hard decision
Strzelić sobie w łeb? Już? Czy to dobra chwila? Może jednak poczekam do urodzin godziny? W raporcie ktoś potem napisze: „Czas zgonu czternasta czternaście”, miło. Ale czy to się da tak dokładnie określić? Może jeszcze poczekać? Może ktoś zadzwoni? Może ona, zapyta mnie co robię. Powiem jej, że trzymam lufę pistoletu w ustach, i zaraz mnie nie będzie. Ona zacznie panikować, mówić, żebym nic nie robił i czekał na nią. Będzie biegła tych kilkaset metrów jakby chciała wcisnąć mi ostatnie tchnienie z powrotem do płuc. Gdy dobiegnie do drzwi mieszkania, nie będzie jeszcze za późno, ale nie będzie mogła znaleźć kluczy i wtedy usłyszy strzał. Klęknie na wycieraczce i będzie krzyczeć i płakać…
No to już. Telefon dzwoni, wykrakałem. Nie bardzo chce mi się wstawać, ale jeśli to ona, to tego nie zrobię, nawet jej nie powiem, co chciałem zrobić. Jeśli to ona, to wrócę do pisania…
Powoli, żeby nic na siłę nie było, podchodzę do telefonu, przykładam słuchawkę do ucha, cisza. Albo mi się wydawało, że dzwonił, albo ktoś się rozłączył. Teraz mam dylemat. Czy wrócić na fotel i zrobić co sobie postanowiłem, czy też jeszcze poczekać chwilę przy telefonie, bo jak to ona była, to musiałbym zabić się wbrew innemu znowuż postanowieniu. Siadam więc na podłodze, obok stolika z telefonem, zabić się zdążę zawszę, w odwrotną stronę to nie działa przecież. Czekam. Nikt nie dzwoni. To idę na fotel. Po drodze rozcinam sobie palec u nogi o jakąś niedogodność na podłodze. Złość mnie bierze, frustracja. Jak strzelić sobie w łeb skoro wszystko przeszkadza. Idę do łazienki, przeglądam szafki. Woda utleniona jest, nie wszystkiego się jednak pozbyłem. Obmywam ranę i zawijam papierem toaletowym, nachodzi mnie myśl, czy aby po strzeleniu sobie w głowę nie narobię w majtki. Wracam na fotel zdecydowany wydalić się w nieznany rów melioracyjny.
Wybrałem fotel z wysokim oparciem, żeby kula przechodząca przez moją głowę, nie narobiła zbyt wielu szkód. Ustawiłem go tyłem do ściany nośnej, są grubsze i pocisk najprawdopodobniej jej nie przebije, więc nie muszę się martwić, że kogoś trafię. Fotel jest miękki i puchowy, także myślę, że ostatnie trzydzieści sekund aktywności kory mózgowej będzie połechtane miłym dotykiem pluszu.
Nie wiem czy przypadkiem moje samobójcze skłonności nie wynikają z jednego zdarzenia. Rok temu, roznosiłem ulotki. Przechodząc przez torowisko tramwajowe wręczyłem trochę tego gówna spieszącemu się człowiekowi. A że ulotki były politycznymi agitkami i człowiek ów żywo się polityką interesował zaczytał się. Nadjeżdżający tramwaj zrobił z niego dwóch kompletnie nieżywych ludzi. Czy to była moja wina? Może systemu? Bądź co bądź, postanowiłem, właśnie wtedy chyba, że sam zadecyduję o własnym rozjechaniu się przez tramwaj. Tak to był decydujący moment.
Strasznie ciężka ta spluwa, ręka drętwieje od jej trzymania w ustach. Nic mniejszego nie udało mi się załatwić. To znaczy załatwić… szedłem parkiem, tu niedaleko i jakiś pijak, w środku nocy, podbiegł do mnie, wręczył mi zawiniątko, krzyknął żebym dawał dychę. No to mu dałem i zaraz znikł. W domu rozwinąłem paczuszkę no i stałem się posiadaczem owej armaty. Chciałem najpierw dowiedzieć się co to za maszyna, wiecie, kaliber, siła rażenia, ilość pocisków w magazynku, ale uległem własnej spiskowej paranoi i zaraz pomyślałem, że gdy tylko się odezwę na temat tej spluwy, zaraz wylądują u mnie gliny z psami, śmigłowce i takie tam, schowałem ją do szuflady.
Gdyby nie ten przypadek to, nigdy bym nie pomyślał o samobójstwie w jego realnym wykonaniu, ale skoro nadarza się stosowna okazja to trzeba spróbować. To tak jak z tym przysłowiem, że okazja czyni złodzieja, tak i samobójcę. Tak naprawdę, to odkąd stałem się człowiekiem uzbrojonym w broń palną, to znacznie więcej znajdowałem powodów do skończenia ze sobą niż wcześniej.
Pracowałem, kiedyś, jako przedstawiciel handlowy w fabryce okien, której właścicielem był pedał. Po pracy musiałem iść do jednego z niezadowolonych klientów. Często się to zdarzało, ale po raz pierwszy odkąd miałem broń. Był to klient, który z gwarancją w jednej ręce a lagą w drugiej domagał się załatwienia swojej sprawy. Poszedłem do niego pełen obaw o swoją głowę. Wiele się nie pomyliłem. Stary pierdziel podniósł mi ciśnienie tak, że przez kolejny tydzień musiałem pić nervinum. Według niego wszystko było źle, wynajdował drobne bąbelki powietrza w szybie (choć mówiłem mu, że to szkło przemysłowe i ono tak ma), jakieś mikrouszkodzenia w ramach nie widoczne gołym okiem (co jest winą transportu) i tym podobne pierdoły. Zaraz po powrocie do domu sięgnąłem do szuflady po pistolet. Miałem dość, nienawidziłem ludzi, naprawdę chciałem nie być żywy. Staruch, biedny rencista, w AK-a służył, niezadowolony z rzeczywistości, o którą walczył nie mniej niż ja, choć nie walczyłem o nią. Oglądałem pistolet z namaszczeniem, jak bohaterowie amerykańskich filmów, przykładałem zimną stal do skroni, do serca. Rozebrałem się do naga i dotykałem lufą swojego ciała, zaraz się podnieciłem, kutas stanął mi jak nigdy prawie, podniecenie egzotyczne mnie ogarnęło (heroiczne jak „Stary człowiek i morze”) zaraz pomyślałem, że jednak nie warto się zabijać, chciałem do niej zadzwonić i poprosić żeby przyszła… rozumiecie. Chęci jednak szybko mi odeszły. Padłem na fotel, ten sam, na którym siedzę teraz, odłożyłem gnata do szuflady. Głupio się poczułem, bo niby dlaczego ma pozbawiać się orgazmów i ejakulacji jakie jeszcze mnie czekają, z powodu jakiegoś starego pierdziocha z lagą w łapie, który zamiast w młodości poruchać sobie tęgo, ganiał z karabinem po lesie, ale przecież to nie jego wina.
W samej śmierci wiele spraw jest zastanawiających, a tego się nie dowiem, jeśli się nie zabiję. Ile ludzi i kto przyjdzie na mój pogrzeb? Możliwe oczywiście jest też, to że nie dowiem się tego gdy już nie będę żył. No i zastanawia mnie czy mój brat, tak jak mi obiecał, puści mi na ostatnią drogę kawałek „Wake up young man” Mad Season. No i kto będzie płakał, i czy przyjadą wszystkie te kobiety, które kiedyś kochałem bez wzajemności? I czy one też będą płakały?
Telefon znów dzwoni. To pewnie ona, czuje, że coś jest nie tak i dzwoni, martwi się. Szybko podchodzę do aparatu, bo jakąś decyzję w końcu trzeba podjąć ostateczną.
- No co tam – głos męski, znaczy nie ona.
- Naprawdę chcesz wiedzieć – odpowiedziałem głosowi słowami mojej starszej siostry.
- No, chciałbym – głos znałem ale nie mogłem skumać kto to.
- Tak naprawdę, bardzo dobrze – nic innego nie przyszło mi do głowy, wkurzyła mnie ta rozmowa, bo przecież mam inne sprawy na głowie.
- To fajnie, nara…-sygnał się urwał.
Nie poczułem, żeby ten kto dzwonił naprawdę się interesował tym co u mnie. Ktoś ze znajomych robił sobie jaja? A może podglądają mnie skądś? Może jak była tu ona, znalazła armatę i teraz nakręca innych by mnie kontrolowali, bo sama boi się przyznać, że szperała w moich rzeczach. Nienawidzę tego odkąd moja matka przeczytała mój pamiętnik i dowiedziała się, że jej syn nienawidzi kościoła katolickiego z papieżem na czele i regularnie się masturbuje przed telewizorem w ich salonie. Muszę się dowiedzieć, zanim skończę ze sobą muszę mieć wszystko jasne. Właśnie dlatego, że ostatni dylemat w swoim życiu sobie wyjaśniłem, podjąłem decyzję o samobójstwie.
Chodziło o to, że byłem poetą. Jak komuś to mówiłem to się uśmiechał i mówił, taa… jasne. Wkurwiało mnie to okropnie, więc złożyłem ze swoich wierszy tomik i wysłałem go na różne konkursy i do wydawnictw. Ale nie było odzewu, zmartwiłem się na tyle, że przestałem mówić o sobie „poeta”. Z czasem zaprzestałem pisania, żeby nie być obiektem drwin. Dla mnie jako twórcy był to cios straszny. Spaliłem szal i fajkę nawet. Po jakimś czasie, pomijając niepowodzenia na drodze zawodowej, zacząłem myśleć, że jestem do niczego. Kilka nocy temu, też w nocy, doszedłem do wniosku, że nie znam innego sposobu na wyrażanie siebie jak tylko pisanie, a że z tego nic nie wychodziło, i pistolet był pod ręką sprawa stała się jasna.
Tak jest i tym razem, koniecznie muszę się dowiedzieć, dlaczego znajomy głos zadzwonił do mnie gdy miałem zniszczyć siebie jako człowieka. Nie da mi to spokoju i obawiam się, że po śmierci będę włóczył się po ziemskim padole, bo mam jakieś nie załatwione sprawy, a bardzo mi zależy, żeby już dłużej tu nie przebywać. Jakieś przesądy się mnie trzymają. Sami rozumiecie, jak umrzeć to tak całkiem, bo co mi przyjdzie z tego, że walnę sobie w łeb jak za chwilę będę znów w tym samym miejscu, będę patrzył na swoje ciało, z którego już nie skorzystam. Myślę, że rozwiązanie jest logiczne.
Ale od czego tu zacząć. Ręka mnie boli, bo to ziejące metalowymi pestkami kurestwo jest naprawdę ciężkie, łeb mnie boli, bo spaliłem trzy paczki papierosów w czasie bardzo krótkim, rzygać mi się chce z tego też powodu. Nie pamiętam kiedy ostatnio jadłem, bo i po co? Jednym słowem, muszę wrócić do życia, żeby się dowiedzieć kto i dlaczego do mnie zadzwonił.
Sprawa jest o tyle ciężka, że pozbyłem się właściwie wszystkiego czego potrzebuje żyjący człowiek. Na początek muszę zorganizować jakieś ubranie. W szafach mam pusto bo wszystko oddałem biedniejszym od siebie. Jedyna nadzieja w tym, że w tapczanie brata jest coś jeszcze. Brat jest daleko w Irlandii i na pewno nie będzie miał nic przeciwko jeśli pożyczę od niego to i owo. Idę do jego pokoju i znajduję parę spodni podartych i podkoszulek. Brat jest większy ode mnie o głowę i trochę. Ubieram się w te łachy, wyglądam jak strach na wróble z lekką nadwagą. Ale butów nie mogę znaleźć żadnych, choć pamiętam, że nie oddawałem ich nikomu. Mieszkanie jest prawie puste. Wysokie czarne buty powinny wbijać się w oczy jak zajadła ulewa. Nic z tego. Może o czymś zapomniałem… Wychodzę na korytarz i kradnę sąsiadce drewniaki. Nic innego nie ma. Oddam jak wszystko wyjaśnię. Te znowu są przymałe o numer. Teraz wyglądam jak strach na wróble z lekką nadwagą po przebytej w dzieciństwie ostrej awitaminozie. Problem w tym, że moje odzienie kloszarda całkowicie nie odpowiada panującej na zewnątrz aurze. Ale to nie ważne. Rozwikłam zagadkę zanim zdążę się przeziębić.
Do kogo udać się najpierw. Może do niej. Ona powinna coś wiedzieć. Będzie starała się ukryć to co wie, a jeśli tak zrobi to ja już swoje od niej wyciągnę. Może jednak pójdę do Małego. On jest strasznym paplą i nawet jak nie będzie chciał mówić to powie. Jednak Małemu nie wolno ufać bo kilka lat temu wszedł w toksyczny związek z narkotykami i niewiele od tej pory ma wspólnego z rzeczywistością. Mały kiedyś zgubił się w sobie i na wszystko co się działo wkoło niego reagował spazmatycznym śmiechem, potem trochę mu przeszło.
Usiadłem w fotelu, żeby lepiej się zastanowić. Przez ten telefon wszystko idzie nie tak. Już pewnie byłoby po wszystkim. Leżałbym sobie spokojnie martwy jak płotka w mrowisku, nic by mnie nie obchodziło. A tak, siedzę dumam, pistolet w szufladzie tęskni do rąk jeszcze ciepłych.
Powoli zaczynam wątpić w to, że samobójstwo jest możliwe. Mój wzrok utkwił w oknie bez zasłon. Na parapecie stoi kwiat. Boże jakie bym głupstwo popełnił, przecież kwiatu nie podlałem, a cholera wie ile tu będę leżał zanim ktoś mnie znajdzie, jeszcze obumrze przeze mnie. Idę do kuchni, odkręcam kran i z rąk robię miseczkę. Nabieram wody i biegnę do pokoju, żeby jak najmniej uronić. Powtarzam to kilka razy jeszcze, żeby miał dość wody. Przy ostatnim kursie potykam się o próg między przedpokojem a pokojem i wykładam się na dywanie. Ból obtartego kolana dociera do świadomości. Kurwa, mówię i wstaję. Krew przesączyła się przez nogawkę, poważne to obtarcie. Teraz wyglądam jak strach na wróble z lekką nadwagą, po ostrej awitaminozie z menstruacją na kolanie. Spodnie muszą czuć się jak podpaska. Idę znów do łazienki, odkażam ranę i owijam papierem. Ten znowuż nie chce się trzymać, więc pieprzę to. Przecież ja mam lada chwila stać się martwym człowiekiem.
Właśnie, co ja wyprawiam, powinienem usiąść w tym cholernym fotelu. Wyciągnąć spluwę z szuflady, dobrze się usadowić, wymierzyć i strzelić. A ja co robię? Zajmuję się pierdołami. Siadam na fotel przykładam pistolet do ust i… nie mogę. Muszę się dowiedzieć kto i dlaczego do mnie zadzwonił w takim momencie.
Idę do Małego, może wśród bełkotów i bluzgów wyłowię coś, co stanie się punktem zaczepienia. Ziąb straszny, tylko nieszczęścia sobie narobiłem tym miotaniem się. Mały mieszka niedaleko mnie. Pięć minut spacerkiem. Dawno go nie odwiedzałem. Może się zdziwić, że mnie widzi i zacząć coś podejrzewać. Nie… Mały jest zbyt obłąkany, wątpię żeby mnie w pierwszej chwili poznał.
Pod jego klatką obmyślam pierwszą kwestię. Od niej będzie wszystko zależało. Mogłem załatwić mu jakieś palenie, od razu bym mógł przejść do sedna sprawy. Tak, to by ułatwiło sprawę. Przecież nawet nie mam kasy na to. Wchodzę na klatkę i jadę na szóste. Drzwi Małego ostentacyjnie świecą wielką fosforyzującą marihuaną. Pukam długo, żeby go wyrwać z letargu, w którym niewątpliwie jest pogrążony.
Człapanie, stękanie oto odgłosy jakie najczęściej dochodzą ludzkich uszu z jego mieszkania. Dzwonek z zasady nie działa, Mały obawia się tego, że mógłby zawału dostać przez dźwięk jaki wydaje to upiorne urządzenie. Historia demontażu dzwonka jest krótka, kiedyś, gdy jeszcze działał, zapomniałem się i zadzwoniłem. Mały rzucił w niego toporkiem do mięsa i tym sposobem diabeł zdemontowany leżał na ziemi. Pukam nie za głośno bo mi jeszcze od tego wykituje.
Drzwi się uchylają i w szparze pojawia się nos Małego.
- Co? – Mały jest rzeczowy.
- Cześć, przechodziłem… – drzwi się otwierają, w mieszkaniu jest pusto a właściciel mieszkania wyparował.
- Mały, to ja, dawnośmy się nie widzieli – chodzę i zaglądam do wszystkich pokoi, których jest sześć. Zastanawiam się po co mu aż tyle i z czego on je opłaca.
- Do kuchni chodź, robię żarcie – idę, wiedziony głosem widma.
Kuchnia jest olbrzymia a Mały, mały. Szaro za oknem i nie wiele widać. Dostrzegam go przy kuchence stojącej w najciemniejszym kącie. Pichci coś na nie zapalonym gazie,. Miesza w garnku z metodycznością człowieka po tramalu, co oczywiście nie jest wykluczone.
- Mały, dzwoniłeś do mnie dzisiaj – pytam prosto z mostu, bo nie mam już więcej ochoty przebywać w tej, jak cholera wielkiej, narkotycznej pustelni.
- Może dzwoniłem, może nie, któż to wie – kurwa, i do tego wszystkiego poeta mu się załączył.
- Bo jest sprawa…
- Zawsze jest jakaś sprawa, przyjacielu. Na przykład sprawa ludobójstwa w Chinach. Amerykańskiego panoszenia się po całym świecie, Orlenu, Rywina, zawsze jest jakaś sprawa – teraz już mu nie przerwę – Ciągle coś. Ani chwili spokoju. Ja się chyba zastrzelę…
- Mały, pierdolisz aż głowa boli. Wbijesz sobie w łeb te zasrane frazesy, naćpasz się a potem chodzisz i rozsiewasz wizje apokaliptyczne. –zdenerwowałem się okropnie, bo Mały zawsze tak ma, a mi dzisiaj zupełnie nie na rękę takie jego pierdzenie.
- Nie mów, że sam nie myślałeś o skończeniu ze sobą – spojrzał na mnie z ledwo widocznym uśmiechem.
- Yyyyyyy – trochę spanikowałem, wydaje mi się, że on coś wie. Wycofuję się powoli a on wciąż gada o tym, że system do dupy, że punk umarł i nic na świecie się już nie zmieni.
Stoję przed jego blokiem. Poshizowany jestem mocno. Czyli coś wiedzą. Ale czemu do kurwy nędzy chcą mi zabronić wykonania na sobie wyroku. Ktoś po coś to robi. Może to ona, może naprawdę mnie kocha, jest trochę oschła i mało wylewna, może stąd te całe podchody. Pójdę do niej. Zawiewa mi pod koszulkę (może stąd ta nazwa – podkoszulka, bo tam właśnie zawiewa).
Muszę się uspokoić. Wziąć się w garść. Jestem co raz bardziej zmęczony tym popełnianiem samobójstwa. Żebym wiedział ile to różnych pierdoł przeszkadza, to zabiłbym się w czasie bardziej spokojnym. Bo nawet amerykańska inwazja na Irak teraz mi przeszkadza. Mam czekać aż wypompują stamtąd całą ropę? Rany boskie…
Zapaliłbym papierosa, ale nie mam. Skóra zrobiła się na mnie trochę za mała z tego zimna. Jajka mam już pewnie na wysokości żołądka. Ani żywej duszy, żeby peta wyżulić. Idę w stronę parku, tam zawsze jakieś młokosy siedzą i ukradkiem ćmią. Chłód zaczyna być nie przyjemny na tyle, że zastanawiam się czy aby do domu nie wrócić. Nie. Muszę być twardy. Głód nikotynowy sprawia, że moje kroki stają się szybkie i nerwowe. Nawet nie spostrzegam jak stoję przed jej domem, znaczy jej rodziców.
Zawsze mnie to wkurwiało, że ona mieszka wciąż z rodzicami. Nawet nie mogłem jej odwiedzać wtedy gdy chciałem, bo to już spali, bo to imieniny albo inne przeszkadzajki. Ile to ludziom rzeczy, sytuacji przeszkadza. Za gruba baba w tramwaju, zbyt wąsaty instruktor prawa jazdy, za długa zasadnicza służba wojskowa, kawa w kawiarni za mało kawowa. Nie mogę teraz sobie przypomnieć czy ze mną też tak było, że wszystko mnie wkurwiało, czy byłem podobną zrzędliwą pierdziochą jak Mały. Teraz to nie istotne, ale pytanie mnie nurtuje. Pójdę do niej i od tego zacznę, czy też ją to wszystko wkurwia.
Jestem trochę zdenerwowany, trochę nie najlepiej wyglądam, trochę chcę popełnić samobójstwo. Mój obraz wydaje mi się teraz bardzo oczywisty. Jak ona mnie zobaczy od razu stwierdzi, że wyglądam jak kupa nieszczęść, albo jak sama kupa, bądź co bądź, coś w ten deseń. Ryzykuję jednak i dzwonię, tu dzwonek działa, tu wszystko działa jak należy. Jej ojciec jest perfekcjonistą, nie dopuszcza do tego by choćby jedna kropla skapnęła z kranu w otchłań zlewu marnotrawnego. Dlatego wymienia wszystkie uszczelki co trzy miesiące, dla mnie koleś ma totalnego zajoba (jak Ali Bayan z Monty Pytona), no cóż, jej to odpowiada, nawet jest dumna z ojca. Żebyście widzieli go wiosną, jak kosi trawnik. Facet ma dwie kosiarki (oczywiście elektryczne), jedną normalną na kółkach, drugą na szelkach do przycinania trawy w miejscach trudno dostępnych. A jak ta nie da rady to bierze nożyczki i na kolanach wyrównuje trawę. Zajob.
Otwiera ona, całe to szczęście. Wygląda jak ósmy cud świata. Zawsze wyglądała pięknie. Zawsze mnie podniecała jak tak wyglądała, nie mam pojęcia dlaczego ze mną jest, ale wolałem się nie dowiadywać. Często traktowała mnie jak zmiętą chusteczkę higieniczną, którą zapomniała wyciągnąć z kieszeni spodni zanim wrzuciła je do pralki. Mimo to, była ze mną, i lubiła się ze mnie ponabijać jako poety, czasami dawała mi do zrozumienia, że niektóre tekst nie nadają się, i nie była to zdrowa krytyka, poparta wywodem.
Całuję ją w policzek zanim cokolwiek powie. Wpycham się do środka, trochę na chama bo widzę, że nie bardzo jest jej to na rękę. Schodami na piętro czmycham, żeby jej rodzice nie widzieli mnie w takim stanie. Nabyte w tym domu maniery nawet teraz dają znać o sobie, choć zawsze nimi pogardzałem, siła przyzwyczajenia jest ogromna. Siadam na kanapie w jej pokoju, słyszę jej kroki, powolne i ciężkie, nie jest zadowolona z mojej wizyty. Umiem wyczytać jej nastrój z tego w jaki sposób się porusza, a ociężałe chodzenie, trochę takie jak u kobiety w ciąży, nie wróżyło nic dobrego. I tak śmiesznie przy tym sapała, nie mogłem przez to zachować powagi sytuacji, gdy ona mówiła jedną ze swoich moralizatorskich kwestii.
Wchodzi do pokoju. Rzuca mi jedno ze swoich spojrzeń. Chyba zestaw nr 5. Zestaw numer pięć, to spojrzenie zgorszonej panienki z dobrego domu połączona z nutą obrzydzenia fizycznego. Może jednak zestaw nr 2. Zestaw numer dwa to spojrzenie gromiące w połączeniu z obrzydzeniem ogólnym. Tak, to chyba zestaw nr 2.
- Masz tupet, kolego – jak zaczyna mówić do mnie kolego to mogę być pewny, że nasza rozmowa skończy się awanturą – wiesz jaki dziś jest dzień, no wiesz…
- Yyyy… – bladego pojęcia nie mam, więc strzelam, może trafię – rocznica ślubu twoich rodziców.
- Nie, kochany, dwa lata temu pochowaliśmy Dyzia, wiesz jaki ojciec był do niego przywiązany, i wiesz jak ciężko znosi życie bez niego, a dziś jest szczególnie smutny, ma migrenę i nie wolno go denerwować. – Jej ręce zamieniły się w wiatrak, gestykuluje tak, gdy jest zła. – Masz czelność tu przychodzić w takim ubraniu, w taki dzień…
Zatrzymała się na chwilę. Poczęła mnie oglądać, przez jej twarz przelewała się litość z zażenowaniem. Nic nie mówiła. To martwiło mnie najbardziej, rzadko się zdarza, że nic nie mówi.
- No co? Co mi się tak przyglądasz? Mam coś na twarzy?
- Nie… Jak ty wyglądasz? W co ty jesteś ubrany? – odruchowo chciałem jej opowiedzieć o wszystkim, ale w porę ugryzłem się w język.
- Długa historia, nie warta zachodu. Nie wkurwia cię to wszystko? Nie masz dość tego ciągłego wypominania mi wszelkich niedociągnięć, nie masz dość tych wszystkich ludzi w koło? Bo ja…
- O czym ty do cholery mówisz? Przychodzisz do mnie nie w czas, ubrany jak żebrak i zadajesz głupie pytania. – Jej twarz w sekundzie jednej zmieniła się nie do poznania. Z złej hetery stała się słodka jak Dolly Parton. – Trochę się zagalopowałam, przepraszam, że na ciebie nakrzyczałam, mów o co ci chodzi.
Teraz wszystko jest już dla mnie jasne, nawet nie musiałem pytać. Samo z niej wyszło, wiem, że grzebała w moich rzeczach, znalazła pistolet i nie wie co zrobić, żeby mnie odwieść od mojej myśli. I czy tak naprawdę tego chce. Patrzy na mnie z politowaniem, tak jakby się już pogodziła z tym, że odejdę na zawsze. Może jest jej to na rękę? Może w ogóle mnie nie kocha i nie potrafi tego skończyć z jakiś źle pojętych pobudek humanitarnych?
- Słuchaj, byłem u Małego. Strasznie narzekał, jak zawsze zresztą. Mówił co go wkurwia, doszedłem do wniosku, że i mnie to wszystko wykańcza, ja najzwyczajniej nie mam siły na takie życie. Wydaje mi się, że cały czas jestem obserwowany, że wszyscy wiedzą co robię, że jak walę sobie konia, to ludzie widzą mnie w swoich telewizorach – trochę się chyba zagalopowałem, ale widzę, że to działa, jej twarz zrobiła się bardziej wyrozumiała, tak jakby i ona myślała podobnie, ale bała się do tego przyznać, ze strachu przed utratą choćby tego pięknie urządzonego przez jej matkę pokoju. Musi wiedzieć co chcę zrobić. Sprawa staje się jasna, ale jakoś nie umiem tego wszystkiego zrozumieć.
- Czasami też mam dość, ale nie załamuję się, mam rodzinę i… ciebie mam – chwila wahania już wszystko wyklarowała, to ona stoi za tym telefonem. – Nie ciągnie mnie nigdzie, jestem na dobrym kierunku studiów, który sama sobie wybrałam, mamy dużo przyjaciół i w ogóle jest fajnie…
- Dzwonił do mnie dzisiaj, jeden z twoich znajomych, ten z takim tubalnym głosem, jak on się nazywa? – wiem, że tani jest to wybieg, ale może zadziała.
- Który? – jej zmieszanie nawet mnie zaskoczyło.
Nie mam pojęcia, który to, ale zablefuję, że wiem. Musi mi powiedzieć. Może kazała mnie obserwować kilku swoim kolegom. Może naprawdę nie wiedzieć o kogo chodzi. Gdyby był to jeden z moich znajomych głos bym rozpoznał od razu, więc należał do jej paczki.
- Ostatnio widzieliśmy się z nim w KoKoAugen, nie pamiętam jak on się nazywa. Powiedz nazwisko to powiem ci czy to ten – strasznie się czuję prowadząc taką płytką gierkę, ale i ona i ja przecież wiemy o co chodzi, to tylko pozory.
Z dołu woła ją matka. Szybko zbiega z wyraźną ulgą. Nic więcej się nie dowiem, więc wymykam się po cichu. Bez pożegnania, bez do widzenia, choć raz udało mi się uniknąć kurtuazji w tym domu.
Jak ona może tak żyć. Co ja w ogóle z nią robię. Tyle czasu na marne, jak kupa w klozecie, cały związek do szamba. Przecież ona nie ma pojęcia. Ma swoje studia, ma rodzinkę, ma meble w pokoju droższe niż wszystko to co posiadam ja z bratem i kilkoma innymi członkami mojej rodziny. Czy mając takie życie, można się na coś wkurwiać, czy można w ogóle zauważać okropieństwa rzeczywistości. Jak ona zamknięta w informacyjnym trójkącie SuperExpressu, Polsatu i Radia Zet mogłaby cokolwiek zobaczyć – kompletnie sformatowana… ale dupa niezła. Rzygać mi się chce. Zaczynam myśleć, że wszyscy ludzie wkoło to roboty-szpiedzy. Nie raz wydawało mi się, idąc przez miejskie ulice, że słyszę skrzypienie nie naoliwionych przegubów, chrobot metalowych ślimacznic udających układ trawienny. Przed oczami staje mi obrazek z filmu „The Wall”, jak te dzieci wpadają do maszynki do mięsa. Może być, że to prawda?
Ale dlaczego ja jestem inny, dlaczego mnie to nie spotkało. Może jak małego Mojżesza, w dzieciństwie, ktoś wypuścił mnie nie w prądy mainstreamu, ale w zwykłą smródkę. Zamiast do brzegów wielkiej śródziemnomorskiej cywilizacji dobiłem do krańca błotnistego stawu.
Łażę po mieście, kompletnie straciłem mapę. Wyglądam i czuję się tak jakbym przebył pół świata w poszukiwaniu sensu życia, a drugie pół w poszukiwaniu sensu grania w kanastę. Dygocę z zimna. Palić chce mi się niezmiernie. Podbiegam do kiosku i proszę paczkę papierosów. Udaję, że w tylniej kieszeni spodni szukam pieniędzy. Szybko chwytam fajki i daję nogę. Kioskarz nawet nie wybiegł za mną, więc uciekałem powoli, zresztą w tych drewniakach szybciej się nie da. Nie wiem, już gdzie iść. Ona coś wie, ale nie dowiem się niczego więcej. Mały też coś wie, ale Mały… sami wiecie. Reszta wyjechała na zesłanie na zachód, myć gary i sprzątać, dawać dupy za śmierdzące eurasy, za które jak wrócą kupią sobie cały ten zmarnowany czas.
Pokręcę się jeszcze trochę po mieście. Może kogoś spotkam. Zęby szczękają mi jak kastaniety gorącej hiszpanki. Chyba jest taka choroba, która nazywa się hiszpanka. Może to gorączka nawet. Nie wiem. Muszę się ogrzać, pójdę do marketu, tu za rogiem, pokręcę się, może coś przekąszę w promocji. Wiem, że to bez sensu, bo za chwilę będę na tamtym świecie i całe to żarcie się zmarnuje, ale na głodnego to samobójstwa nie da się popełnić. Skazanym na śmierć też przysługuje ostatni posiłek. Ta myśl bardzo mi się spodobała. Pójdę do marketu i poproszę o najlepsze towary, z górnych półek, z tych, na które nigdy nawet nie śmiałem spojrzeć będąc studenciakiem.
- Proszę pani jestem u progu sił, czy mógłbym dostać szynki, jogurt zbożowy, serdelków i chleba? Jestem na granicy wytrzymałości, dziś popełnię samobójstwo i myślę, że należy mi się ostatni posiłek – pani obsługująca zaplecze, chwyciła mnie pod ramię i poprowadziła na tył marketu, w myślach widziałem już jak się obżeram.
- Panowie, proszę tego pomyleńca, ale dyskretnie, wypierdolić z palcówki – i oddała mnie w ręce dwóch rosłych panów po kursie ochroniarskim.
Znów jest mi zimno i w dodatku dupą urzęduję w kałuży, lekko zmarzniętej. Jebani komuniści, pomyślałem i podniosłem się nie bez bólu. Czasami przeraża mnie szyderczość sytuacji. Stoję na ugiętych nogach, bo z tego chłodu mnie tak gnie. Latynoska muzyka dobiega z jamy ustnej. Zrobiło się ciemno. Wracam do domu, najwyżej będę się tułał po ziemi jako postać niematerialna. Trudno.
W moją stronę idzie jakaś znajoma postać. Wytężam wzrok, wyostrzam, wiem, że znam osobnika napierającego pod wiatr jak taran. Idę z wiatrem to mi łatwiej. Mijam gościa bez słowa.
Silne szarpnięcie zatrzymuje mnie w pół kroku, o mały włos zatopiłbym drewniaka w zmarzniętej psiej kupie.
- Witam pana, cos się stało – głos ciepły jak piwo mdły, poznaję to mój były szef.
- E… Dobry wieczór, nie nic – staram się wyrwać z uścisku sztywnego i zarazem pedalsko delikatnego.
- Nie wygląda pan najlepiej… oględnie mówiąc – zmierzył mnie od góry do dołu. Smutek musiał zagościć na jego twarzy z powodu nie reprezentatywności jego byłego pracownika.
- Ano.
- Proszę pójść ze mną, coś poradzimy. Pójdziemy napić się herbaty.
- Piwa!
- Może być i piwa – ściągnął płaszcz i okrył nim mój sparagrafowany grzbiet.
Nienawidziłem tego faceta. Osiem miesięcy pracy u niego spowodowały moje częste wizyty u psychiatry oraz niepewność co do własnej tożsamości seksualnej. Po kilku miesiącach obmacywania i seksualnych podtekstów naprawdę zacząłem się zastanawiać czy nie jestem gejem. O nie mały włos przespałbym się ze swoim przyjacielem z dzieciństwa, który ewidentnie był pedałem. To była jedna z tych imprez, po której ma się kaca przez trzy dni, a głupio się człowiek czuje przez tydzień. Zapraliśmy się, bo dawnośmy się nie widzieli, jak stodoły. Od słowa do słowa, od gestu do gestu i już leżymy w wyrku liżąc się zapamiętale. W momencie gdy on zaczął wkładać mi rękę w majty pojąłem, że ta zabawa nie koniecznie mi się podoba i wyszedłem, ale nie powiem, miło było.
Bar jakiś podrzędny, pewnie dla starej daty pedałów. Piwo smakuje okropnie, on siedzi naprzeciwko mnie i bacznie mi się przygląda. Jego oczy są płomienne, nie raz już widziałem to spojrzenie. Jest mi wszystko jedno. Do naszego stolika podchodzi facet wielki jak drwal z Jukonu. Wita się z nim, potem, bardzo ostrożnie ze mną. Do niego puszcza oko, którego niby nie miałem widzieć.
- Słuchaj, jutro przyjdź do mnie, będzie małe przyjęcie. Kolegę też możesz zabrać. – odchodzi kilkakrotnie się odwracając i puszczając oko, nie wiem czy to do mnie, czy do niego, ale rozejrzawszy się po lokalu, to byłem tu najlepszym ciachem. Nawet poczułem się lepiej z tego powodu. Jeszcze nigdy nikt nie poświęcał mi tyle uwagi. Piwo nawet smaczniejsze się wydało, choć to straszne szczyny.
- Przepraszam cię za kolegę, jest mało okrzesany, ale jest jednym z najlepszych poetów jakiego znam. Znamy się od dawna, dużo razem przeżyliśmy, oj dużo – jego uśmiech wydał mi się obrzydliwy – żebyś ty wiedział.
- Może jeszcze jedno piwo, może się pan też napije, a nie tak przy herbacie – zaproponowałem bez ogródek, widzę, że leci na mnie to dlaczego mam tego nie wykorzystać. Nie było ostatniego posiłku to niech będzie chociaż ostatnia najebka.
Poszedł do baru. Siedzę przy obskurnym stoliku w lokalu nie lepszym od niego i zastanawiam się co jak tu robię. Już około szesnastej powinienem być sensacją na osiedlu, a ja siedzę i piję piwo w gejowskiej knajpie z byłym szefem pedałem. Marzy mi się poczuć ten chłodny ciężar w ustach, kulę przebijającą mózg, fotel miękki, który zabierze mnie z objęć paranoi.
Przy barze kolejka, jakaś dysputa rozgorzała. Dochodzą do mnie strzępy kłótni. Któryś z nich jest chory, nie ma na lekarza, boi się, źle się czuje. Krwawi. Nie zwracam uwagi, nie moja sprawa, ale wszyscy przejęci. Wraca z piwami, minę ma pochmurną a przez to zrobił się nieprzyjemny wizualnie.
- Stało się coś? – pytam kurtuazyjnie, bo gówno mnie obchodzi co dokucza staremu pedałowi przy barze.
- Nie nic – zamyślił się – pijmy, noc jeszcze młoda a takiej szkoda – cholera sami poeci.
- To zdrówko – i wznoszę kufel na wysokość oczu, żeby choć przez chwilę zasłonić sobie cały ten burdel.
- Zdrówko.
Milczenie zapanowało. Widzę, że jest zmartwiony i że z ostatniej najebki może nic nie wyjść bo sponsor zmarkotniał. Przybliżam się do niego. Wbrew obrzydzeniu kładę mu rękę na ramieniu.
- Coś nie tak – obrzydzenie mija, nagle poczułem się potrzebny. Poczułem, że jestem w stanie pomóc.
Spojrzał na mnie. W oczach szklanki. Ręce mu dygocą jak listki brzozy na wietrze. Dopiero teraz zobaczyłem ile w nim subtelności. Napiłem się piwa, żeby nie zwariować od tych spostrzeżeń.
- Widzisz chłopcze – mówi do mnie jakbym był jego synem, a on starszy jest ode mnie może pięć, sześć lat – zawsze mi się podobałeś. Strasznie ubolewałem, że odszedłeś z firmy. Myślę, że nie dało się zauważyć mojego zainteresowania tobą. Bolało mnie gdy ukradkiem słyszałem co o mnie mówisz, ale wiedziałem też, że nic na to nie poradzę.
Przytuliłem go jak wylęknionego kundla, zdziwienie moje było tym większe, że nie czułem do siebie obrzydzenia.
- Będzie dobrze – on nachylił się i pocałował mnie w usta, odskoczyłem.
- Przepraszam, napijmy się – powiedział zerkając na pusty kufel.
Znów poszedł do baru. Drugie piwo rozanieliło mnie, dobrze się czuję w tym miejscu. Żadnych agresywnych bodźców. Nawet żadnych reklam tu nie ma. Muzyka leci sobie spokojna, światła przyciemnione, żyć nie umierać. No właśnie, umierać czy nie umierać? Decyzja jest podjęta. Umierać, ale jeszcze nie teraz. Ostatnia szansa na odkupienie grzechów. Nic się przecież nie dzieje bez przyczyny. Ten telefon, Mały, ona, szef-pedał, knajpa i piwo. Całe to wkurwinie gdzieś uciekło. On wraca z dzbanem piwa. Stawia na stole trzy kufle. Dziwię się.
- Dołączy do nas mój kolega, którego poznałeś przed chwilą, nie masz nic przeciwko temu – kręcę głową, co ma oznaczać, że nie.
Sytuacja zmieniła się nagle. Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Jeszcze mnie w dwóch wydymają. Nic, siedzę i czekam na to co ma nadejść, niektórych rzeczy nie da się ominąć. Tak musi być. Przychodzi drwal.
- Nie przeszkadzam – jego głos nie pasował mi do jego silnej postaci, był miękki i śpiewny jak głos eloja.
- Nie oczywiście, że nie – odpowiedziałem nie będąc pewien tego co mówię. – Pan zdaje się jest poetą?
- Owszem tak, mówią. Ja raczej nie nazwałbym się tak. Poeta to ktoś z wyżyn języka ze spojrzeniem na niziny. Ja piszę o miłości. Temat banalny ale wdzięczny.
- Ja też piszę, pisałem – powiedziałem to chcąc poprawić swój wizerunek, ale chyba tylko sobie bo nie zrobiło to na nich wrażenia.
- Jak on się ma – zwrócił się szef do drwala – lepiej już mu, pożyczą mu pieniądze?
- Zebrali sporą sumę, nie starczy jednak, ja mu dam jak wezmę wypłatę za parę dni. Trzeba ratować chłopa bo całkiem zmarnieje – drwal cedził słowa, nie było mu to zdarzenie na rękę.
- Przepraszam, muszę iść do kibla – odsunąłem się od stolika, żeby sobie pogadali, wolę nie znać szczegółów. – Gdy oddaliłem się kilka kroków ściszyli głosy, pewnie gadają o mnie.
Wróciłem szybko, żeby za dużo nie poplotkowali sobie, ale drwala już nie zastałem.
- Gdzie poszedł…
- Musiał już iść, ważne sprawy – uciął temat, więc więcej nie pytałem.
- Na pewno wszystko w porządku, widzę, że nie jest to najlepszy moment na picie piwa – asekurowałem się.
- Nie, nie. Wszystko dobrze. Powiedz mi, co się stało, że tak mizernie wyglądasz? Masz gdzie mieszkać? – skierował rozmowę na mniej bezpieczne tory.
Zacząłem pojmować, że niewątpliwie chce mnie wydymać. Ale czy w świetle mojego postanowienia ma to jakieś znaczenie. Spiję się z nim, pogadam, bo dobrze się gada i w ostatniej chwili zerwę się mu z haczyka.
- Problem w tym, że wszystko jest w porządku. A wyglądam tak, bo… bo oddałem rzeczy dla biednych i teraz sam nie mam w czym chodzić – nie chciałem mu mówić o samobójstwie, nie jego sprawa.
- Dobra dusza z ciebie. Mówiłeś, że też piszesz? Poezję? Prozę? – uniósł rękę zaznaczając pauzę – nie czekaj nie mów, piszesz sztuki.
- Poezję, to znaczy wiersze. Zresztą nie wiem sam… przestałem pisać jakiś czas temu, może jestem za słaby, żeby ktoś to docenił, jednym słowem podcięto mi skrzydła. – chyba za bardzo się rozżaliłem, ale obliczyłem wypowiedź na pewien efekt.
Patrzę w jego szczerą twarz, za mgłą już moje oczy funkcjonują. Zrobiłem smutną minę tragika i milczałem. On przyglądał mi się z uwielbieniem, zaczęło mi to pochlebiać nawet. Zastanawiam się, czy aby nie powiedzieć mu o moim postanowieniu, które z każdą chwilą wydaje mi się co raz bardziej nierealne. Powiedzieć, nie powiedzieć. Może naprawdę zagubiony jestem w tożsamości płciowej, nie wiem, które drzwi mam otworzyć, czy mieszkania, w którym śpi pistolet, czy mieszkania szefa.
- Słuchaj – mówię do niego stanowczo – może poszlibyśmy stąd, na jakieś wygibasy, strasznie tu nudno i atmosfera jakaś ciężka, grobowa powiedziałbym.
Oczy uśmiechnęły mu się od ucha do ucha. Stara się nie dać poznać po sobie, że jest zadowolony, udaje obojętnego. Jednak efekt udało mi się osiągnąć zamierzony, bo wychodzimy.
Idziemy pustymi ulicami. Blisko siebie. On trochę się słania i jest to pretekstem, żeby chwycić mnie za ramię. Nie oponuję. Zatrzymujemy się na chwilę, żeby zapalić.
- Nigdy nie przeżyłem takiego dziwnego dnia – trochę bełkocze, ale ma to swój urok. Pamiętam go jako szefa, zaradnego, zapobiegliwego młodego przedsiębiorcę, a teraz idzie obok mnie potulny jak pies na smyczy – Od rana spotykają mnie same przyjemności. Żona odeszła ode mnie, nie musiałem jej mówić dlaczego jestem taki chłodny dla niej, ona nie wie, to dzieci też nie wiedzą i mam święty spokój.
- Miałeś żonę? Nie wiedziałem. Jak to znosiłeś – moje pytania wydają mi się tendencyjne, ale co mam powiedzieć.
- Nieważne. Później byłem na wyśmienitym obiedzie z deserem, smakował wybornie, poszedłem do kina i na koniec spotkałem ciebie – wesołość jak go opanowała w tej chwili udzieliła się i mnie.
Spaliliśmy papierosa i poszliśmy dalej. Opowiadam jakiś dowcip o lekarzu i babie. On się śmieje, pewnie nawet nie wie z czego. Idziemy pod ramię, prowadzimy się nawzajem. Odechciało mi się tańców. Położyłbym się. Jestem zmęczony. Samobójstwo popełnię jutro.
Przez lekko uchylone powieki wlewa się trochę światła. W ustach nieświeży zapach. Dupa boli ale nie mocno. Ledwo pamiętam to, co wydarzyło się w nocy. Nie jest mi wstyd. Przeżyłem po raz pierwszy i ostatni coś takiego. Czy żałuję? Nie. Chyba nie. On śpi. Wstaję. Ubieram spodnie za długie, koszulkę za długą i drewniaki. Wychodzę zanim się obudzi. Tego nie zniosę. Jego spojrzenia, nawet nie chcę sobie wyobrazić jak zaproponuje kawę i papierosa. Fajki leżą w przedpokoju, kradnę je i wychodzę. Zimno jak cholera. Chyba gorzej niż wczoraj, chmury śniegowe wiszą nad miastem. Zastrzelę się jak spadnie śnieg, no chyba, że nie spadnie, wtedy też się zastrzelę.
Idę do niej. Chcę ją jeszcze raz zobaczyć. Dzwonię. Otwiera jej matka. Rozdziawia buzię z niedowierzania. Pytam czy ona jest. Nie odpowiada. Bez zaproszenia wchodzę do środka. Jej matka nie sprzeciwia się, chyba tylko dlatego, że zdeterminowana moja twarz musiała się pokryć z jej wyobrażeniem twarzy seryjnego mordercy, ci dorobkiewicze zawsze upraszczają sobie rzeczywistość. Idę na górę, siedzi z jakimś chłoptasiem z Ameryki na kanapie i chichocze. Kurwa mać – myślę – normalnie Izabela Łęcka.
- To ja już pójdę – zrazu trafia mnie moja niska samoocena, zapominam o swoim determiniźmie i wycofuję się.
- Co ty tu robisz – podchodzi do mnie, chwyta za rękę i szarpie jak pani przedszkolanka niesforne dziecko.
- A gdzie powinienem być? Na tamtym świecie? Przeszkodziłem w romansowaniu? O co tobie chodzi… – zaprzestałem pytać, by uzyskać odpowiedzi na powyższe pytania.
- Nic ci do tego co my tu robimy, bo od wczoraj nie jesteśmy razem, powiedziałam to rodzicom – myślałem, że krew mnie zaleje, a ona przy tym uśmiechała się jak dziecko z Beverlly Hills, kiedy rodzice mówią mu, że alkohol jest be.
- Kurwa… A mi nie mogłaś tego powiedzieć, ja tu chcę się zabić, jakiś telefon mi wszystko rozpierdala, latam po mieście szukając odpowiedzi, a ty nie raczysz powiedzieć mi, że ze mną zrywasz – przekleństwo w tym domu jest karane śmiercią, zaraz mój problem rozwiąże się samoistnie.
- Karol do ciebie dzwonił- pokazuje na pana siedzącego na kanapie, koleś wygląda tak jak brzmi jego głos, tubalnie – on sprawdzał czy się już wyekspediowałeś na tamten świat.
Wyekspediowałeś, ja pierdolę gdzie ona się tego nauczyła. Nie była głupia tylko prosta, słowa zawierające w sobie więcej niż pięć liter stanowiły dla niej bezużyteczną nadwyżkę językową. Przestałem czuć się jak głupek i nieudacznik, wszystko stało się jasne. Gdy świadomość tego co chciałem zrobić jeszcze wczoraj dotarła do mnie, a właściwie gdy dotarło do mnie jak przebiegły plan miał ona by ze mną zerwać zemdliło mnie.
- To wszystko ukartowałaś wredna suko – pan z kanapy nawet nie drgnął, musiałem mu się kojarzyć z niegroźnym psim gównem, które szczeka jak jego stwórca – nie mogłaś po prostu mi powiedzieć, że to koniec.
- Zwariowałeś, zainwestowaliśmy w cienie kilka lat, ja i moi rodzice. Miałeś zacząć po studiach pracę u ojca w firmie, najpierw jako fizyczny pracownik, żebyś miał pojęcie o podstawach, a później awans… – nie wierzę w to co słyszę.
- Wy jesteście pojebani, was nie wolno zamknąć was trzeba leczyć. Przecież twój stary założył firmę na początku lat dziewięćdziesiątych i prawie zbankrutował, gdyby nie forsa od tego szemranego Rumuna, to dziś byście byli underclass, gorsi klienci, a wy co odpierdalacie – z dołu matka jej ryczy, żeby mnie wyrzucić z domu, bo wezwą policję – pojebało was, chcecie jakieś salonowe gry prowadzić na wiejskim podwórku – zanim skończyłem pod dom zajechał radiowóz.
Wybiegłem, rozżalony i zdenerwowany. Obok posterunkowego przebiegłem bez zwyczajowego „co słychać parówy”, nie zatrzymywali mnie, przecież nic nie zrobiłem. Trochę nakląłem w domu mej byłej dziewczyny.
