Anderseitsarbeiter

Morał z tego taki

Posted in bóg by Tomasz Olszewski on 19 Luty 2010

Kilka słów wprowadzenia.
Poniższe przemyślenia dotyczą textu Katatonika/Wałujewa pt.: “Rozmowa u studni” .
W sumie pierwotnie miał to być kolejny mój komentarz do kolejnego tekstu tego sprytnego autora, ale że stał się on zbyt osobisty, pozwoliłem sobie na niezamieszczanie go pod właściwym textem a tutaj, za co mam nadzieję, Katatonik/Wałujew się nie obrazi.
Pozdrawiam tomasz8705

Tym razem nie dam się wciągnąć w tę zabawę. Do tej pory nasze rozmowy goniły w piętkę. Nie chcę przez to powiedzieć, że były zbędne, nie. Z każdej udało mi się coś dla siebie wyciągnąć – i za to dzięki.
Do tej pory, dopiero teraz mnie oświeciło, obieraliśmy rozumowy schemat rozmów. A że mój umysł nie jest w najlepszej kondycji, gubiłem się po jakimś czasie w tych wszystkich możliwościach.
Tym razem będzie inaczej. Nie będę mówić o bohaterze, o świecie w jakim żyje. Powiem tylko i wyłącznie o swoich odczuciach związanych z tym textem. Zresztą o bardzo nie przyjemnych uczuciach.
Zanim dokonam jednak na sobie tej swoistej wiwisekcji, przyznam Ci się, że uczucia te nie poraziły mnie jak grom z jasnego nieba. To dość istotne, ponieważ były one obecne wcześniej, przy innych Twoich utworach, ale dopiero przy „Rozmowie u studni” wyłoniły się one i ukazały swą dotkliwą jaskrawość. Nie, powiem, do najprzyjemniejszych tego doświadczenia bym nie zaliczył. Do tej pory nie w pełni je rozumiałem i chyba nadal nie rozumiem, mimo to spróbuję je opisać.
Nie ukrywam, że to dla mnie trudne zadanie – opisać swoje uczucia. Dopiero teraz, gdy staję przed tym zadaniem, przeraża mnie stopień skomplikowania tej próby. Wydaje mi się nie do zrobienia to co zamierzam, oddzielić ziarno od plew, wyłuskać to co pochodzi ze źródła od tego, co jest walorem ego.
Niemniej jednak postaram się jak najwierniej opisać ten proces posługując się skądinąd ułomnym językiem.
Dość istotne jest to, co czuję teraz. Chyba bardziej istotne dla mnie samego niż dla Ciebie autorze. Wydaje mi się, że bez tej krótkiej historii moich lęków, nie zdołam wytłumaczyć tych odczuć związanych z textem. Mam nadzieję, że to przeżyjesz i mi jakoś wybaczysz.
Sparaliżował mnie lęk, a właściwie strach, bo to on ma właściwości obezwładniające. Tak strach, taki sam jaki czuję przed silniejszym przeciwnikiem, przed agresją i groźbami. Mam opisać to co czuję, a boję się nie mniej niż wtedy, gdy goniło mnie kilku pijanych żuli. To dość dziwne, nie znajduję innego słowa. Dziwnie się boję. Mam opowiedzieć o odczuciach związanych z Twoim opowiadaniem, a w głowie pustka i zapętlam się. Zamiast mówić do rzeczy zbaczam na jakieś pobocze, by tu odetchnąć i dać sobie jeszcze kilka chwil zanim zmierzę się z tym co jest nieuniknione, z sobą. I stąd ten strach, strach przed konfrontacją z własnym odbiciem, które ujrzałem w Twoim (Twoich) texcie.
Także nie ma co zwlekać i trzeba przyjąć postawę Dawida stającego naprzeciwko Goliata, nawet znajomość biblijnego happy end’u nie daje poczucia bezpieczeństwa.
Dlaczego tak trudno przyjrzeć się mi tym uczuciom? Dlaczego napawa mnie to lękiem,ba! fizycznie odczuwalnym strachem? Dlaczego Twój bohater (piszę Twój, ale mam na myśli większość Twoich bohaterów, gdyż wiele ich łączy – w związku z nimi mam wiele podobnych odczuć) wywołał we mnie te wszystkie uczucia. I podstawowe pytanie: dlaczego Twoja proza skłania mnie do pisania o sobie?
Wracam do tematu. Mam nadzieję, że uda mi się znaleźć odpowiedzi na powyższe pytania.
Z każdą przeczytaną opowieścią wspomniane, a jeszcze nie nazwane uczucia nasilały się.
Gniew, strach, żal z dozą ciężkiego do określenia zmieszania. Może nawet wstydu. Nie wiem dlaczego akurat „Rozmowa u Studni” była zapalnikiem i poczułem, że nie ma odwrotu,muszę w końcu odpowiedzieć, choćby sam przed sobą,na te pytania. Podczas wcześniejszych lektur, „Nocy w Radomiu” czy „Arytmii…” owe doznania były obecne, ale albo je negowałem, albo bagatelizowałem. Dopiero u „…studni” wylały się one ze mnie i ukazały w takim stopniu abym mógł je zobaczyć i uświadomić, dopiero „Rozmowa…” wyzwoliła mnie z umysłowego otępienia.
Czytałem oczywiście w pracy, z telefonu, co chwilę odrywany od lektury palącymi obowiązkami, ale to co działo się we mnie, ani na chwilę nie traciło mocy. W pewnej chwili musiałem poprosić o pomoc kolegę, ból brzucha był tak dokuczliwy i nieznośny.
Już od pierwszych słów: „To miał być całkiem miły weekend, ale już na początek spapraliśmy wszystko.” poczułem się niedobrze, zaczęło mnie mdlić i w żołądku poczułem taki ścisk jak przed egzaminem z „kultury żywego słowa” u znienawidzonego docenta Grzegorka.
Teraz rozumiem, że „przygody” Twojego bohatera w dużej mierze pokrywają się z moimi osobistymi doświadczeniami. Jego (ich) i moje historie są bardzo podobne. I jeżeli wcześniej z Tobą dyskutowałem, starając się zrozumieć bohatera(ów) to była to zwyczajna blaga. Od początku wiedziałem o co chodzi, wiedziałem czym i dlaczego się kieruje, choć w świetle moich obecnych doświadczeń, chciałem to zanegować. Głośno powiedzieć sobie, nie to nie ja, ja byłem inny, bardziej wyjątkowy, wszakże tyle kobiet mnie kochało, tyle rąk odrzuciłem, a jeszcze więcej nie zauważyłem. To nie mogło być o mnie.
Studia, miłość i alkohol – święty triumwirat noszący w mej pamięci nimb „złotego wieku”. Ale cóż się wtedy takiego wydarzyło, co na ten nimb miałoby zasłużyć? Może to, że przechlałem swego czasu z niejaką pięknością trzy tysiące nie swoich złotych? A może to, że obudziłem się pewnego ranka osrany po szyję? A może to, że chowałem się w cynizmie, pogardzie i megalomanii ze strachu?
W tej chwili nie boję się do tego przyznać, nie uważam, żeby to były rzeczy złe. Nie były godne potępienie tak jak i nie były godne pochwały. Były po prostu. Nie chcę i nie mogę siebie obwiniać o to, że kiedyś bałem się życia, że od niego za wszelką cenę uciekałem. I ten lęk powrócił, podczas lektury Twoich textów. Nie mogłem pozwolić na stwierdzenie, tak kumam Kat o co Ci chodzi, byłoby to równoważne z przyznaniem się do nie-życia.
I to nieszczęsne „gdyby”, to chyba był ten moment kluczowy, w którym cisnęło mnie na srakę i rzyganie. Całe życie pt. „Gdyby”. Jak mawiała moja babcia: „Gdyby babcia miała wąsy to by była dziadkiem.” Nie znam innego antidotum na ten zatruwający umysł lingwistyczny czy też logiczny pestycyd.
Twój bohater nie żyje. Jest trupem. Myślę, zdaje się mówić, więc jestem. Owszem, zgodzę się, jest. Ale ta sentencja nie gwarantuje życia, tylko bycie. Manekin w moim salonie, też jest, ba! jest nawet nie myśląc, może dzięki temu jest nawet bardziej.
I tak z biegiem przeczytanych historii wylało się ze mnie uczucie strachu, ale też i sprzeciwu. Moja dusza powiedziała stanowcze nie. Nie – dla Twojego bohatera, który tonie w narkotycznych wizjach umysłu, nie – dla świata przez ten umysł projektowanego i nie – dla tego demiurga, tak pochopnie i bez zrozumienia nazwanego Bogiem, który sobie gdzieś tam przycupnął w rogu pokoju i prowadzi pogawędki z bohaterem. Oto cały umysłowy konstrukt,oto całe piekło stworzone z cytatów przez bohatera.
Tak właśnie, z cytatów. Bohater nie mówi, on cytuje. Nie wierzę w ani jedno jego słowo. Owszem wypowiada je, ale nie są jego. Są wdrukowane. I to dlatego aż mnie skręciło. Nie od razu sobie to uświadomiłem, dopiero po jakimś czasie i właściwie to chyba najbardziej w tej chwili. Do tej pory nie mówiłem, cytowałem tylko. Różne cytaty, z mądrości przodków, z mądrości wielkich pisarzy, mądrości z filmów, zasłyszane mądrości, a nawet mądrości niby pochodzące ode mnie – niestety, cóż za ułuda, z umysłu nie mogą płynąć mądrości, mogą być co najwyżej kompilacją już wcześniej w nim zasadzonych słów i zwrotów. A ja tak lubiłem cytaty, cynizm i szyderstwo. Tak jak Twój bohater byłem muszkieterem języka, potrafiłem uderzyć ostrzem riposty, zasłonić się tarczą ośmieszenia, ale, powtórzę, nie mówiłem. Ludzie, którzy nie żyją, nie mówią, to jest prawie jak dubbing, albo sufler z budki.
Do czego doprowadziły mnie te lektury? Do uświadomienia sobie to po pierwsze, a po drugie do urzeczywistnienia natury umysłu. To jest mój sufler, który podsuwa mi frazesy odpowiednie dla danej roli jaką mam odegrać. A rolę odgrywam tylko z jednego powodu – strachu, lęku rozumu przed jego odrzuceniem. Ot, cała tajemnica. To rozum napełnił mnie obawami: jeśli mnie utracisz, to co będziesz miał, czym będziesz się posługiwał? Kto ci powie, co masz robić, jak reagować, nie ma innego organu odpowiedzialnego za to, będziesz zupełnie nikim. A przecież i ja i Twój bohater tak bardzo nie chcemy być nikim. Mimo tego, że On (Twój bohater – już nie chce mi się tego powtarzać) i tak uważa, że jest nikim wartym choćby uwagi, jest przegrańcem, jest wygnańcem i dezerterem. Tyle, że nie widzi iż w tym byciu nikim stał się już kimś, swoją własną legendą, którą sam sobie opowiada. I nie ma co ukrywać, że dość łatwo się pogodził ze swoim losem, że nie sprawia mu to w sumie dużo problemów. Status quo rozumu jest zachowane. Rozum rozumuje i jest git, rozum jest potrzebny.
Natrafia się cyganka. Uf… choć jeden element w tej rzeczywistości, który zdaje się mówi „od całej duszy” (jak to się kończy, nie trudno było się domyślić i powiem, że też niczego innego się nie spodziewałem). Pojawił się promyk nadziei dla mnie. Oto ta całkiem nie brzydka cyganka odmieni jego życie, wpłynie jakoś, tymi swoimi cygańskimi sztuczkami na niego i otworzy mu oczy duszy na świat. No, niestety i tutaj autorze, obroniłeś rozum, który naprędce skonstruował to przerażające zakończenie.
Wrócę jednak do siebie, bo w tej chwili bardziej interesuje mnie moja kondycja po lekturze niż to co i jak z Nim.
Od jakiegoś czasu myślałem o sobie, że jestem osobą, której dane jest doświadczać przebudzeń (mam tu na myśli przebudzenia w ujęciu duchowym, bliskiego duchowi buddyzmu tybetańskiego). Niestety to mniemanie okazało się fałszem. „Rozmowa…” i wcześniejsze texty pokazały mi to dobitnie.
Tęsknota za tym co było, co utracone i strach przed tym co będzie – czyż nie tak właśnie działa rozum. Czyż nie dlatego tak chętnie podłapuje wszelkie fabularne podpory identyfikacji, aby umocnić swoją pozycję? Oto w bohaterze(ach) skupiły się te dwie drogi, przeszłość – przyszłość. Przeszłość, w której rozum uwił sobie gniazdko i przyszłość oddana we władanie duszy. I ta walka. I to zupełne zapomnienie o „tu i teraz”. W tej chwili zauważam, że On albo wspomina kobiety, które utracił, albo rozgląda się za następną. U Niego nie ma „teraz”, a jeśli zaistnieje to jest poddane srogiej ocenie poprzez pryzmat tego co było lub co się wydarzy. On jest niewolnikiem swojego rozumu, który nie pozwala Mu na działanie,demotywuje Go.
I to też mój dramat, to też mój ból, zauważony dzięki Twoim textom, pisząc o Nim,piszesz o mnie. I jaka radość płynie z możliwości identyfikacji, a jaki spokój z jej odrzucenia.
Do tej pory nie żyłem, grałem. Do tej pory nie mówiłem, cytowałem. Miałem pełną gębę słów, nie swoich. Wypisywałem je na sztandarach, murach i ścianach toalet, słowa nie moje, życie nie moje.
I jak diametralnie, że tak powrócę na niwę literacką, zmienia się percepcja Twoich utworów. Wszelkie te tak zwane ważne rzeczy: forma, treść, dialogi schodzą na plan zupełnie daleki, zasnuty perspektywą powietrzną, która podwójnie unieważnia te kategorie, rozmywa aż w końcu unicestwia. Nie ma znaczenia czy to wszystko jest prawdą w sensie rozumowym, czy jest logiczne, nie ma to znaczenia, bo jak widzisz, prawdę odnalazłem w sobie. Prawdę o sobie odnalazłem w Twoich textach.
No i czego się tu było bać, rachu ciachu i po strachu, była ciemność i nie ma ciemności. Dawid pokonał Goliata, kolejny dobry mecz.

Heaven for Everyone

Posted in bóg by Tomasz Olszewski on 24 Listopad 2009
I wielu innych

Bóg jest Wszechmogący

Ciao, ciao jak mawiają Słowacy.
Myślałem, że jest inaczej, że istnieje sprawiedliwość, ale prawda jest taka, że nie. Nie taka jaką sobie wyobrażałem. No cóż, to pocieszające, że nie ma piekła, oprócz tego, które sami sobie zgotowaliśmy. Na zdrowie.

Tagged with:
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.