Anderseitsarbeiter

daniel

1.

Od kilkunastu miesięcy sprawy toczyły się po złym torze i zjeżdżały na bocznicę. Agnieszka nie była w dobrej formie. Zimne krople niepowodzeń, wpadały za kołnierz, powodując nieprzyjemne dreszcze. Nerwowo tarła czoło, piła dużo, za dużo kawy, ale oblicze miała pogodne, pod koszulą kryła problemy.
Daniel był pochłonięty pracą, nie znajdował dla niej czasu. Nie oczekiwała wiele, starała się niczego nie oczekiwać. Nie chciała mu zawracać głowy przed dyplomem.
Konkurs na obraz roku, nie pozostawał bez wpływu na ich relację. Niewypowiedziana obietnica stu tysięcy, utrzymywała ich w hibernacji. Złuszczone pocałunki i nabrzmiałe słowa musiały wystarczyć za miłość.
I jedno, i drugie, przyrzekało, każde przed sobą, że już niedługo będzie po wszystkim, a wygrana forsa wystarczy na długo, na bardzo długo.
- Potem pojedziemy do Berlina, do Kunsthalle, do londyńskiej Tate Gallery, National Gallery, do Nowego Yorku. Zobaczymy La Sagrada Familia, pojedziemy do Grenady podziwiać Alhambrę i co sobie tylko wymyślisz. Domek po moich rodzicach przerobimy na pracownię. – Obiecywał Daniel, odpędzając się od jej spojrzenia.
Początkująca malarka wierzyła temu roztrzepanemu studentowi piątego roku, wierzyła iż on, nie kto inny, jak namaszczony przez Kalwina, dojdzie do sławy i chwały, że jemu nie straszne galery odrzuconych, wierzyła w niego bardziej, niż w siebie.
Tej wiary nie zdołały podkopać ślepe krety losu, nie zadziobały tłuste mewy zniechęcenia. Wierzyła i to ją trzymało, może nie przy życiu, ale przy zdrowych zmysłach.
Agnieszka należała do tej nielicznej grupy społeczeństwa, która radziła sobie ze swoimi problemami bez pomocy specjalistów od głowy i bez ich medykamentów. Często oddawała się parkowym kontemplacjom, wczesnorannym medytacjom nad brzegiem umarłej fontanny. Wznosiła oczy w niebo, ponad pomnik bohaterów, wyżej dachu magistratu. Odrzucała cały bałagan i w uśmiechu rozchylała usta.
Zawaliła przegląd. Po kopnięciu w twarz, koń z komisji pozostawił jej na twarzy brzydko wykrzywioną ku dołowi podkówkę.
Szła prędko, biegła prawie, potrącając przechodniów wielką czarną teką ze szkicami. Wpadła do autobusu w ostatniej chwili, drzwi zamknęły się zaraz za nią, odetchnęła z ulgą. Chciała wejść głębiej, nie lubiła stać na schodkach. Autobus linii osiem, nie doczekał się jeszcze zasłużonej emerytury i wciąż utrudniał życie ludziom starszym i niepełnosprawnym. Zrobiła krok, ale coś ją powstrzymywało. Szarpnęła, myśląc, że ktoś naumyślnie przytrzymuje tekę.
W ścisku, w smrodzie wilgotnych płaszczy, październik płakał ropą naftową, lubiła się przedzierać przez tłum abakanów. Zmumifikowane twarze, oklejone mokrymi gazetami maski, jak podgniłe gipsowe odlewy, wyginały się w symulowanym grymasie kurtuazji, mimiczne ćwiczenia, aż nadto ciężkie o tej porze roku. Zamieszanie, ludzie, samochody w ruchu, wprowadzały ją w stan podniecenia. Czuła, że żyje, dopiero wtedy, gdy świat w koło niej tańczył. I nie ważne było to czy to Jezioro Łabędzie, czy dance macabre.
Ten ktoś, z tyłu, nie puszczał. Odwróciła się, chcąc wyzwiskiem wymierzyć policzek, stanęła wryta jak żona Lota. Jej teka powiewała za zamkniętymi drzwiami pojazdu, szkice, rysunki, czyste arkusze bristolu ciągnęły się za autobusem niczym ogon latawca.
Kurwa mać, pomyślała. Ale nie było to powstańczo-wyzwoleńcze kurwa mać, nie było to też, kurwa mać a sprawa polska, to było kurwa mać, jakie chyba nikomu i nigdy się nie zdarzyło. W tych dwóch słówkach zawarł się cały emocjonalny dowcip anglosaskiego „oops” i jakże znane, rodzime i dosadne „o! ja głupia cipa”.

2.

Gdyby Daniel miał odpowiedzieć dlaczego został malarzem, jego odpowiedź brzmiałby: – Bo lubię zapach terpentyny. Do tej pory, nie miał szansy udzielenia takiej odpowiedzi. Co może dziwić, ale nie powinno.
Jego rodzice, nie przeszkadzali mu w życiowych wyborach. Ich rachityczny syn do dzieciństwa cierpiał na epilepsję oraz inne schorzenia natury psychicznej. Gdy chłopiec skończył sześć lat, matka usłyszała od lekarza, że maluch jest „lekko poniżej poziomu”, nie było to nic strasznego, ale takie słowa kaleczą duszę rodzicielki.
Na komunię Daniel otrzymał żółty składak, którym rozjechał kurę. Babcia komunisty, nie zdążyła krzyknąć: „ Bacz na kury, chłopcze”, gdy spod kół roweru posypały się pióra.
Jako, że synek miał problemy z pobieraniem nauk w szkole, był też nie lada problemem dla kadry pedagogicznej, w myśl prawa dżungli, został odizolowany, co eufemistycznie nazywa się tokiem indywidualnym.
Jego kształceniem zajął się emerytowany nauczyciel plastyki na spółkę z panią Łempicką, również emerytowaną nauczycielką, tyle że języka polskiego. Pani Tamara, kazała mówić sobie po imieniu, w wolnych chwilach zajmowała się malarstwem. A że chwil wolnych miała mnóstwo, malarstwem zajmowała się przeważnie.

Chłopiec rósł wśród pędzli, farb i płócien. Zanim nauczył się poprawnie czytać, umiał już niewielkich rozmiarów materiał rozpiąć na krosnach. Zagruntować płótno potrafił jeszcze przed wkuciem pierwszej dziesiątki z tabliczki mnożenia, a nakładania grubych warstw farby szpachlówką, nim przeczytał „Dzieci z Bullerbyn”. Także nie ulegało wątpliwościom, że ten epileptyczny chłopiec, malarzem zostać musi. Rodzicom nie bardzo się to podobało, ich życie nie było takie, jak sobie wymarzyli, nie chodzili na wywiadówki i spotkawszy innych rodziców w kolejce po węgiel, nie mięli o czym rozmawiać. Nie mogli nic jednak poradzić, zaakceptowali swoje położenie i niebawem nauczyli się ukrywać wstyd pod minami „nie wiem o co chodzi”.

3.

Słońce jeszcze nie zaczęło wpadać do pracowni, małego pokoiku na poddaszu, które najmował od właściciela knajpy znajdującej się piętro niżej. Na stoliku przy drzwiach leżało odłożone dwadzieścia pięć złotych, które modelka zagarnie zaraz po przejściu progu. Nie lubił gdy przychodziły. Ich nagie, czyste, proporcjonalne ciała wzbudzały w nim niechęć. Nie lubił piękna, wzdrygał się na widok kształtnych bioder, płaskich brzuchów i jędrnych piersi. Gestem wskazywał dziewczynom siedzisko i zasiadał za sztalugą. Prace na przegląd, anatomia, koszmar Daniela.
Nie mógł się doprosić żadnej z bardziej wydatnych dziewcząt, aby mu pozowała, ani te, które uważały siebie za brzydkie. Zawsze przychodziły takie, które swoją nagością próbowały robić wrażenie, świadomych swoich archetypicznych walorów.
Modelki również nie przepadały za tym cuchnącym stęchlizną miejscem. Może dlatego, że pozowanie zawsze kończyło się pozowaniem i nic poza dwudziestu pięcioma złotymi nie usprawiedliwiało ich nagości?
Daniel był świadom nie wielu rzeczy, duża część jego doświadczeń zamykała się w różnych pomieszczeniach, nie wiele odbiegających standardem o tego, jakie zajmował obecnie. Ciemne, wilgotne, klaustrofobiczne pokoiki. Resztki jedzenia i wszechobecny smród terpentyny. Jego świadomość mocno ograniczała się do tego co się dzieje na sztaludze, poza nim świat jawił mu się jak niedokończony obraz, stary i pozbawiony barw, w dodatku namalowany na płótnie lichej jakości.
Nie bez winy były leki, które musiał zażywać regularnie aby uniknąć napadów padaczkowych. Pigułki były jego obsesją. Wszystkie swoje prace, nie związane z uczelnią, skupiały się wokół tabletek. Malował je, robił sitodruki i szkicował. Te małe żółte drażetki, jego granica między znormalizowanymi reakcjami a szaleństwem, powodowały u niego paniczny lęk i nieopisane wkurwienie. Pigułki oddzielające go od świata, miał tego świadomość, że gdyby nie one, mógłby uczestniczyć w tak zwanym normalnym życiu.
Wśród jego przyjaciół, a miał ich niewielu, byli tacy, którzy mu zazdrościli. Mówili, że to jest fantastyczne. Żyjesz w odrealnionym świecie, mówili, widzisz rzeczywistość inaczej niż my, jesteś spowolniony, nie pędzisz nigdzie. Twoja choroba stawia cię na firmamencie, jesteś zwolniony, a jednak partycypujesz. Znajomi nie mięli pojęcia o tym, że nie jest formą geniuszu bycie chorym, że odwieczne odizolowanie, jeśli nie posiada wektora osobistego działania, staje się niewolnictwem. Daniel nigdy nie podjął decyzji o tym, że będzie zwolniony. Nigdy też nie mógł poczuć, że jest chory, bo nigdy nie był zdrowy. Nie miał zwolnień w szkole, nie opuszczała go matka, lub nauczyciele, zawsze był z kimś, zawsze w towarzystwie trwogi.
I ona, schowana w szafie, milcząca nimfa, niczego od niego nie chciała, o nic nie pytała, bo kogo, do kurwy nędzy, może obchodzić kim był Ali Agca.
4.
I tak były do dupy, pomyślała Agnieszka na przystanku. Autobus odjechał spowijając jej zapłakaną twarz chmurą spalin. Zakaszlała i splunęła na ziemię. Do kamienicy, w której Daniel najmował mieszkanie-pracownię, miała kilka minut pieszo. Po drodze mijała miejskie przekupki handlujące zieleniną i biustonoszami w rozmiarach, których umysł Agi nie ogarniał.
U pani Zosi zatrzymała się na chwilkę. Córka handlary powiedziała, że mama zaraz wróci, bo poszła do kiosku, rozmienić pieniądze dla tej pani i wskazała wysoką damę w czerwieni. Stały więc tak obok siebie; Walkiria lokalnego biznesu, ubrana w chanele i ona, gryzipędzel cuchnący spalinami.
Denerwowały ją takie kobiety. Nie dość, że majętne to jeszcze wielkie jak stodoły, a majątek jaki posiadały jakby tę wielkość jeszcze potęgował. Nie lubiła myśleć w ten sposób, ale w sytuacji, gdy rzeczywistość starała jej się coś powiedzieć, a Aga na to była bardzo wyczulona, myślała o stu tysiącach złotych. Nie wiedziała jak ale wiedziała, że na pewno. Już w tamtym roku Daniel szykował się na konkurs, niestety nie zdążył. Aga nie miała pojęcia czym był zajęty naówczas jej wybranek, ale musiało być to coś mocno pasjonującego, skoro odłożył na później ich wspólne plany.
Spojrzała na zegar ratusza, miała jeszcze dobry kwadrans zanim przyjdzie modelka. Nie była specjalnie zazdrosna, znała swojego mężczyznę na tyle, że wiedziała iż jest jej wierny. Bywała tam podczas jego malowania, cicha i niezauważalna, aby dodać mu otuchy. Wiedziała też, że się krępował, że nagie, piękne kobiety onieśmielały go, doprowadzały wręcz do bezruchu. Gdyby nie ona, prawdopodobnie nie namalowałby nic.
Wróciła pani Zosia, oddała resztę czerwonej górze i zwróciła się do Agi z uśmiechem. Kazała jej jeszcze chwilkę poczekać i wróciła zaraz z reklamówką. Proszę, powiedziała, to mój mały wkład w sztukę.
Nie można powiedzieć, że Agnieszka ją lubiła. Babsztyl był natarczywy i po handlarsku miły, a nadgniłe owoce i warzywa nie były znowu jakąś ogromną pomocą dla Daniela. Wzięła torbę, podziękowała „ślicznie” i poszła do pracowni.
Otrząsnęła się z porannego niepowodzenia i cieszyła jesienną słotą, jej melancholijnym zapachem tym, że ludziom się śpieszyło do domów. Na deptaku zebrały się gołębie debatując nad okruchami rzucanymi przez staruszków. Kłóciły się przy tym, naskakiwały na siebie i dziobały po głowach ku uciesze emerytów. Niezła rozrywka, pomyślała Agnieszka, przyglądając się scenie. Nie trwało to długo, zauważyła nadchodzącą z naprzeciwka Dominikę, wysoką blondynkę na szpilkach, modelkę jej faceta. Przyśpieszyła kroku, chciała być przed nią. Nie lubiła wchodzić do jego mieszkania, gdy któraś z nich już tam była. Ogarniało ją wtedy dziwne uczucie, jakby przeszkadzała. Nigdy między Danielem a jego modelkami nic nie zaszło, tego była pewna, był zbyt nieśmiały w tych sprawach. Zanim zaciągnęła go do łóżka, sporo musiała się z nim na chodzić. Wydawało jej się, że wybranek jej organów jest zainteresowany wszystkim tylko nie przespaniem się z nią.
Zapukała. Nie miała swojego klucza. Podobało jej się to pukanie. Czekanie aż oderwie się od swoich zajęć i przyjdzie otworzyć jej drzwi. Jak w ciasnych spodniach, bez podkoszulka, w podartych kapciach staje przed nią, patrzy tępym wzrokiem i w efekcie omija spojrzeniem.
Kiedyś, nie tak dawno temu, zapytała ją koleżanka na jednej z imprez: „Co ty w nim widzisz?”, wskazała w róg sali na Daniela, który sącząc przez rurkę wodę mineralną zdawał się być nieobecny. „Przecież go nie ma”, dodała koleżanka. „I to właśnie jest najbardziej podniecające”, odpowiedziała jej Aga, po czym zmieniła temat.
Daniel siedział w samych spodniach na zydlu i kończył gruntować płótno na kolejny obraz. Poprosił Agę by mu podała inne, już dobrze zaschnięte, zza szafy. Szafa była stara, lekko koślawa, aby drzwi się nie otwierały, między nie wciśnięty był kawał złożonej gazety, Aga opierając się o szafę, przechyliła ją lekko, tak, że gazeta się wysunęła i drzwi się otworzyły. „Czy mogłabyś zamknąć szafę”, powiedział Daniel tonem nie innym niż zawsze.

5.
Kobieta z szafy. Kiedy się pojawiła? Dla Daniela było to bez znaczenia. Najważniejsze, że już była. Nigdy nie przypuszczał, że ją spotka, że będzie dla niej interesujący. Mieszkała w szafie i była dla niego zawsze gdy jej potrzebował.
Różniła się od wszystkich kobiet na świecie, nie tylko tym, że godziła się żyć w szafie, ale tym, że mimo nieopisanego piękna, nie krępowała Daniela. Po prostu była. Cechowała ją nieogarnięta tolerancja, nigdy nie pytała: dlaczego, po co, czy może by inaczej? Czy był to ideał kobiety? A czy Daniel był ideałem mężczyzny? Ich układ był jasny, nikt nie zadaje pytań, nikt nie oczekuje odpowiedzi.
Gdy Aga naruszyła konstrukcję szafy, drzwi się uchyliły. Nie mogła widzieć co jest w środku, bo drzwi zasłoniły jej widok. Daniel uśmiechnął się do kobiety w szafie. Aga zamknęła drzwi, patrząc na Daniela, powiedziała: „Trzeba ci nowej” i wskazała na mebel. Uśmiech z twarzy mężczyzny natychmiast został zdjęty i zawieszony w szafie.
Podała mu blejtram, który umieścił na sztaludze. Nie było jeszcze Dominiki a już zaczął mieszać farby, już zaczął ją szkicować. Właściwie pamiętał ją na tyle dobrze, że mógł w ogóle się bez niej obyć, ale uczucie oszustwa jakie go ogarniało na tą myśl nie pozwalało mu na taką blagę.
Dominika spóźniła się, Daniel milcząco wskazał jej dwie drewniane skrzynki, ustawione jedną na drugiej. Weszła za improwizowany parawan, rozebrała się i usiadła na skrzynkach, za jej plecami rozpościerało się brudne, pomazane czymś czarny i lepkim prześcieradło.
Jego dziewczyna zniknęła w kuchni, chwilę majstrowała coś przy garnkach, aż w końcu zapanowała zupełna cisza, od czasu do czasu zakłócana krzykami z ulicy.
Przyglądał się długo Dominice. Nawet ją lubił, nic nie mówiła, nigdy też nie chciała zobaczyć jak wyszła. Studium anatomiczne, nie jest gotowym dziełem, szkic zaledwie. Wiele z jej poprzedniczek, nie mając pojęcia o malarstwie, a czasami nawet nie mając pojęcia o przedmiocie, który studiują, wypowiadało swoje nic nie znaczące zdania na temat tego co widziały. Ba! niektóre były naprawdę oburzone, na to, że tutaj a tutaj, nie mają tyle, a tu mają więcej. Co to obchodziło Daniela? Niewiele, bardziej cenił sobie buzię na kłódkę niż rozwrzeszczane dzieci.

Wieczorem, gdy Dominiki wraz z dwudziestoma pięcioma złotymi już nie było. Nadgniłe warzywa zamieniły się w coś zjadliwego, a ciszy nie zakłócał żaden przechodzień, Aga zdecydowała się na rozmowę.

6.
Ostatni czas nie był dla nich najlepszy. Mimo tego, że Daniel nie należał do rozrywkowych, wygadanych mężczyzn, to teraźniejsze milczenie i osowiałość nie były dla niego normalne. Adze wydawało się, że piętno konkursu, obietnic, ciśnienie nie służyły jej facetowi, a tym samy jej i ich związkowi.
Wierzyła w jego moc. Była przekonana, że jeśli wyśle obraz, to wygra, był zbyt awangardowy i zbyt dobry by nie został zauważony. W minionym roku wygrała jakaś miernota. Była zaskoczona werdyktem, obraz ze zwisającym sznurkiem z ramy. Durnowaty tytuł, a mimo to wygrał. Czytając uzasadnienie, nie mogła się oprzeć wrażeniu, że poziom konkursu był żenująco niski i jury chcąc ratować prestiż nagrody ukuło naprędce odpowiednią filozofię.
Daniel jeszcze siedział przy sztaludze. Podeszła do niego, pogładziła po plecach, na co się wzdrygnął. Powiedział, że się przestraszył. Aga gładko przełknęła to paskudne kłamstwo, nikt nie chce o sobie myśleć, że jest odrażający.
Zanim cokolwiek powiedziała snuła się między zlewem a książką. Daniel jak manekin wpatrywał się w płótno, na którym wciąż siedziała Dominika. Agnieszka nie wiedziała jak zacząć rozmowę, nigdy tego nie wiedziała, czekała na pretekst. Tym razem nie nadarzył się żaden. Młody malarz przyglądał się swojej pracy, nie zwracając uwagi na towarzyszkę. Aga wzięła torbę i wyszła po cichu.
Dopiero dłuższy czas po jej wyjściu Daniel wstał i podszedł do szafy. Wyciągnął z niej kobietę i położył na łóżku. Pasek tiulowego szlafroczka osunął się na ziemię. Poły narzutki rozsunęły się i jego oczom ukazało się nagie ciało. Alabastrowo gładkie, białe marmurowo, o dużych kształtnych i zimnych piersiach. Naga, łysa kobieta wpatrywała się w sufit, usta lekko rozchylone nie wypowiedziały ani słowa. Czekała na niego, czekała jak zawsze, jak zawsze gotowa.
Daniel ściągną spodnie. Jego penis stwardniał w oczekiwaniu. Kobieta nie poruszyła się, nie zerknęła nawet na niego. Rozłożył jej nogi powodując lekkie skrzypnięcie w stawach. Położył się na niej niezgrabie. Przez chwilę majstrował przy kroczu, aż sukces uwieńczył niewielkim westchnieniem.
Kochał ją, była taka jak on. Kochając się z nią, nigdy nie zdarzyło mu się pomyśleć o bezsensowności ruchów, które wykonuje, nigdy też nie myślał o tym, aby zasadzić drzewo, zbudować dom. Kobieta nabyta całkiem niedrogo, kobieta z wystawy.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.