epimonolog
Odchodzę, powiedziała. Stała przede mną, w szarym kostiumie,w tym, w którym przyjdzie na pogrzeb. Stała między dwoma czerwonymi walizkami. Spomiędzy jej czerwonych warg wydobyło się, jak dziecko po ciężkim porodzie, jedno słowo. Jedno jak ona jedna między walizkami. Była napiętą struną, gotową do rozedrgania, czekała na moje w nią uderzenie, które nie nastąpiło. Ugięła lekko kolana, patrząc mi w oczy, przykucnęła i podniosła walizki. Obróciła się, szła ku drzwiom pochylona jak człowiek obawiający się strzału w plecy. Przed drzwiami postawiła jedną walizkę na ziemi, przekręciła gałkę, podniosła bagaż i wyszła. Klucz wrzuciła przez otwór na listy.
Odchodzę, powiedziała. Siedziałem w jej czerwonym fotelu, w jej studioflat, obszernym i jasnym mieszkaniu. Meble czerwone, ściany białe, czarne dodatki. Jak długo tak siedziałem, nie wiem dokładnie, kilka może kilkanaście tygodni. Wystarczająco długo by zdążyła się spakować, a przede wszystkim by zdążyła podjąć decyzję.
Odchodzę, powiedziałam. Wchodząc do salonu miałam nadzieję, że będzie spał. Spał. Stanęłam w takiej odległości aby jego wzrok nie mógł mnie dosięgnąć. Miałam na sobie szary kostium. Skromną marynarkę, i krótką spódniczkę, trochę przed kolano. Poczerwieniłam usta. Zanim się przebudził minęło trochę czasu, zbyt dużo, zaczęłam się wahać. Gdy się ocknął i spojrzał na mnie szarymi oczyma, jak kostium szarymi, ten, który wybrał mi na pogrzeb, myślałam, że się rozmyślę – zanieść z powrotem walizki i zostać. Odchodzę, powiedziałam jednak, chwilę po tym jak się obudził. Nie mogłam dłużej czekać. Ciało siedzące przede mną nie było nim, nie kochałam tego co widziałam. On już był od dawna poza. Było tam coś w rozciągniętym szarym swetrze, poplamionych w kroczu dresowych spodniach, ale nie było go w tej szaro – pożółkłej skorupce ciałka. Właśnie – ciałko – tak wtedy pomyślałam.
Odeszła. Przyszła na pogrzeb tak jak obiecała. W szarym kostiumie. Stała na uboczu, przyglądała się ze smutkiem jak trumnę opuszczano na dno grobu. Mogłem być zły na siebie, że nie pozwoliłem jej na uczestniczenie w misterium odejścia. Myślałem, że mi wybaczy, że jeszcze będzie mi wdzięczna. Chyba się nie myliłem. Nie ma nic ciekawego w upadku, w kapitulacji ciała i zanikaniu ducha. Stała w cieniu topoli opierzonej wczesnojesiennie. Odeszła nim pogrzeb się skończył.
Odeszłam. Wrzuciłam klucz przez otwór na listy. Zmieszałam się tym bezsensownym gestem, zbyt teatralnym, zbyt nachalnym i symbolicznym. Kiedyś byliśmy w teatrze, klasyczna sztuka, musieliśmy wyjść przed końcem pierwszego aktu. “Jakkolwiek naturalnie by nie grali, cały czas udają” skomentował. Do kina też nie chodziliśmy. Zawstydziłam się. Wrzuciłam klucz od mojego mieszkania. Do tej pory nie wiem co to miało znaczyć, że co? że już nie wrócę, czy on nie wróci? Odeszłam, zostawiłam go tak jak sobie życzył. Za zamkniętymi drzwiami, siedział na fotelu, na czerwonym fotelu, sam jak mebel. Niewiele się różniąc od reszty wyposażenia, może kolorem tylko nie pasował. Wrzuciłam ten cholerny klucz. Słyszałam jak upadł na terakotową podłogę. Zabrzęczał lekko, ale dźwięcznie. I chyba gorzej nawet, że dźwięcznie. Cóż za durny pomysł na ostatnie pożegnanie. Mogłam mu tego oszczędzić. Łudzę się nadzieją, że był zbyt słaby, by to zauważyć.
Zostałem sam. Widziałem jak ten metalowy przedmiot, służący do otwierania i zamykania drzwi, które jednocześnie są i wejściowe i wyjściowe, widziałem jak upada na terakotową posadzkę, na pewno wydał metaliczny odgłos, taki jaki lubią wydawać metalowe przedmioty spadające na twarde podłoże, ale nie słyszałem tego. Pomyślałem wtedy, cóż za zbędna teatralność, przecież wiesz jak tego nie cierpię, po co udawać życie? Przestraszyłem się tej myśli, tego obruszenia, oznaki, że jeszcze żyję, że nie do końca jestem martwy, choć na śmierć już skazany. Siedziałem w jej studioflat śmierci, jak w celi. Wyrok już zapadł, kłopot był tylko z ustaleniem terminu. Wciąż miałem silne serce. W szpitalu, gdybym dotrwał do takiego stanu w jakim się znajdowałem, zalano by mi płuca wodą i utopiono, jak Stalin kopalnię ze strajkującymi górnikami.
To był mój pomysł. Nawet mnie się wydawał kontrowersyjny. Powiedziałem jej o tym i dałem czas na przemyślenie, nie ukrywałem, że odmowy nie biorę pod uwagę. Zresztą, prędzej czy później zaczęłyby jej takie myśli chodzić po głowie. To było ułatwienie. Miała zdecydować kiedy to nastąpi. W dniu, w którym się dowiedzieliśmy, “że nie dłużej niż trzy miesiące, no może w porywach, bo serce ma Pan silne, drogi Panie, cztery do pięciu, z czego te nadprogramowe tygodnie to już będzie agonia ludzkiemu oku nie miła”, tak się wyraził profesor Behrens, już wtedy zdecydowałem o tym. Nie mogła się nie zgodzić, to znaczy mogła, ale później żałowałaby, że nie zgodziła się od razu. Na początku oponowała, później z biegiem dni, gdy mój stan znacznie się pogarszał: „rozkręciła się w Panu karuzela na całego, drogi Panie”, żeby ponownie zacytować słowa profesora, widziałem jak pęka w niej owoc złości, jak przeklina bezsilnością siebie, mnie, Behrensa i całą ludzką zdobycz jaką była medycyna. Pewnego wieczoru, kilka dni przed tym, gdy postanowiła mnie opuścić, przyszła do mnie. Usiadła na fotelu, czerwonym, naprzeciwko mnie i powiedziała: „Zrobię tak jak mówiłeś”. Nic więcej nie dodała. Poszła. Już wtedy wiedziałem, że nastąpi to niebawem, że już jestem ponad jej siły. Dała mi czas na usposobienie się, czas na przygotowanie ostatniego słowa. Od tamtej chwili przestałem zażywać „owoce – niech Pan myśli, że to owoce zdrowia”.
To był jego pomysł. Oczywiście, zaraz po diagnozie wydał mi się nieludzki i okrutny, względem mnie a przede wszystkim względem jego samego. Bał się śmierci, wiele razy o niej mówił. Miewał, od czasu do czasu, napady melancholii, depresji czy też zwyczajne doły, dlatego nie podjęłam wtefy tego tematu. Myślałam, że to efekt szoku podiagnozowego. Kilka dni później, gdy poczuł się gorzej, znów wspomniał o tym. Odejdziesz, gdy przestaniesz mnie kochać, powiedział. Tak naprawdę zaczęłam myśleć o tym poważnie dopiero wtedy, gdy musiałam po nim posprzątać. Nie zdążył do toalety. W aptece kupowałam pieluchy dla dorosłych, z taką odrazą, że dostawałam mdłości. Pamiętam doskonale, gdy wróciłam z tą przeklętą torbą, rzuciłam ją na stół w kuchni i krzyknęłam, że to pierdolę. Nie słyszał. Spał po morfinie. Weszłam do salonu. Wyglądał zwyczajnie, jak wtedy gdy pierwszy raz go zobaczyłam. Spał na tej samej kanapie co teraz. Zawitał do mnie o czwartej nad ranem. Mokry i pijany. Wpuściłam go i tak już został.
Zaraz po ogłoszeniu wyroku przez Behrensa, poczułem się gorzej. Poprosiłem ją, bo siły mi ubywało, a profesor zabronił mi się wysilać, żeby zebrała moje rzeczy, te bardziej wartościowe i oddała kilku znajomym. Oczywiście ona miała pierwszeństwo, ale nie chciała nic. Zniosła do salonu, bo od tego pechowego dnia, który profesor nazwał „dniem wyzwolenia”, prawie nie ruszałem się z fotela. Przyniosła Książki, płyty, tych kilka ciuchów, które miałem. Przez dwie godziny wybieraliśmy, co zostaje, a co idzie do ludzi. Wszystko oddałem. Poszło na jej zgrabnych nogach. Ona pewnie nie myślała już o tym, a ja i owszem. W chorobie, gdy temperatura krwi rośnie znacznie, gdy mózg się przegrzewa, bardzo się chce. Ciągnęło mnie do niej, jak cholera ciągnęło.
Gdy wróciliśmy do domu, on usiadł na fotelu i powiedział, że tu umrze. Powiedział, że mogę zostać, ale jego życzeniem byłoby bym się oddaliła. Przypominam sobie dokładnie jego słowa: „nie bardzo chciałbym patrzeć na Ciebie gdy będę się tak staczał, nie bardzo chciałbym widzieć swoje odbicie w Twoich, pełnych litości i wkurwienia oczach, odejdź wtedy, gdy uznasz to za stosowne, ale nie później niż dzień przed końcem.” Bardzo mnie wtedy rozbawił, bo to było naprawdę śmieszne, bo skąd do jasnej cholery mogłam widzieć, kiedy to będzie „dzień przed końcem”. Zaraz potem jak usiadł na fotelu, czerwonym, jego stan od razu się pogorszył. Widziałam jak go ogarnęła ta choroba, jak troskliwa matka ramieniem, utuliła go i pogrążyła we śnie. Zaczęłam się zastanawiać na tym „fenomenem”. Gdyby nie diagnoza Behrensa może nic by się nie stało. Choroba nieuświadomiona nie jest chorobą. W jakimś skandynawskim filmie, o pastorze, była puenta: „Pastor tak bardzo nie przyjmował do wiadomości swojej choroby, że nie umierał.” Przeklinałam w duchu całe to lekarskie tałatajstwo z profesorem na czele. „Proszę się nie martwić, wszystko będzie dobrze, mówił Behrens, jeszcze taki się nie urodził, któremu umrzeć by się nie udało. Naprawdę, nie ma się czym przejmować. I niech Pani będzie męska, do cholery.” Gdy osunął się na fotel, kazał sobie przynieść swoje rzeczy, ale to chyba było trochę później.
Profesor starał się dodawać mi otuchy, dzwonił do mnie codziennie. Pytał: „łykasz owoce drogi Panie?” Odpowiadałem, najpierw zgodnie z prawdą, później kłamiąc, że tak, oczywiście. Odkładałem słuchawkę. Zastanawiałem się na tym całym umieraniem. Bo, po morfinie, miałem i czas na to i sposobność ku temu, moje myśli odrywały się od tego świata siedzącego w czerwonym fotelu i wędrowały poprzez mity i wierzenia, które zdążyłem, zupełnie niepotrzebnie, zakodować w swojej głowie przez całe krótkie moje życie. Z fotela widziałem łazienkę. Widziałem jak ona się myje. Widziałem jej nagie, wciąż (przecież to ja byłem chory nie ona) jędrne ciało. Drobne, jędrne piersi o małych sutkach koloru krwi z mlekiem, nachylona nad umywalką, myjąc zęby zabawnie obracała głową, odsłaniając kark i skórę na nim. „Tak nie od rzeczy powiem, wtrącił kiedyś profesor, że Panią chciałbym namalować, ma Pani niesamowitą fakturę skóry.” Myślę, że decyzję podjęła wtedy, po wyjściu z toalety.
To było, może nie obrzydliwe, raczej żałosne. Siedział z jakoś tak dziwnie zsuniętymi spodniami. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że nie powinnam tak z cyckami na wierzchu paradować przed nim. W ręce trzymał całkiem zmarniały penis, skurczony i pożółkły jak cały on. Odkąd zamieszkała z nami jego choroba zrobił się obcy, oddalaliśmy się do siebie. Stawało się to naturalnie. Tak naturalnie jak to, że wpuściłam go do swojego domu. Nie miał do mnie żalu, tak mi się wydaje. Ale przestałam się przed nim pokazywać, choćby w bieliźnie. Wyszłam wtedy z łazienki, spojrzałam na niego. Nie wiedziałam co się dzieje z moją twarzą, ale chyba był na niej drwiący uśmiech, wydaje mi się, że nie pozbawiony poloru litości, a zarazem wykrzywiły mi się brwi ze zdziwienia. Musiałam wyglądać nie głupiej niż on.
Trudno mi określać czas. Co było wcześniej, co było później. Czas nie miał znaczenia w te ostatnie kilka tygodni. Ona przychodziła, pomagała mi, starała się na tyle na ile mogła. Chociaż wiedziałem doskonale, że już po kilku dniach „załamania pogody ducha”, jak mawiał profesor, miała dość. Starałem się, spod półprzymkniętych oczu, spod kamiennych bram powiek dojrzeć w niej, to co się działo. Ale nie wyczytywałem nic. Twarz była martwa, jak moja. Przypominały mi się sceny z naszego życia, z życia mojego wcześniejszego, przed jej poznaniem. Twarze ludzi, zapachy, dźwięki bywały tak realne, że mówiłem do nich, chciałem dotknąć. Musiałem wyglądać naprawdę zabawnie w tym pospolitym szarym dresie, na drogim fotelu, czerwonym, wymachując łapami lub oblizując się łakomie. W majakach tych stawała ona, najpierw jako ich część, później już wyodrębniona, arbitralna postać. Prosiła bym przestał, żebym już wracał i pobył z nią. Jeszcze czasami jej zależało. To było wtedy, gdy nie bardzo bolało. Bywały takie dni, aż do samego końca bywały.
W nocy, przed snem, często myślałam o nim, na fotelu, czerwonym, siedzący człowiek, który zaraz ma umrzeć. I na te pięć minut przed śmiercią, ja musiałam się oddalić. Ile razy chciałam oddać go do hospicjum? Myślałam o nim, o nas. Moje życie wydało mi się jałowe, mieszkanie zbyt pyszne i przerysowane na to żeby umierał w nim człowiek, on. Czułam się źle. Czy go kocham? Zadawałam sobie to pytanie zanim zasnęłam. Pozostawiałam bez odpowiedzi, a może z odpowiedzią raczej taką: to się okaże. To było już bliżej końca, poszłam do Behrensa i zapytałam o jego „widzenia”. Profesor odpowiedział: „Szanowna Pani się nie martwi, umierający wciąż jest żywy, tyle tylko, że dane mu zobaczyć więcej. Proszę go nie niepokoić z tego powodu. Jeszcze się nam gotów obrazić i umrzeć.” Nie cierpiałam z nim rozmawiać. Przez niego nabawiłam się wstrętu do śmierci. Dlaczego on to tak spłycał, tak bardzo laicyzował.
Behrens był dla mnie niejakim oparciem. Z tym swoim wisielczym poczuciem humoru i z wiecznym „bądź Pan mężczyzną do cholery, drogi Panie”. W dziwny sposób mnie prowadził. Jego telefony, mimo tego, że niczego nie owijał w bawełnę, napawały mnie otuchą, oddalały pierwotny lęk, ten lęk, przed którym wszyscy uciekamy. Ona uciekała bardzo. Przechodziła różne etapy. Najpierw była rozpacz, bardzo krótki etap. Potem złość, ten już był trochę dłuższy od pierwszego, mimo tego też nie trwał zbyt długo. Później nastąpiła apatia i otępienie. Wtedy zniknęło wszystko. Popękały węzełki nasze, pokruszyły się mosty, mostki i kładeczki. To wszystko co tworzyliśmy jako para zostało utopione w morfinie. Morfina jak formalina, pomyślałem kiedyś. Zastanawiałem się nawet nad tym, czy nie zadzwonić do Behrensa i nie zapytać co ona na to, nie zrobiłem tego, w gorączce chciałem dokonywać rzeczy niestworzonych. Czułem się jak Don Kichot, beznadziejnie.
Czasami bywało tak, że nawet się ruszał z fotela. Bo to przecież nie byłoby możliwe, że tak zupełnie, przez kilkanaście tygodni nie zmieniał miejsca. Na początku sam chodził do łazienki, później, mówiłam już, że musiał nosić pieluchy. Ale nawet gdy choroba zawładnęła jego ciałem na dobre, miewał dni, iż wydawało mi się, że jeszcze wyjdzie z tego. Że będzie jak z tym księdzem w skandynawskim filmie. Po tym gdy go zobaczyłam nago, raz wróciłam do domu, gdy profesor go badał, zupełnie straciłam wiarę w swoje uczucia. Zobaczyłam, nie pożółkły, ale żółty korpus z rękoma i nogami. Weszłam do salonu, nie zwrócili na mnie uwagi. Profesor coś mówił, on stał przed nim, z spuszczoną głową małego, zawstydzonego chłopca. „Drogi Panie, medycyna wydaje wspaniałe owoce, a Pan, drogi Panie, pozwala sobie z nich kpić.” Tyle z tego zapamiętałam.
Pod koniec, w ogóle nie bywała w domu. Nocowała tylko. Leżałem na sofie, czerwonej, i czekałem. Liczyłem jej wejścia i wyjścia.
Odchodzę, powiedziała.
Odchodzę, powiedziałam. Zmarł nazajutrz. Zrobił mi tą przyjemność i nie kazał długo nękać znajomych. Wszystkim zajął się Behrens. Zjawiłam się na pogrzebie, w szarym kostiumie, tak jak sobie życzył. Stanęłam z boku. Było sporo ludzi. W końcu nie był aż taki anonimowy. Tylko profesor mnie zauważył, ale nie podszedł. W chwili gdy zaczęli spuszczać trumnę do grobu odeszłam.
