WIERSZ OD LUTEGO
LEŻĘ W WANNIE
PO ROBOCIE
ZMĘCZONY LEŻĘ
BRUDNE SKARPETKI
TAM GDZIE NIE TRZEBA
ZANIÓSŁ PIES
DO ŁÓŻKA
LEŻĘ ZMĘCZONY PO ROBOCIE W WANNIE
BRUDNE SKARPETKI DO ŁÓŻKA ZANIÓSŁ PIES
GDY
LEŻĘ W WANNIE
ZMĘCZONY PO ROBOCIE
Komikser zaczął swoją działalność!!!
Nastał ten długo oczekiwany dzień, w którym KOMKSER zaczął miksować. Już po pierwszym poście można się spodziewać postów rewolucyjnych, rzucających nowe światło na dokonania w komiksie polskim jak i zagranicznym.
Trzeba też powiedzieć kilka słów o Gogomanie, który ten blog tworzy. Gogoman jest to osobowość wybitna nie tylko w świecie komiksu, ale też w innych światach, np. resoraków, rowerów i w ogóle.
To ja polecam i zapraszam
tomasz8705
Drugi konkurs z nagrodą pieniężną w tle
Witam.
Z nadzieją na lepszą frekwencję ogłaszam drugi konkurs z nagrodą pieniężną w tle. Tym razem do wygrania 40 funtów brytyjskich.
A oto zasady:
1. Temat: “Niech nie wie lewica, co czyni prawica” – interpretacja dowolna.
2. Tekst do 15 stron sformatowanego A4.
3. Termin: nadsyłanie textów do 30 kwietnia 2010 roku, ogłoszenie wyników 14 maja.
4. W texcie musi pojawić się dwa razy słowo “kręgosłup”, 3 razy “śmierć” i powinny zostać użyte przynajmniej dwa porzekadła ludowe. Słowa “kręgosłup” i “śmierć”, muszą być napisane innym kolorem, najlepiej czerwony, ale inne nie dyskwalifikują textu, chociaż, kto wie czy nie będzie to miało wpływu na ocenę. Porzekadła ludowe muszą też być wyróżnione kolorem, a przy tym pogrubione. Texty, które nie spełnią powyższych wymogów będą odrzucone. Wymagana czcionka Times New Roman.
5. Texty prozą, wierszem, rysunkowe, malunkowe, zdjęcia, cokolwiek, mogą być też patchworki – jak chcecie, ale kryteria dotyczące zawartości słów i porzekadeł muszą być spełnione.
6. Texty nie mogą być wcześniej publikowane i wcześniej napisane.
7. texty przesłać na adres : olszewski1978@googlemail.com
Pozdrawiam
i miłej zabawy
tomasz8705
Konkurs z nagrodą pieniężną
Witam serdecznie.
Nie jestem milionerem, ale wymyśliłem sobie konkurs z nagrodą pieniężną.
Główna nagroda i jedyna to 25 funtów brytyjskich.
Co trzeba zrobić.
Napisać opowiadanie na zadany temat:
“Ojcze nasz…”
Texty proszę przysyłać na mój adres imajl: gauzy@interia.pl
Texty proszę nadsyłać do końca stycznia.
Wyniki ogłoszę 14 lutego w moje urodziny.
Nagroda zostanie przekazana przelewem na wskazane konto, lub jak kto woli wysłana w kopercie na wskazany adres (choć wtedy nie ręczę za jej dostarczenie).
Czekam niecierpliwie.
Pozdrawiam TWórca Opowieści
ps. do textów nadesłanych nie roszczę sobie żadnych praw, texty po zakończeniu konkursu usunę ze swojego komputera, obiecuję.
Jestem słownym człowiekiem, można mi zaufać, jeśli nie wierzycie, zapytajcie Marcina.
ps. II
możliwe jest też, że zrobię na blogu pokaz prac, pokonkursowy pokaz prac, jak się autorzy zgodzą, taki tutaj kącki zorganizuję.
Będzie ubaw po pachy i zrywanie boków, a jak podarzy to i będzie rzut Bertem.
ps III
Aby być zupełnie bezstronny, moja żona Anna wybierze najlepszą pracę.
Wykres obrazujący
powyższe obrazuje to co poniższe:
- Jak laska jest szpetna (to nie jest laska), ale ma jeszcze do tego jako taki charakter to jej facetów nie będzie brakować, zawsze sobie jakiegoś zbajeruje młotka, jak jest szpetna i głupia, to tylko jedne facet na ziemi jej pisany, ale nie zawsze może go znaleźć, jak jest git rura i głupia, to się rucha do entej potęgi i myśli, że o to w życiu loto, jak jest rura git i ma coś we łbie, to czeka na tego jednego, ale nie tak z założonymi rękoma, czeka, że tak powiem aktywnie.
Tak to są dwa bieguny, a jeszcze jest środek, ale ze środkami jest tak, że zawsze w środkach (no. komunikacji miejskiej lub masowego przekazu) panuje taki burdel, że za chiny żadna matematyka tego nie rozkmini choćby sama się za to zabrała
a oto, w ramach dyskusji, inny wykres autorstwa mojego zacnego padruga Pana Mg.:

Wieje i rozwiewa mnie
W systemie kapitalistycznym nie ma złudzeń. Nawet ja nie mam złudzeń. Podwyżka miała nadejść. I nadchodziła, wielkimi krokami, na tyle wielkimi, że przeszła obok mnie. Usytuowała się gdzieś w przyszłości bliżej nie określonej i tam teraz sobie siedzi, tam sobie na mnie czeka.
Kryzys, kryzys panie.
Więcej pracy, mniej płacy, wszystko chuj. Za oknem, stuletnia sosna wygina się pod naporem listopadowego wiatru, północą Anglię zalało, a ja leżę w łóżku i czuję, że nie mam siły sosny, że mnie rozwiewa jak wydmę, że mnie jest mniej i mniej, że mnie przenosi gdzieś w inne miejsce, nie znane, nie znajome. Czuję się jak hologram, nie należę do tej rzeczywistości (do jakiej?). Jestem wiatrem, wiatrołomny jestem.
I więcej bzdur i więcej i nie powiem.
Jesienne porządki

Pan Grzegorz nie zasypuje gruszek w popiele
Jesień, to jest piękna pora. Można to poznać jak się chodzi z psem na spacer. Bo jak się w domu siedzi przed telewizorem, to nie wiele można poznać. Można zobaczyć co słychać tam czy tam, ale jesieni się nie pozna. Pies biegnie przodem, kot ucieka przed psem, ja gonię za nimi oszalały, liście spod nóg umykają. Trochę za szybko, ale jesień jest. W Polsce już zima, Elbląg zasypało, zalało, hekatomba. Zima w Polsce. Zaskoczeni drogowcy rozkładają ręce, policja mówi, że znów za wcześnie.
Na wyspach jesień nieśpiesznie, jesiennie powolna, senna. Ot jesień na wyspach się przechadza po łąkach, po polach farmerzy strzelają do psów spuszczonych ze smyczy. Ot jesień, bogata, jesień złota, jesień bordowa. Pora roku jesienna.
Jak chodzisz z psem na spacer, to zazwyczaj trasą, którą na spacer się wybierasz z psem. Zwierzę ma trochę inaczej, ale też nie zupełnie, bo i psy rożne i ludzie różni. Sto ludzi, sto chuci – ja mawiają Słowacy. Ale zwierzę nie lubi jak coś się zmienia, może się psina pochorować od zmian, chyba, że zmiany stanowią constans w życiu czworonoga, to jak zrobisz odwrotnie, to się pies może pochorować, a może się też pochorować od karmy z puszki.
Pies nasz ma swoje ulubione trasy, niektóre bardziej – te przy kukurydzy, bo lubi sobie w nią wpaść i się zgubić, dlatego tam już nie chodzimy. Nie ma nic gorszego niż zgubiony pies dla mnie, bo żona mi potem mówi, że jak się nie znajdzie to mam przejebane. A ja nie lubię mieć przejebane, szczególnie u żony. Dlatego tam już nie chodzimy. Psica lubi sobie biegać też po łączkach i ścieżką między laskiem a solidnym, błyszczącym, metalowym płotem. Liście lecą z drzew, jesień. Liście leżą pod drzewami, zbierają się w gromady i leżakują. Liście to grzejniki korzeni, liście to dom bakterii i zarazków butnych.
Przyszła jesień, piechotą chyba, bo powoli.
Nasypało tych liści i to wszędzie i to normalnie i to metaforycznie.
Czas złotych liści, czas opadów liści, czas liści grabienia czas ten jest również czasem, w którym już to przedświąteczne, już to ściemniające się dni, już to chłodniejsze noce, dają znać psychice, że czas na zmiany.
Zmian nie lubią zwierzęta, są ludzie, którzy nie lubią zmian też. I nic na to nie poradzisz. Ale jak się przez lato, a nawet przez lata, odwleka i skrywa problemy, to ładne z nich potem drzewko rośnie i na jesień, jak znalazł, sypie liśćmi pod nogi, jak głodami, jak kłody takie liście z drzewa problemów, no mówię wam.
Jesień rozchodzi się po kościach, grypa łamie w kolanach i ludziom się wydaje, że jak nic, do świąt nie dożyją. Są tacy, którym się to udaje, ale o nich nie będę mówił, bo nie o to chodzi, że o zmarłych się nie mówi, a o to, że jak ktoś jest szczęśliwy, to co tu o nim powiedzieć?
W fabrycznych murach jesień zagościła na dobre. Poranne marudzenie, kichanie na pogodę i dmuchanie w kaszę, pukanie w niemalowane i krzyżowanie palców. Aby do wiosny. A po drodze jeszcze święta. Do świąt jeszcze 72 dni – mówi Nobby, codziennie odejmując jeden numerek.
Fabrykę spowiła nieczysta atmosfera krowich odchodów. Łaciate i brązowe, białe i czarne, z rogami i bez, młode i stare, byki i jałówki starają się jak mogą aby dostarczyć nawozu dla gleby ornej. Tyle, że gleba potrzebuje materii stałej, a materię gazową nawozu uwalnia do atmosfery. Gęsta, słodko-trawiasty gaz przedostaje się do nozdrzy i każe im się doń przyzwyczaić. I się przyzwyczajają jak nosy koniuszych do zapachu stajni.
I ten fetorek, zwany potocznie “krówkami” roznosi się w koło fabryki i po samej fabryce również. Niesie ze sobą zapowiedź, że oto czas depresji nastał.
Depresję ma M., depresję ma Ch. i zdawać się większość naszych rodaków też ma depresję, ale to ciężko rozstrzygnąć, czy to jesienna deprecha czy wada genetyczna Polaków.
I wiecie co się robi, jak się kupa liści już nazbiera pod drzewem? Ja wiem, że odpowiedź jest nieekologiczna, ale srać na to, przecież to tylko metafora. Liście się hajcuje. Pali się je. A żeby kupę liści puścić z dymem potrzebny jest ogień, bo wiadomo, że nie ma dymu bez ognia.
I skoro już wszyscy mają depresję, to trzeba podłożyć jakiś ogień. Udało się to wczoraj mojej zonie.
Podpaliła jakiś stary, zatęchły układ, w którym to robotnik robotnikowi stawał się nie równy. Bo z racji tego, że “kierowniczka” jest kumpelką z “pakowaczką”, “pakowaczce” lenistwo uchodziło płazem.
Specyfiką Anglików jest to, że nie mówią sobie w oczy tego co myślą. A jeśli już muszą powiedzieć, co sprawia im potworne trudności, gdyż mają świadomość jakim “gently nation” są i że spowodować u kogoś pogłębienie depresji jest strasznie łatwo. “Kierowniczka” więc miała bardzo poważny problem z tym żeby “pakowaczce” powiedzieć iż opierdalanie się jest źle postrzegane przez resztę “zespołu”.
Cóż, trzeba było wziąć sprawy w swoje ręce, a dokładnie zrobiła to moja żona i podpaliła stertę liści.
Było wczoraj trochę dymu. Było nawet dymu dużo, na tyle dużo, że D., nasz angielski kolega otworzył usta i myśląc chyba, że nikt go nie widzi i nie słyszy, poparł nasze stanowisko.
To już trzecia jesień moja w Anglii, a pierwszy raz widziałem, żeby Anglik przeciwko Anglikowi, wbrew konwenansom przeca, powiedział cokolwiek. Duży to był dym.
I noce jesienne też takie niespokojne bywają, szczególnie gdy dużo dymu do łba naleci. Czasami gryzie dym w oczy i łzawią. I ta noc po tym całopaleniu kupy liści, co się latami pewnie zbierała pod drzewem, był niespokojna.
Najgorsze w paleniu liści jest to, że koło takich drzew rosną inne drzewa, a pod tymi innymi też są kupy liści i najgorsze jak one się też zajmą. Nie palą się tak hucznie i zabawnie, ale potrafią tlić się długo i jeszcze wiosną puścić smrodliwego dymka. I to nas, mnie i moją żonę, martwiło najbardziej, czy te inne się na podjarały płomieniem tej pierwszej. Bo ta pierwsza, jak nam się zdawało, fajczyła się dosyć długo i gorliwie.
Poranki mają to do siebie, że najczęściej zakłóca je budzik i poranny dym z papierosa. Ten poranek był zaspany, a jak on, to oczywista i my, inaczej być nie może. Jak poranek zaśpi, to cały świat poranka też zasypia. A po całej nocy tlących się liści przed oczyma, to zaspany poranek nie jest niczym pożądanym, bo niby czemu miałby być? Przecież to nerwy i pies ma krótki spacerek, na siku taki tylko, więc lepiej żeby sikał jak najdłużej. Smycz czasu króciutka.
Poranne zorze rozpędzają ciężarówki z fabryki naprzeciwko, powietrze prują światła samochodów, w ich blasku bledną gwiazdy. Powietrze jest rześkie, nocne zadymienie odstępuje na chwilkę.
Mimo tego, że kupa liści spłonęła dzień wcześniej, to, znacie to z doświadczenia, jak przyjdzie się na pogorzelisko, swąd czuć. Siedzieliśmy na palarni nawąchując smrodu. Czuć nie było nic. Powietrze, świerzak zupełny.
W nocy, jakiś dobry chochlik, nie wiadomo skąd, uprzątnął cały bałagan. Widać shajcowało się to, co shajcować się miało. Jako, że Angielski plener jest otwarty i przewiewny, smród spalenizny wywiało. “Pakowaczka” dzisiaj nie do poznania. “Kierowniczka” poszła do “Szefa” bić się o swoje. Jednym słowem, jak mawiają strażacy, jak nie podpalisz, to nie będziesz miał co gasić.
1000000000 (dziś 2040)

miliard
Sprawa była dziecinna i po dziecinnemu zabawna. Przecież żaden z nas, dwóch srajtków z Misiów, nie mogło tego udowodnić. I wcale nie chodziło o żadne udowadnianie. Przechwałki, to niezły manewr. Po tym się poznawało tego sprytniejszego, albo tego silniejszego. Wiecie o czym mówię, jak ktoś nie dawał rady od strony sprytu, dowcipu, polotu, to w lot łapał, że jak da ci fangę w nos, to pomysły same ci się wyczerpią.
Ale dlaczego o tym mówię?
Zaistniała dziś pewna sytuacja. Moja koleżanka ma poważne problemy.
DK jest ze Słowacji, ale razem tu kiblujemy. Pracujemy w jednej fabryce, w jednym departamencie, na jednej maszynie. Koleżanka z pracy. Problem polega na tym, że podejrzewam iż DK bardzo wolałby być na Słowacji, niż tu. Ale rzeczywistość jest kredytowa i niestety nie stać ich (bo DK ma męża) na powrót do kraju.
Tak więc, nakreśliłem sytuację a teraz wracam do tego miliarda z tytułu i przechwalanek.
Aby rozweselić DK podszedłem do niej i powiedziałem, ni mniej ni więcej tak:
- A ja umiem liczyć do miliarda.
DK nie zareagowała, spojrzała na mnie smutnymi oczyma i wzruszyła ramionami. To powiedziałem jej jeszcze, że jej to udowodnię. Zacząłem liczyć: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, cześć, siedem, osiem, dziewięć…
i tak dalej.
Liczenie zacząłem od dziesiątej rano. Około godziny trzeciej miałem dwa tysiące czterdzieści. Więcej nie mogłem, rzygać mi się chciało i dostałem drgawek.
Kurde liczyliście kiedyś na głos?
Gardło mnie zaczęło boleć, i boli na dal, ale jak powiedziałem A to muszę powiedzieć B.
Teraz wykonam kalkulację, taką przybliżoną, żeby wiedzieć ile czasu mi to zajmie, kiedy doliczę do miliarda.
Przyjmuję, że dziennie będę doliczał kolejne trzy tysiące. Myślę, że więcej jest nie wykonalne.
1 dzień = 3000
365 dni * 3000 = 1 095 000
w ciągu roku mogę policzyć do miliona dziewięćdziesięciu pięciu tysięcy.
1 000 000 000 / 1 095 000 = 913.24
Także potrzebuję na to dziewięćset trzynaście lat. Uf… :D
Nie jestem w stanie policzyć do miliarda w swoim życiu, ani w ośmiu następnych.
Nawet jeśli przyjmę, że będę liczyć jedną liczbę na sekundę (co nie jest wykonalne, już dzisiaj sprawdziłem, po tysiącu język się łamie na tych tysiąc sześćset czterdzieści pięć itd.), ale zakładamy, że jedna liczba policzona na sekundę, oki, niech tak będzie.
To mamy tak:
3600 na godzinę
powiedzmy, że więcej niż pięć godzin nie można liczyć, nie da się po prostu, niech będzie 3600 * 5 = 18000
18000 na dzień
18000 * 365 = 6 570 000
6 570 000 na rok
1 000 000 000 / 6 570 000 = 152.2
Czyli wciąż potrzebuję więcej niż jednego, tzw. ludzkiego życia. Ale to przy założeniu, że dziennie jestem w stanie policzyć do osiemnastu tysięcy, a nie jestem, więc trzy tysiące zostają w mocy.
Skończę liczyć w 2922 roku. Będę miał wtedy 944 lata. Mam nadzieję, że będę dobrego zdrowia.
Jutro dalsza część liczenia. Jeśli ktoś chce mi pomóc, proszę bardzo. Jeśli zbierze się nas setka i każdy będzie liczył po trzy tysiące dziennie, powinniśmy skończyć za jakieś 9.13 roku. Póki co sam się z tym będę zmagał.
Doliczyć do miliarda – nic trudnego?
Z rana deczko
Z rana deczko jestem ranny.

Palisz?
Nie mówię tego w sensie, że krwawię, czy też, nie mówię tego metaforycznie, że łzawię. Nie przeciekam też, nie kapię, co wcale nie znaczy, że nie kapuję. Ranny to znaczy, będący rano.
Pół godziny przed wyjściem do pracy otwieram oczy budzony melodią z telefonu. Telefon zastępuje nie tylko zegarek, ale też budzik. Widziałem też takie telefony, które zastępują partnerów. Mam taką koleżankę, która pieści się z telefonem w każdej wolnej chwili. Mój telefon służy do rozmów, do wskazywania godziny i budzenia mnie wspomnianą już melodią.
Tak zaraz na dzień dobry włączam komputer. U mnie komputer służy również za radio. Komputer służy mi również do gadania, oglądania i pisania. Wiem, że niektórym służy nawet do seksu. Nie znam nikogo, komu służyłby komputer za patelnie, albo szczoteczkę do zębów.
W radio, co rano, słucham radia. W radio, co rano (oprócz niedziel) idą wiadomości. Słucham ich bacznie. Co wcale nie znaczy, że na baczność. Zazwyczaj robię śniadanie. Kanapki do pracy. W pracy coś trzeba jeść. Znam ludzi, którzy nie jedzą, za to dużo piją kawy i palą papierosy. Owszem, można, ale zjedzcie coś przedtem.
I zanim pojadę do pracy, zanim wyjdę za próg też palę. I to na czczo. No czasami szklanka wody. Palenie rano na czczo, nie jest najlepszym rozwiązaniem. Bardzo zamula.
Nie wyłączam radia, bo jak wychodzę, to pies słucha sobie.
Jak wracamy z pracy, to pies nic nie mówi, co tam w świecie słychać. I w ogóle to mi się wydaje, że mało go obchodzi czy Obama Dalajlamę przyjął, i czy afera hazardowa to nieporozumienie zwyczajne.
Co psa obchodzi bardziej, zdechły lis w kukurydzy. I ja to rozumiem, bo każdy ma swój świat. Nawet te dzieci z domów poprawczych.
Rano jestem ranny i tyle. Każdy kto myślał, że jest inaczej, ten się mylił. Chociaż czy się mylił, skoro każdy ma świat swój i w tym świecie swoją świętą Prawdę. Czy to ja się mylę, mówiąc, że nie jestem ranny rano?
Pozdrawiam wszystkie psy, a borsukom życzę więcej szczęścia na drogach.
Przepis na szczęście – 100% działa, bez wirusów :****
Byłbym szczęśliwy gdyby… Oto przeklęta fraza. Oto początek zdania, który od szczęścia nas oddala.
Kosmos słucha ciebie bardzo uważnie. Zawsze daje ci to czego chcesz. Dobrze by było gdybyś sobie to zapamiętał. Kosmos to jest Dżin z butelki. Nie gin, a Dżin, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Jaka różnica? Ten pierwszy daje ci poczucie, że coś daje, ten drugi spełnia twoje życzenia. Oj, w ilu to filmach, książkach, komiksach, dziełach innej sztuki, pojawiali się magowie, rożnej maści spełniacze marzeń. I każdy z nich mówił: Tylko musisz wiedzieć czego pragniesz.” Wiesz czego pragniesz, co sprawiłoby, że poczułbyś się szczęśliwy. No zastanów się, czego chcesz, czego pragniesz, do czego dążysz, aby stać się szczęśliwym?
Powiem ci dlaczego nie jesteś szczęśliwy. Twój schemat wygląda tak. MIEĆ – ROBIĆ – BYĆ. Czy jest tu coś nie tak? No jasne!
Kosmos słucha ciebie bardzo uważnie, każdej Twojej myśli, każdego słowa, każdego czynu. Był sobie jakiś tam Antek. Bardzo chciał mieć dużo pieniędzy. Jakiś tam Antek mówi do Nieba:
- Niebo, niebo! Ześlij mi bogactwo, ześlij mi pieniądze, tak bardzo ich chcę.
A tu jebud, jakiś tam Antek aż uklęknął i zaklął:
- Bulwa ziemniaczana, jasna choliba, alem narobił!
- Co tam sobie życzysz jakiś tam Antku? – zapytało niebo.
Chłopina pozbierał kulki z ziemi, co mu się rozsypały, czapkę z głowy zdjął (chyba najpierw zdjął czapkę, a potem te kulki) i gały wywala i ucha natęża.
- No mów, co to tam chciałeś, bo coś chciałeś przeca, nie? – głos z nieba ani to wcale nie był zdenerwowany, ni ciuteńko, ale chłopek i tak słowa wydusić z siebie nie mógł.
- No gadaj, przed chwilą lałeś słowa jak wodę z dzbana (to chyba woda była, co?), a teraz mi tu milczysz. Zawezwałeś mnie lamentem, wejrzałem na ciebie, a ty nic.
Jakiś tam Antek w końcu pochytał o co biega i zaraz zaczął się tłumaczyć.
- Bo mnie nieszczęście za nieszczęściem spotyka. Wszystek mi srają na głowę, kobita się rozłazi po jakiś krzakach Bóg wie z kim…
- Z nikim, nudzi się – odparło Niebo.
- No, to chociaż tyla dobrego z tej baby – przetarł chłopskie czoło z ulgą.
- Mów mi tu raz dwa, o co ci chodzi, bo mnie palą pięty aby dać ci to czego chcesz.
Jakiś tam Antek od razu się zreflektował, że okazja wyśmienita, może lepszej już nie będzie. Wypalił jak z rury.
- Chcę, bardzo chcę mieć ogrom pieniędzy.
- Oto się stało – gromowładnym głosem oznajmiło Niebo.
Mężczyzna założył czapkę na głowę i poleciał do domu. Ale nie minęło wiele czasu, a już był z powrotem.
- Niebo! O, Niebo!
- Tak słucham?
- Nic się nie zmieniło, ni ma pieniędzy, ani grosza złamanego, ni ma więcej i już!
- No a coś ty myślał.
- Że będzie majątek, no pałac jaki przynajmnij – jakiś tam Antek łamiącym się głosem wymieniał jeszcze inne atrybuty bogactwa.
Niebo lekko się zachmurzyło, ale nieznacznie i odpowiedziało:
- Przecież powiedziałam, że spełnię twoje życzenie.
- No ale się nie spełniło. – Chłopina stał na prostych nogach, płochość z niego uleciała jak dym z papierosa.
- Jak to nie?
- No, kurde, nie i nie. Chciałem pieniędzy i ich nie ma! – krzyczał chłopek.
- No wszystko się zgadza.
- Jasna cholera, Niebo, nie wal w ciula. Jak się zgadza, jak się nie zgadza.
Chmurki odleciały, słonko przygrzało wysepkę twarzy rumianą chłopa i cicho, jak wiaterek szumi odpowiedziało:
- Chciałeś mieć więcej pieniędzy, tak?
- Jasne, że tak – jakiś tam Antek przestał się ceregielić i walił prosto z mostu.
- To chciej dalej. Mówiłem, że spełnię twoje każde życzenie. I tak się stało. Teraz chcesz bardziej.
No, taka historyjka. Może to wam uświadomi, że nie tędy droga.
1. Zmień paradygmat z MIEĆ-ROBIĆ-BYĆ na BYĆ-ROBIĆ-MIEĆ – to sprawi, że będziesz czuł się posiadaczem tego, czego pragniesz, a tym samym to do ciebie przyjdzie.
2. Znaj dobrze, to czego pragniesz, bo inaczej, jak masz się tym cieszyć, nawet gdy tego nie posiadasz.
3. Jesli umiesz się wprowadzić w stan szczęśliwości bezwarunkowej, prawdopodobnie nie pragniesz niczego i cieszysz się z tego co masz.
No to joł :d



1 comment