, która obserwowała mnie przez judasza i wchodziłem do mieszkania.
- Nie zawsze tak było – mówił -jakieś… – zamilkł na chwilę próbując obliczyć jaki to czas minął – …jakieś dziesięć, piętnaście lat temu, miałem wszystko. Teraz mam tylko to. – Wskazał butelkę po winie i zamilkł.
Skłamałbym gdybym rozwinął tę wypowiedź w dialog. Mógłbym, choćby dla zbudowania jakiejś dramaturgii, dla pobudzenia rozważań o ludzkim upadku. Nie zrobię tego jednak. Ja miałem dom, pracę, żonę i córkę, pieniądze też miałem, ten człowiek był ruiną, a ja nie miałem ochoty bawić się w archeologa.
