dom/home
Noszę w sobie ten obraz: stary, czterorodzinny dom o wyblakłych zielonych ścianach. Wczesny maj, sobota. Przedpołudnie.Kwitną wiśnie… czy to już jabłonie? Nie pamiętam, obraz tu drga, nie zgadza mu się czas kwitnienia. Może to moja niewiedza z sadownictwa nie pozwala mi się zatrzymać na dłużej – przerzuca wzrok na muchy: leniwe, tłuste owady wygrzewające się na wschodniej ścianie. Przedpołudnie, słońce grzeje, ogrzewa.
Za domem szopki pęcznieją zapachami żywicznego drewna, smarów, kurzu i i talkowanych dętek, wiszących na gwoździach. Wyzwolone z zagród kury drapią swędzącą ziemię, króliki pyszczkami robią do siebie głupie miny przy porannej koniczynie…
Wróciłem, znów tutaj, daleko od Ciebie, daleko nawet od tego obrazu we mnie. Na dworcu w S., pocałowałaś mnie i uciekłaś. Nie znosisz pożegnań, patrzałem za Tobą, obracałaś głowę, widziałem, jak łzy łamią tamę powiek, ale pękła dopiero później…
SMS:
jestem już w domu makijaż się trochę rozmazał
Odczytałem w drodze. Jaśniało. Wywąchiwałem z ubrania resztki Twojego zapachu.
Wszedłem z walizką do pokoju. Dom, powiedziałem i stanąłem w płomieniach wkurwienia. Co ja pieprzę, dom jest tam, gdzie wstajesz w nocy zjeść wafel, dopić rechę kawy i zapalić. Dom jest tam, gdzie, widzę jak śpisz, omotana kołdrą po sam czubek głowy, gdzie psia Plama siada na krześle przed komputerem i zjada pozostałości z naszej kolacji.
Noszę w sobie ten obraz z majowego dzieciństwa, odległy i poplamiony palcami wspomnień. Zawieszony we śnie, przez sentyment do starych fotografii, tak odległy jak brzeg Twych ust…
