Anderseitsarbeiter

hycel

Pies szarpiąc się napinał gruby sznur, którym był przywiązany do ogrodzenia. Zwierzę chciało się wyrwać, uniknąć kolejnych razów, zrywało się, kuliło, zwijało w sobie. Krótki powróz nie dawał możliwości uniku. Ciosy padały jeden za drugim. Bezładnie i bezlitośnie. Sznur naprężał się, to znów wiądł i omdlewał. Psisko chciało się schronić, schować, ale gdzie? We własnym cieniu? W końcu padł, oczy psa zamknęły się, oddychał ciężko, a drewniana pałka gruchotała mu kolejne kości. Pies już nie żył jednak oprawca zapamiętale znęcał się nad trupem.

Miał może osiem, może dziewięć lat, gdy ojciec rozkazał mu wziąć wór i wrzucić do stawu. W jutowym balonie, który leżał koło garażu, wiło się coś, wierciło, podobne gniazdu węży, tyle tylko, że popiskiwało z cicha, lękliwie i znajomo. Bał się zajrzeć do worka, przeczuwał co tam zobaczy. Ojcu nie można było się sprzeciwiać, odczuł to wiele razy na własnej skórze.
- …i ja kończę malowanie, a ta rura stoi z kuciapą na wieszku… – ojciec powiódł wzrokiem za spojrzeniem pana Jasia, który zerkał za niego.
A ty tu czego jeszcze, jedź mi z tym, raz dwa i zara wracaj, matka żarcie robi. Już! Zmiataj!
- Co jest w worku, tato? – zapytał Antek nieśmiało i lękliwie.
- Szczury, synek, szczury. Idź je utop wszystkie, bo szczury to zaraza – spojrzał na pana Jasia, aby się upewnić, czy dobrze mówi, kolega pokiwał głową, jak znawca – trzeba je wszystkie wytępić, synek, co do jednej sztuki. Szczury i nornice, nornice też synek – ojciec, lekko wstawiony, zapalił się do dłuższego monologu. Temat eksterminacji szkodników wyjątkowo go podniecał – i krety, te skurwie, i nietoperze, bo jak się zalegną w piwnicy to potem się plączą we włosy i nie chcą się wyplątać – panowie wymienili spojrzenia potwierdzające wartość wypowiedzianych słów i pokiwali łysymi głowami – i myszy, i ropuchy bo psują ziemniaki. To całe brudne plugastwo trzeba wytępić, wyrżnąć do ostatka.
- Pieszo mam je zanieść nad staw? – każdy powód był dobry, byle jeszcze nie iść, nie ruszać tego worka, każda sekunda stania, to o sekundę dłuższe życie szczurów w worku, które szczurami niewątpliwie nie były, ale Antek starał się nie myśleć o tym.
- Patrz panie Jasiu, do szkoły niby chodzi – głos ojca stawał się gwałtowniejszy, dziecku struchlały nogi – niby się smarkacz uczy, niby mądry, a kurwa taki niedomyślny – i uderzył syna w twarz, z taką siłą, że chłopak przysiadł na zadku. Pan Jasiu, odwrócił wzrok, był bardzo wrażliwy na cudzą krzywdę, a szczególnie dzieci, droższy, jednak był mu był święty spokój i półlitrówka, która stała przed nim, nie zareagował.
- Weź wózek synek, do bagażnika przyczep i wypieprzaj z tym worem, ale już, bo po chrześcijańsku ci drugi policzek wymierzę – mokra od smarów i benzyny ziemia oblepiła mu spodenki, wstał, odruchowo otrzepał pupę. Spojrzał na brudne ręce, potem na ojca.
- Matka ci da, za te spodnie, rzekł ojciec i odwrócił się do kompana. Polał wódki do zapaćkanych musztardówek i zaczął opowieść tam gdzie syn mu przerwał.
- Muszę? – wyrwało się malcowi, ale nie zdołał już połknąć pytania, widział jak ono się przed nim maluje, tłuste wyraźne pytanie, jak znak zapytania wypada mu z ust i kropką daje prztyczka w nos. Ojciec się podniósł jeszcze raz, ale pan Jasiu szarpnął go za ramię, posadził na zydlu i kazał chłopcu podejść.
Zrobił kilka kroków. Tata nie patrzył na niego. Oglądał paznokcie, oparłszy dłonie na blacie, przyjął bojową pozycję, był napięty i gotowy do skoku, Antek wiedział, że jak teraz w nim coś pęknie, to nawet pan Jasiu nie pomoże. Kręciło mu się w głowie i szumiało w uszach. Kolega ojca odsunął szklankę z wódką, żeby mały przypadkiem nogą nie strącił i posadził chłopca na kolanach.
- Posłuchaj mnie chłopcze – zaczął. Chłopiec wytężał słuch. – Miałeś kiedyno ospę?
Kiwnął głową, choć nie był pewien, czy chodzi o ospę, czy osę, ale przytaknął, już dawno temu nauczył się, że kiwanie głową w osi pionowej ma przyjemniejsze skutki niż kręcenie nią w osi poziomej.
- No widzisz. Nie podobało się? – Antek dosłyszawszy pytanie wykonał ruch głową w osi poziomej. – To powiem ci, że szczury są sto razy gorsze – postawił chłopca na ziemi i dał mu kuksańca w ramię. – A teraz zmykaj – dodał z uśmiechem. Malec czmychnął z garażu, przebiegając obok ojca, który wykonał taki ruch jakby chciał go uderzyć, ten skulił się tylko w odruchu i już był na podwórku.
Swoim Wigry 3, własnoręcznie pomalowanym na „błękit paryski”, pruł powietrze. Policzek pulsował miarowo, fale chłodnego, wilgotnego powietrza, łagodziły obrzęk. Niewielkie piegi na jego twarzy prawie zniknęły. „Masz buzię strzaskaną na mahoń”, żartowała mama. „Mały murzynek z chabrowymi oczami”, dodawała z uśmiechem.
Jechał szybko, wyobrażając sobie, że to nie stary składak, tylko honda albo jamaha. Nawet nie myślał o kawasaki. Kawasaki to była nazwa roweru Piegusa, najlepszy rower, najszybszy i nazwa najlepsza. On miał hondę, nazwa nie taka fajna, ale też niezła. Rozwijał nim zawrotne prędkości. Tylko jedna osoba, oprócz Piegusa oczywiście, mogła się z nim ścigać, ale ona się nie liczyła. Dostała od rodziców na urodziny romet-alkę z przerzutkami. Nie liczyła się nie dlatego, że rower miał przerzutki, a dlatego, że była dziewczyną. Pozostawiał za sobą tumany kurzu, droga była wyschnięta i pylista, ciężarówki z pobliskiego przedsiębiorstwa rybackiego ubiły ją na beton. Pokryta niewielką warstwą pyłu nie utrudniała chłopcu szybkiej jazdy. Zupełnie zapomniał, że ciągnie za sobą wózek, że w wózku są żywe stworzenia. A może dlatego nie uważał, tylko pędził i wjeżdżał we wszystkie dziury. Może chciał dowieźć je nieżywe. W sercu tliło się małe ognisko niezgody, ale bał się je podniecić. Nie umiał się przeciwstawić woli rodzica. Pedałował z zapamiętaniem, powtarzając sobie w głowie słowa ojca: „To plugastwo”. Starał się wzbudzić niechęć, nienawiść do rzeczy obrzydliwych, do nornic, ropuch, grzechu, do szczurów uwięzionych w worku. Chciał je pozabijać własnoręcznie, udusić, za to, że są i że to on musi je wrzucić do stawu. Pędził wzburzony, skręcił z drogi w wąską ścieżynę, którą można objechać staw w koło. Zatrzymał się przy niewielkim urwisku.
Patrzał na wodę, w której, jak ciastko w herbacie moczyło się słońce, barwiąc taflę na kolor pomarańczowej galaretki. Jego rzadkie blond włosy starały się wrócić na miejsce, niektórym się to udało, ale grzywka, zmoczona potem, wzburzona ręką podczas ocierania czoła, sterczała zabawnie. Szybko ją przylizał dłonią, wiedział, że wygląda śmiesznie. Wyglądasz jak penis zawadiaka, naśmiewał się z niego Piegus. Nie bardzo rozumiał, co w tym śmiesznego, ale słowo penis wypowiadane przez nakrapianego wodza nie mogło oznaczać nic dobrego.
Zapomniał o bólu upokorzenia, którego kolejna drzazga zarosła mięsem. Był rozgniewany i wściekły. Odwrócił się w stronę roweru, leżącego w trawie. Podszedł do niego. Śpiewając dla dodania sobie otuchy wyjął wór z wózka.

Srała babcia srała…
Nie był taki ciężki jak mu się wcześniej wydawało.
Trawki się trzymała…
Kątem oka dostrzegał, jak na wybrzuszonym dnie odbijają się szczurze łapki.
Trawka się wysmykła…
Wrzucił worek do wody.
Babcia w gówno fikła!

Przez chwilę płócienny pęcherz unosił się na powierzchni. Powoli nasiąkał wodą, która wspinała się po włóknach, jak wojsko w niezliczonej sile, szła w górę, aby zdobyć szczyt, jednocześnie pochłaniając ją, wdeptując w ziemię. W końcu znikł, kilka bąbli zatańczyło na powierzchni pękając bezgłośnie.
Wrócił do roweru. Podniósł go i wskoczył na siodełko. Miał już ruszać, ale zbierało mu się na płacz, zastygł w bezruchu. Zacisnął spierzchnięte wargi, przełknął łzy, wciągnął głęboko powietrze i z całą mocą nacisnął pedał.
Znów wiatr rozwiewał mu włosy, słońce zachodziło za jego plecami, rzucał długi cień na drogę. Starał się go wyprzedzić, smutne myśli zostały nad brzegiem stawu. Spocony i zmęczony, głęboko dysząc wpadł do domu, w kuchni chwycił szklankę brudnymi rękoma i nalał sobie lodowatej wody.
- Nie pij takiej zimnej, bo ci się żaby w brzuchu zalęgnął – mama uśmiechnęła się do synka promieniście, a zachodzące słońce rozlało się po kuchni jak sok bursztynowy, zamieniając ją we wnętrze pomarańczy.
- Idź po ojca – mama szykowała kolację – jest z Jasiem w garażu. Powiedz mu, że kolacja gotowa, tylko mi nie przepadnij jak kamień w wodę – Antkowi zrobiło się słabo po słowach mamy, jednak zaraz się otrząsnął i pobiegł po tatę.
Wystrzelił z domu jak pocisk, zeskoczył z werandy i kilkoma susami przebiegł podwórko. Za domem zauważył, że Sary nie ma przed budą, że nie odpoczywa od upału w wieczornym cieniu. Zatrzymał się i powoli podszedł.
- Sara, Sarcia. – Suczka nie zareagowała. Zajrzał do budy. Leżała w kącie, skulona i smutna.

- Tato, gdzie są szczeniaki? – odważył się zapytać.
Ojciec nie odezwał się, próbował nabrać jajecznicy w taki sposób, aby przekonać wszystkich, że nie jest jeszcze tak bardzo pijany. Polował na co większe skrzepy żółtej brei nie odrywając od niej oczu. Mama czując rosnące napięcie i przypuszczalny rękoczyn szybko zareagowała:
Oddaliśmy je na farmę. Nie mogliśmy ich zatrzymać. Na farmie będą miały dobrze – mama zagalopowała się w tłumaczeniu, zapominając, czy też nie wiedząc o tym, że kłamstwo łatane kilkakrotnie staje się mniej wiarygodne – będą tam sobie biegać po łąkach, dobrze im będzie. A ty gdzieś latał cały dzień? – szybko zmieniła temat.
- Byłem topić szczury – powiedział beztrosko, jakby oznajmiał, że bawił się w chowanego. Ojciec podniósł wzrok, mama spojrzała na niego srodze, ty to miałeś zrobić, pomyślała, jednak zaraz spuściła oczy w talerz.
Poranny gwizd pod oknem mógł oznaczać tylko jedno, chłopaki już są, a on zaspał. Zerwał się z łóżka, wzuł sandały, spodenki i podkoszulek, wpadł do kuchni, chwycił kawałek chleba, wcisnął go do kieszeni i wybiegł.
- Gdzie pędzisz mały szatanie – zawołała mama niezbyt głośno, żeby nie zbudzić męża, ale chłopiec nie słyszał, był już na podwórku. Zszedł ze schodów powoli, tak jakby w ogóle się nie śpieszył.
- Zaspałeś łazęgo – Zastępca Piegusa obrzucił go kpiącym spojrzeniem. Mały był o wiele sroższy od wodza, bardziej okrutny, silniejszy, ale głupszy i mniej dowcipny. Nie mógł się równać z Piegusem w wymyślaniu hec, dlatego to Piegus był wodzem a nie Mały.
- Musiałem starego zanieść na łóżko – powiedział obojętnie i podniósł rower z ziemi.
Jechał na końcu peletonu, za nim gramoliły się bliźniaki na nowiusieńkich bmx’ach, tylko Piegus tolerował ich dlatego, że lepiej takie rowery mieć we własnej bandzie. Dojechali nad staw.
Murzynek z chabrowymi oczami zupełnie zapomniał, że dziś jest ważny dzień. To dziś, Piegus wyznaczy najlepszego strzelca do nocnej akcji na sadach. Chłopcu nie specjalnie podobało się dmuchanie żab za pomocą słomki umieszczonej w ich dupach, ale, jak inni uważał za śmieszne, gdy trafiony kamieniem żywy, bezradny balonik pękał z niewielkim hukiem.
Zszedł z roweru, odeszła mu ochota na zabawę, myśli, które czekały na niego nad stawem od kilku dni, uśmiechnęły się, stęsknione wskoczyły z powrotem do głowy. Plugastwo pomyślał, chciał w sobie wzbudzić tą nienawiść, którą czuł przedtem, ale obraz pustej budy, smutnej Sary zmieszał jego pewność, co do tego, że postąpił jak należało. Przypomniał sobie, że kiedyś już czuł się podobnie, kiełkowało w nim przekonanie, że nie zrobił coś złego, tak jak wtedy gdy zszedł do piwnicy po ziemniaki.
Wśród kartofli natrafił na ropuchę,miękkie, suche i chropowate ciałko, wśród twardych bulw wzbudziło w nim obrzydzenie. Odskoczył i wypuścił ją z ręki. Potwór przyglądał się dziecku wybałuszając oczy. Antek wziął do ręki listewkę. Ropucha zamarła pod jego dotykiem. Chłopiec zacisnął wargi, znał przestrogę – jeśli ropucha policzy ci zęby, wszystkie wypadną. Szturchał ją, a ona podskakiwała szorując brzuchem o ziemie. Skojarzyła mu się z panią od matematyki, która bardzo powoli i z przystankami co kilka stopni, wchodziła na drugie piętro szkoły. Mozolnie stawiała kroki, ocierając twarz szarą chusteczką. Na przerwach posyłała ucznia by zamienił dziennik. Nie opuszczała swojej klasy aż do ostatniego dzwonka. Siedziała za biurkiem, oparta na łokciach i wyglądała jak ropucha. Dziecko uśmiechało się do siebie pod wpływem skojarzenia, gdy tymczasem żabsko wskoczyło mu na stopę, wyrwany z krainy chłopięcej bezwzględności w ocenie nauczycieli, odruchowo zrzucił ją i przebił cienką listewką. Usłyszał wątłe chrupnięcie i zobaczył jak odnóża płaza drgają konwulsyjnie.
Szukał ratunku, czegoś co pomogłoby mu poczuć się lepiej. Przywołał w pamięci słowa księdza proboszcza wypowiedziane na lekcji religii. W śmierdzących lizolem salkach, na tle białych ścian, jego wielka, tłusta postać jawiła się niczym góra. Chłopiec nie lubił go, śmierdziało mu z ust i zawsze podchodził zbyt blisko. Nie lubił gdy dotykał jego głowy, wciskał mu twarz w swój baloniasty brzuch i mówił: „I co tam, mój cherubinku”. Nie znosił tego, ksiądz śmierdział stęchlizną i strasznie się pocił. Malec mu nie ufał, ale że nie znalazł innej pociechy, posłużył się jego słowami:
- Pan Bóg dał ziemię człowiekowi we władanie, wszystko co jest na ziemi, należy do człowieka. Jak mawiał filozof: człowiek panem natury. Wszystko, węgiel, ropa, świnki i kotki, wszystko należy do człowieka i człowiekowi służy – mówił proboszcz obwieszczając święte prawo.
- A komary? – zapytał niewinnie Antek.
Ksiądz się zachmurzył, wychylił do przodu, by swym krótkim wzrokiem dostrzec nicponia, który wszedł mu w zdanie, nie mogąc dojrzeć zuchwalca, rzekł:
- Komary, muchy, szczury i inne bakterie wymyślił szatan, tak jak grzech, więc trzeba je tępić, z całą stanowczością tępić – włożył rękę za odpięte guziki sutanny na wysokości serca i z ulgą odsapnął, czując się dumny z pokonania kolejnej pedagogicznej przeszkody.
Trzeba je tępić, powiedział do siebie półgłosem, gdy w tym czasie koledzy żywo się czymś interesowali. Nie zauważył by zbierali żaby, nie spostrzegł by je nadmuchiwali, więc porzucając moralne rozterki, podbiegł do nich. Bliźniacy nie schodzili ze swoich rowerów, nie mogli, „Mama by nas zabiła”, tłumaczyli się, ale też nikt nie nalegał, żeby przyłączyli się do zabawy.
- Macie już bańki – zapytał modelując głos na pozbawiony uczuć.
- Mamy coś zupełnie lepszego – Piegus wskazał na wodę.
Na niej unosiły się podobne do balonów futrzane kulki, nie od razu zrozumiał co widzi. Dopiero gdy jego oczom ukazał się wydęty pęcherz z charakterystyczną łatką w kształcie serca, dotarła do niego, tak usilnie odpychana świadomość, tego co uczynił. – Serdeńka – powiedział prawie bezgłośnie – Serdeńka – powtórzył. Lubił ją trzymać na kolanach i gładzić po brzuszku, który teraz wyzierał spod rzadkiej sierści, napęczniały i siny. – To nie są szczury – słowa rozmywały się w powietrzu, wzbudzając niewielkie drgania, na tyle słabe, że nie zostały usłyszane.
- Komuś się suka puściła i pozbył się problemu – zarżał Mały, Piegus fuknął na niego. Nie lubił jak ktoś się wychylał przed szereg.
- Pizgamy w nie kamlotami, kto zatopi najwięcej zostanie królem strzelców i idzie ze mną w nocy na sady – powiedział wódz, po czym dodał – oczywiście, zostanie wicekrólem, bo wiadomo, że królem jestem ja. Widząc, że Antek pobladł, dolna warga mu drga, czując, że będzie niezły ubaw jak się chłopiec rozryczy, nabrał powietrza i rzekł: – Pizgasz, czy srasz po gaciach Antuś. – Koledzy zarechotali poszturchując się łokciami.
Opanowała go nagła wściekłość, nienawiść do ojca, do matki, do głupich kolegów, poczuł, że albo puści pawia, albo się rozpłacze. Nie mogąc sobie pozwolić ani na jedno, ani na drugie zszedł z kładki, wziął spory kamień, wrócił i rzucił pierwszy. Trafił w samo serce Serdeńki, skóra pękła i trupek szczeniaka zniknął pod wodą. Nie poprzestał na tym, zebrał jeszcze kilka kamieni, i czy to przy pomocy szczęścia, czy też nieszczęścia, zatopił jeszcze dwa futrzane okręty.
- Trafiony zatopiony – wykrzyknął Piegus – mamy mistrza.
Mały był niepocieszony. Jego pozycja zaczynała słabnąć, nie dość, że przegrał ostatnio w wyścigach, to jeszcze teraz w celowaniu. Piegus poklepywał Antka po plecach, mówiąc: „Moja szkoła, moja szkoła”. Zastępca przeszedł koło króla strzelców, trącił go barkiem, ale chłopiec nie drgnął, stał jak granitowy nagrobek, niewzruszenie i chmurnie. Poklepywanie po plecach dodało mu otuchy, wściekłość go nie opuściła, ale teraz była podszyta poczuciem siły, która w nim wezbrała, siły i agresji. Czuł, że zatriumfował, że pokonał nie tylko wszystkich w bandzie, ale i samego siebie, swoją słabość, to on pójdzie z wodzem na nocny wypad, nikt inny. Jego dziecięca ckliwość, która była dla niego tak naturalna, że nie zdawał sobie sprawy z jej istnienia, schowała się jeszcze dalej, poza nieuświadomienie, skryła się pod grubą kleistą plamą pulsującej adrenaliny.
- Gdzie byłeś cały dzień, nicponiu – zapytała wesołym głosem mama. Siedziała w pokoju i korzystała z tego że mąż śpi, oglądała serial.
- Pizgałem kamlotami w trupy – otworzył lodówkę, wyjął butelkę mleka, zrobił palcem dziurę w cynfoliowym kapslu i napił się.
- Jak ty mówisz, dziecko – mama była troskliwa, ale w tej chwili nie mogła oderwać oczu od Darka Kordka, który błądził „W Labiryncie” życia.

Obudził go lament mamy. Jakaś krzątanina i podniesiony głos ojca.
- Nie ma Sary – usłyszał wychodząc zaspany z pokoju – Nie widziałeś Sary?
- Nie!
Ojciec przyglądał mu się. Patrzał na niego zawsze w ten sam sposób, czego chcesz ode mnie gówniarzu, mówiły jego oczy, obojętnie o co chodziło, jego spojrzenie mówiło zawsze to samo.
- Nie puściłeś jej wczoraj? Obroża jest odpięta, co smarkaczu? – ojciec grzmiał nad nim, zamachnął się, spojrzał na niego, powieka dziecka nawet nie drgnęła, ręka zatrzymała się przy twarzy chłopca.
- Oddałem na farmę!

Antek wszedł do kanciapy, odstawił pałkę pod ścianą i usiadł zdyszany na chybotliwym krześle.
- Piegus, podaj piwo – prawie krzyknął. – Ale już! – wrzasnął widząc, że kolega nie słucha rozkazu.
- Jest pod krzesłem. – odparł bojaźliwie Piegus.
Czoło Antka było rozgorączkowane, przyłożył do niego chłodna puszkę i odetchnął z uczuciem ulgi. Zamknął oczy i wlał w siebie sporą dawkę piwa. Upał i zmęczenie spłynęły mu po plecach strużką potu.
- Co teraz?
- Weź ścierwo, zanieś do chłodni, po południu przyjedzie po nie rzeźnik.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.