Anderseitsarbeiter

Walka pierwsza cd.

Posted in Walka robotnicza by Tomasz Olszewski on 9 Październik 2009

Pracownik Roku

Pracownik Roku

I się odbyło. Składałem akurat pompę od forpaka, a tu przychodzi do mnie Ania i mówi, że rozmawiała z naszym managerem. I powstało pytanie, co robić, bo zanim złapię Union Rep’a to może dzień się skończyć i z rozmowy ze świadkiem nic nie wyjdzie. A świadek przy takiej rozmowie potrzebny, jakiś protokolik.
Ale po koleji. Przed tym jak nasz Operation Manager (dalej Piotrek) wyjechał na urlop do Egiptu, nahaczyłem jego zastępcę i mówię mu w te słowa: Chciałbym z tobą porozmawiać o warunkach zatrudnienia mojej żony. A dokładnie o tym teście, który jest po angielsku i który ona musi zdać (pass).
Zastępca objął mnie i mówi (po angielsku rzecz jasna :d ): Słucham Cię przyjacielu.
To walę jak najprościej: Mam obiekcje do tego testu.
On: Obiekcje, to ładne słowo.
Ja: Myślę, że ten test jest dyskryminujący i rasistowski.
On: ????!!!!$%^
I poszedł.
A teraz wracam do dzisiejszej rozmowy, która to odbyła się bez Union Rep’a (inaczej przedstawiciela związków zawodowych na zakład). Dlaczego bez Union Rep’a. Podjęliśmy decyzję, że jeszcze nie jest nam potrzebny, wystarczy, że wie o naszych wątpliwościach.
Weszliśmy do biura. Oczywiście wymieniliśmy wszystkie standardowe “how are you” i tym podobne.
Rozmowa przerodziła się w monolog Piotrka, to chyba taki zwyczaj managerów. Wiedzą lepiej, znają powerpointa i mają laptopa na biurku. Wiedzą lepiej, dzięki ciągłemu dostępowi do netu i niezłym wynikom w grę Pasjans. No ale przestanę już ich oczerniać, ponieważ tym razem, oprócz tego, że gadał przeważnie Piotrek, sprawy potoczyły się zupełnie po naszej myśli i to całkiem niespodziewanie.
Zanim zacząłem oskarżać kompanię o dyskryminację i rasizm, on to uczynił. Zanim zacząłem mówić, że testy z matematyki i rozumienia instrukcji nie są dobrym kryterium do oceny pracowniczej, on to uczynił. Także nasza walka jeszcze się nie skończyła, bo los kontraktu niby pewny, ale jeszcze papieru nie dostaliśmy.
Co tu się zmieniło? Na pewno ta rozmowa z jego zastępcą. Musiał mu, zaraz po powrocie Piotrka z Egiptu, napomknąć o moich obiekcjach. Na managerów źle działają słowa, dyskryminacja i związki zawodowe, więc czym prędzej udali się na naradę i stwierdzili, że lepiej będzie usunąć te testy, bo robi się nieprzyjemnie.
Dziś po pracy, poszliśmy na spacer z Plamą, i dotarło do nas, że testy mogły funkcjonować jeszcze długo. kompania mogła się nimi posługiwać aby manipulować ludźmi i miejscami pracy, tak długo aż nie znalazł by się ktoś, kto by tego nie zakwestionował. I tak działa ten chory system, który okazuje czasami ludzką twarz, gdy mu się tę gębę do muru przybliży zbyt mocno i zbyt szybko. Nie ma obawy (obawa kojarzy mi się z Obamą tak na marginesie :d ) nikt nie pójdzie zaraz siedzieć, ale finanse mogą ucierpieć. A zysk? Zysk jest najważniejszy? Ten kto się nie rozwija, ten stoi w miejscu.

Walka Pierwsza

Posted in Walka robotnicza by Tomasz Olszewski on 8 Październik 2009

Ustawka jutro. Godzina jeszcze bliżej nie znana. Trzeba będzie najpierw “apojtment” ustanowić.

Robotnik

Robotnik


Kto? – My!
Przeciwko? – Kompania.
Powody:
1. Brak przedłużenia kontraktu – niejasna sytuacja zatrudnienia.
2. Test z angielskiego – dyskryminacja, niemiarodajne źródło oceny pracowniczej.
3. Pieniądze – niskie zarobki przy wysokiej jakości pracy.

No i tak to jutro będzie. Idziemy do naszego “operation managera” z naszym “union rep.”. Jeśli nasz “union rep.” wróci ze szkolenia z Bristolu. Mam nadzieję, że wróci i że dobrze wyszkolony.

Czy się złoszczę? Czy inni wiedzą? Czy są ciekawi? Nie. Nie. Nie.
Czy to ostrożność? Nie.
Czy pójdziemy na ugodę? Zobaczymy co to by miało znaczyć.

Brać robotnicza – do Walki. Jeśli warto o coś walczyć, to o lepsze życie.
I maksymka na koniec: – Agresja jest bronią najsłabszych.

Moja fabryka

Posted in Walka robotnicza by Tomasz Olszewski on 4 Październik 2009
shit, malwersacje, łamanie praw robotniczych, wyzysk

shit, malwersacje, łamanie praw robotniczych, wyzysk

To wejście. Nie wygląda zupełnie groźnie, bo i wejście, samo w sobie, groźne być nie może. Ale kij z tym, za wejściem widoczne są, po lewej stronie, biura, tam sobie urzędują urzędnicy. To oczywiste, że jak urzędują, to urzędnicy. Wśród nich jest tak zwana kadra menadżerska. I to jest nasz problem, problem robotników, robotniczy problem.
Dwa tygodnie temu, a może i trzy, kto tam liczyłby czas krzywd, czy czas w ogóle. Zapadła decyzja o tem, że utną na podwyżki w tym roku. W załodze zapanowało niezadowolenia. Przedstawicielka związków zawodowych, od razu zawezwała członków, aby odmówili pracy w świąteczną sobotę, w grudniu. Oczywiście zgoda na to była, taki znak ostrzegawczy.
Zorganizowano, bardzo szybko, bo już kilka dni później, spotkanie z kadrą menadżerską.
Spotkanie związkowców z menadżmentem wyglądało tak: O pół do jedenastej, zaproszono nas do sali konferencyjnej. Mnóstwo krzeseł, na których umieściliśmy zmęczone dupska, było ustawione w półkole, przodem do wielkiego ekranu. Za nami rzutnik, między nami a ekranem pan boss i jego pani bossowa. My w buciorach, czepkach na łbach, śmierdzący serem, a oni pięknie: garnitur, drogie perfumy, make-up, suknia odsłaniająca śliczne łydki i taneczny krok. Na ekranie, przez dwadzieścia pięć minut, wyświetlano słupki, kółeczka i inne osiągnięcia powerpointa. Ktoś, kto to robił miał do tego talent, tego nie dało się nie zauważyć.
Teraz taka odskocznia. Jak powiedział mi Magnes: menadżment nie widzi w nas ludzi, bo my nie znamy powerpointa! I trudno się z nim nie zgodzić.
Wracając do spotkania robole vs. oświeceni. Mówiła na zmianę pani z panem, przekazując sobie pilota. Zmieniały się plansze, słupki rosły, lub opadały, koła się zamykały lub otwierały. Atmosfera była przednia. Po dwudziestu pięciu minutach, dano nam pięć minut na złożenie pytań. Dostaliśmy długopisy i karteczki samoprzylepne. Pan i pani wyszli za drzwi, na kawkę, czy papieroska – chyba raczej nie papieroska, menadżment nie pali, to skraca świetne życie.
Wśród robotników zapanowała konsternacja. Powiedzmy sobie szczerze, że masa robotnicza, która pracuje w mojej fabryce, to nie jest jakaś dobrze wyedukowana grupa. Większość z nich, młodych ludzi, pracuje tu od skończenia szkoły, tzn. od czasu gdy ukończyli szesnaście lat. Także taka pani, czy taki pan, po kursach menadżerskich, są dla nich jak dla mnie Einstein.
Karteczki przykleiliśmy do tablicy na ścianie. Pytania krążyły wokół organizacji pracy w święta, o niepracowaniu w świąteczną sobotę, wszyscy zapomnieli.
Pan i pani wrócili po odpowiednio odmierzonym czasie. Pani się ucieszyła, że “aż tyle pytań”. Było ich z pięć. Starannie przygotowana maszyna do lobotomi, stworzona w powerpoincie, sprytnie usunęła z nas poczucie tego, że wiemy co robimy. Wszyscy, bez wyjątku, dopiero po wyjściu z sali konferencyjnej, zaczęli mieć pytania. I to nie dlatego, że już się nie bali odezwać. Nikt się nie bał zapytać, tylko, dopiero gdy ta mgła informacyjna opadła, umysł trochę odpoczął po tym zmasowanym ataku tabelkowym, dopiero wtedy pytania zaczęły przychodzić.
Poszliśmy na palarnię, lud pracujący ma tę wadę, że pali.
Dopiero tam do nas dotarło, że nas wyruchali. Właściwie to zdaliśmy sobie sprawę z tego, że wciśnięto nam kit o tych podwyżkach, że ich nie będzie i to łyknęliśmy. Gładko dając się zindoktrynować techniką powerpointa.
Po południu, zaczepił mnie menadżer produkcji:
- I jak wypadło spotkanie? – zapytał ni to z drwiną, ni to z ciekawścią.
- Gówno – odpowiedziałem – powiedzieli nam, dlaczego nie dostaniemy podwyżek i dlaczego mamy to zrozumieć i zaakceptować. Powiedzieli też, że nie tylko nam obcięli podwyżki, sobie również.
- Oczywiście, jak wszyscy, to wszyscy. Ja też nie dostanę – bez większego zmartwienia odpowiedział menadżer produkcji.
- Powiem tak – powiedziałem do niego – gdybym zarabiał sto, sto dwadzieścia tysięcy rocznie, to w dupie miałbym takie podwyżki.
Menadżer zasępił się, zrobił minę ojca, który ma zamiar wprowadzi dziecko w tajniki świata tabu.
- Zrozum, że oni dużo zarabiają, ale oni mają też ogromne kredyty na mieszkania, oni muszą je spłacić. To jest wielka odpowiedzialność.
Tym razem ja zmarszczyłem czoło i podniesionym głosem, co Anglików przeraża, rzekłem:
- To znaczy, że biedni niech zostaną biedni, bo duże pieniądze to duży problem. Jak idę do banku zapytać o swój kredyt mieszkaniowy, to patrzą na mnie z politowaniem i kręcą głową odmownie. I to wszystko oznacza, że my tu pracujemy po to, żebyście mogli pospłacać swoje pałace i wakacje na Kanarach.
Menadżer nic nie odpowiedział, bo co miał odpowiedzieć. Zrobił tylko głupią minę, wzruszył ramionami i poszedł.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.