biały
- Halo, Marek? Słyszysz mnie? Marek! Marek! – Danuta krzyczała do słuchawki, ale połączenie zostało przerwane.
Przez chwilę spoglądała na wyświetlacz telefonu, ale zaraz się zreflektowała i zwróciła się do klientki:
- Oczywiście, bardzo panią przepraszam, oczywiście, to będzie najlepsze rozwiązanie. Przepraszam panią, mąż właśnie wylatywał z Bangkoku, ale widocznie musiał się rozłączyć, przed wejściem na pokład. Oczywiście, proszę pani, myślę, że udrapowane muśliny i te stylizowane rzymskie cokoły, to będzie przebój w tym sezonie. Oczywiście proszę pani, dostarczymy wszystko na czas.
- Halo, Marek? Wylądowałeś już? Aha. Za ile będziesz w domu? Oczywiście, spotkamy się. Czekaj sprawdzę terminarz. Oczywiście, w Rubinie. Dobrze, wezmę. W Rubinie, o jedenastej. Nie za późno? Nie, oczywiście, że nie. Ja ciebie też.
Marek wszedł do restauracji, portier go przywitał i bez spoglądania w listę gości, pokierował go do stolika, przy którym czekała Danuta.
- Wzięłaś mój laptop? – Pocałował ją w policzek, odsunął krzesło i sapnął siadając.
- Oczywiście, że wzięłam. – Danuta oderwała oczy od karty dań i spojrzała na męża.
W restauracji panował przyjemny półmrok, niewielkie lampki paliły się tuż nad stołami, pozostawiając oblicza klientów w tajemniczym cieniu.
- Wydaje mi się, że jesteś trochę blady – zauważyła Danuta.
Na ścianie, nad głową jej męża wisiało kryształowe lustro w złotych ramach. Marek uniósł tułów i przyjrzał się sobie z bliska.
- Wydaje ci się. Jestem trochę przemęczony. Od trzech miesięcy latam między Bangkokiem a Warszawą i ciągle coś jest nie tak. Mówię ci, że bangkokończycy… bangkończycy… bangkokowcy… Niech to! Jak się nazywają mieszkańcy Bangkoku?
- Oczywiście “mieszkańcy Bangkoku”. Pamiętam ze studiów wykład na ten temat. Tak samo jest z Rio de Janeiro, Tel Awiwem i innymi.
- Dziękuję kochanie – poprawił sobie krawat – jesteś niezastąpiona. O czym ja to mówiłem?
- Że „ci mieszkańcy Bangkoku” i nie dokończyłeś, bo zacząłeś to odmieniać, a tego się nie odmienia. – Żona poprawiła serwetę i zerknęła na sztućce.
- Mówiłem ci, że jesteś niezastąpiona.
- Tak przed chwilą. Trochę blady jesteś, mówiłam ci o tym?
- Tak mówiłaś. Na czym ja to… A tak! Projekt. Mieszkańcy Bangkoku są bardzo wybredni. Na prawdę jestem blady?
- Oczywiście, bardzo nawet. – Sztućce wydawały się czyste, ale Danuta nie dowierzała, przyciemnione światło nie pozwalało dokonać dokładnej obdukcji. Otarła nóż w suknię i położyła na stole.
Doktor Krokowski, w sandałach i zielonych wojskowych skarpetach, wszedł do gabinetu i znieruchomiał.
Spoglądał na człowieka na krześle i nie wiedział jak zareagować. Rozejrzał się, zaglądnął za parawan, ale nikogo nie było. Spodziewał się, że to głupi żart kolegów z patologii, ale nie było nikogo. Podszedł do krzesła, człowiek na krześle miał zamknięte oczy. Jego twarz i ręce były białe jak papier. Doktor Krokowski zawahał się. Chciał dotknąć jego twarzy, ale ręka zawisła w powietrzu.
- O, jest pan – powiedział człowiek z krzesła podnosząc powieki. – To taka chińska metoda odpoczynku – wytłumaczył swoje niecodzienne zachowanie.
- Witam panie Marku. – Krokowski pohamował swoją ciekawość i cofnął rękę.
Usiadł za biurkiem, nie wiedząc co powiedzieć, zaczął układać papiery, po chwili odezwał się:
- Co pana sprowadza do mnie?
- Chyba pan widzi – odparł Marek bez złości.
- Tak, widzę, to było pytanie retoryczne. Wie pan, jestem lekarzem, człowiekiem nauki, nie takie rzeczy się widziało.
- No właśnie, i co pan na to powie.
Krokowski obrócił się na krześle do szafki z aktami i wyciągnął pożądaną teczuszkę.
Przez chwilę przeglądał dokumenty, sapnął i zaczął:
- Panie Marku. Pan dużo podróżuje?
- Tak. Ostatnio sporo do Bangkoku, mieszkańcy Bangkoku, są bardzo wybredni, a moja firma liczy na mnie, na to, że sprzedam im ten projekt wieżowca. Czytał pan pewnie?
- Orientuję się. Czterysta pięć pięter, ponoć gdyby go postawić w Warszawie, byłby widoczny z Sosnowca.
- Nie wiedziałem. – Marek udał zaskoczonego. – No to jest coś, musi pan przyznać panie doktorze.
Doktor nic nie odpowiedział, otworzył okno internetowej przeglądarki i zaczął sprawdzać pocztę.
- Panie doktorze?
Lekarz oderwał oczy od monitora i udając zaskoczonego zapytał:
- Kiedy pan wrócił? – Potarł brodę, spojrzał na rękę, opuścił ją i czując, że każdy jego ruch jest głupim wytłumaczeniem poprzedniego, utkwił wzrok w Marku.
- Przedwczoraj – zaczął Marek – zaraz po przyjeździe spotkałem się w Rubinie z żoną. Wspaniała, naprawdę cudowna.
- Żona? – wszedł mu w słowo lekarz.
- Owszem, żona również. Mówię o restauracji. Był pan tam kiedyś? – Marek lubił takie sytuacje, w których rozmówca mógł tylko słuchać. Restauracja Rubin należała do najszykowniejszych i byle kto nie mógł tam bywać, Marek to wiedział.
- Raz jeden tylko. Firma farmaceutyczna, od której kupujemy leki, zaprosiła nas na obiad, po szkoleniu – Krokowski spuścił oczy i posmutniał. W ten czas nie mógł zostać. Akurat wypadał jego dyżur. Wypił kieliszek koniaku i wrócił do polikliniki.
- Panie Marku – przemówił czując powracający rezon – musimy szybko przeprowadzić najpotrzebniejsze badania. – Sprawa nie wydaje się poważna. Możliwe, że to zwykła anemia, złe odżywianie – Krokowski dodał to z satysfakcją. – Proszę pójść za parawan, rozebrać się do majtek. Zaraz wszystko skontrolujemy, postawimy diagnozę i podejmiemy odpowiednie kroki. – Doktor uwielbiał zwrot “odpowiednie kroki”, był fanem telewizyjnych kryminałów. Siebie, nierzadko, postrzegał jako medycznego detektywa.
Gdy Marek zawieszał na haku swój wiele wart garnitur, lekarz wezwał siostrę Teresę.
- Słucham panie doktorze? – zapytała pielęgniarka wchodząc do gabinetu bez pukania. Marek wystawił zza parawanu głowę na dźwięk jej melodyjnego głosu.
Siostra Teresa, niemłoda już, ale wciąż zdrowo wyglądająca, drobna blondynka, pisnęła z przerażenia.
- Co to? – zapytała na widok białej twarzy pacjenta.
- Proszę się uspokoić siostro. To pan Marek, wrócił z Bangladeszu…
- Z Bangkoku doktorze, z Bangkoku! – Marek krzyknął poprawiając dostatecznie doktora.
- Z Bangkoku i tak mu się porobiło. Siostro, przeprowadzę tutaj małe oględziny, apotem zabierze pani pana Marka do ambulatorium.
Siostra dygnęła z gracją guwernantki i zniknęła za drzwiami.
- Ładny głosik – zauważył Marek stając w samych slipach na środku gabinetu, w miejscu, w którym narysowano dwie czerwone stopy.
Jego ciało było bialutkie jak śnieg, jak broda świętego Mikołaja, ale nie przeźroczyste, bardziej matowe, kredowo-matowe.
- Głosik ten – doktor Krokowski przełknął ślinę widząc przed sobą niby papierowe ciało – tak, siostra Teresa należy do chóru poliklinicznego.
- To się rozumie. Taki głos, słyszałem kiedyś w La Scali, był pan doktor kiedyś?
Doktor nie interesował się muzyką poważną, zajmowała go medycyna, za lekkoduchów miał kompozytorów i muzyków, ale nie nawykł do publicznego wygłaszania swojego braku zrozumienia dla sztuk pięknych.
- Nie, nie byłem. To w Wenecji?
- Mediolan, panie doktorze. Był Pan w Mediolanie. Tetro alla Scala, projekt Piermariniego. Panie doktorze, kiedyś to budowano, wiadomo, nie tak jak dziś, ale też pięknie. – Doktor czuł się zmieszany, nic nie mówiąc wskazał palcem miejsce i powiedział:
- Proszę tu podejść!
Przyłożył stetoskop do klatki piersiowej:
- Serce w porządku i płuca zdaje się. – Marek obrócił się na polecenie lekarza: – Płuca też. Proszę kaszlnąć.
Marek zakasłał kilkakrotnie.
- Mocniej panie Marku, niech się pan nie boi, jest pan u lekarza. – Pacjent odkaszlnął jak na szefa projektu przystało.
Mężczyzna o białej jak suknia panny młodej skórze, przechadzał się, robił przysiady, pokazywał język, również biały, wszystko na polecenie doktora.
- Musimy zrobić dokładne oględziny – powtarzał za każdym razem Krokowski, gdy napotykał pytający wzrok Marka.
Seria detektywistycznych zabiegów dobiegła końca i pacjent mógł się ubrać.
- Teraz pójdzie pan z siostrą Teresą do ambulatorium, tam zostanie panu pobrana krew. Później, za kilka godzin będą wyniki sekcji…
- Jakiej sekcji? – Zapytał przerażony mężczyzna.
- Och, przepraszam pana, panie Marku, wie pan, muszę się przyznać. Jestem miłośnikiem kryminałów i gdybym nie skończył studiów medycznych z wyróżnieniem, gdyby ojciec, matka, babka i całe zastępy chorych nie pokładały we mnie nadziei, to skończyłbym policealne technikum detektywistyczne, zajmowałbym się może wtedy medycyną, tyle że kryminalną. Takie przejęzyczanie, rozumie pan?
- Aha – Marek pokiwał głową ze zrozumieniem. Sam miał takiego małego konika, o którym nie lubił rozmawiać. Interesował się dzierganiem koronek.
Szuflada biurka nie chciała się otworzyć, Marek zbierał się już do wyjścia, za drzwiami czekała siostra Teresa, gdy Krokowski wykrzyknął:
- Mam! Panie Marku, zmierzę jeszcze panu ciśnienie i będzie pan mógł iść, zaraz sporządzę protokół z obdukcji.
Mężczyna wzdrygnął się ponownie, ale już poinformowany o fiksie swojego lekarza uspokoił się szybko.
- Proszę usiąść na kozetce, położyć rękę na udzie i oddychać spokojnie – nakazał doktor.
Przez jakiś czas lekarz majstrował przy aparacie, ale bez efektu. Ciągle wskazywał zero łamane na zero.
- Musiał się popsuć. Z Chin na pewno. Tam robią samą tandetę.
- Obawiam się doktorze, że nie zupełnie się zgodzę. Miałem okazję bywać w Chinach niejednokrotnie…
- Jest już pan gotowy, panie Marku? – zapytała siostra Teresa przerywając mu nadciągający wywód.
Drzwi gabinetu doktora Krokowskiego otworzyły się z hukiem. Stała w nich siostra Teresa, nie mniej blada, jak pacjent, którego przed chwilą odprowadziła.
Lekarz szybko zamknął okno kanału filmowego, niezgrabnym ruchem ręki wziął pióro, zrzucając przy tym kubek z fusami na podłogę.
- Niech to szlag, niech siostra patrzy! – Wskazał plamę na podłodze.
- Pan doktor idzie zemną – żachnęła się pielęgniarka ledwo łapiąc oddech – niech idzie ze mną!
Obaj panowie wrócili w milczeniu w gabinetu. Marek usiadł na krześle, doktor chował papiery z biurka do szafy za plecami. Wciąż się nie odzywali.
- Co to znaczy, panie doktorze? – zapał Marek bezdźwięcznym i wątłym głosem.
Łokcie Krokowskiego oparły się o blat, głowa spoczęła na dłoniach i tak przez kilka chwil Krokowski wpatrywał się z uwielbieniem w swojego denata.
- A więc – odezwał się z wyższością – panie Marku, sprawa wygląda następująco. Pan nie żyje.
- Jak nie żyję, jak żyję! – krzyknął pacjent.
Doktor uśmiechnął się drwiąco i rzekł:
- Może jest pan wspaniałym architektem, znawcą win, restauracji i opery, ale w tej dziedzinie, w mojej dziedzinie – poprawił się – wybaczy pan, ale nie ma pan odpowiedniego wykształcenia, minimalnej wiedzy jak widzę, na ten temat.
Marek spuścił głowę i oglądał swoje paznokcie, zaaferowało go to na tyle, że zapomniał gdzie jest. Po głowie zaczęła mu krążyć myśl, od jak dawna nie przyglądał się swoim dłoniom? Pielęgnował je codziennie, widział je każdego ranka, ale kiedy ostatnio im się przyglądał. Przypomniało mu się dzieciństwo, czereśnie w sadzie dziadka, strachy na wróble na polu.
- Panie Marku – przerwał jego wspomnienia Krokowski – pan jesteś trup. Niech pan słucha – machnął ręką, dając tym samym znak, że nie będzie tolerował przerywania wywodu – nie masz pan w ciele ani jednej kropli krwi. Człowiek bez krwi żyć nie może. Serce pracuje, wszystko działa jak się należy, ale krwi w panu nic, zero, nula jak mawiają Słowacy. Był pan kiedyś na Słowacji? – Marek nie zdążył odpowiedzieć, lekarz kontynuował – też nie byłem, ale mieliśmy tutaj praktykantkę z tamtego kraju.
- Do rzeczy panie doktorze, na Boga!
Doktor poprawił się w swoim fotelu, spojrzał na nieboraka z satysfakcją i fascynacją.
- Jest pan zjawą, upiorem, duchem. – Padła diagnoza.
Cisza panująca w gabinecie zdawała się Markowi mglista, ciężka i duszna. Z wysiłkiem nabierał powietrza.
- To jest niemożliwe. Ja żyję. Przecież pan widzi. Niech pan coś poradzi. Ile to będzie trwać? – zaczynał wpadać w maniakalny słowotok – ile mi zostało?
- Nic panu nie zostało. Pan nie żyjesz, zrozum to pan, w świetle medycyny jesteś pan trup, w świetle wierzeń mojej babki, jesteś pan wampir, a ja jestem naukowiec, ja wierzę w naukę, w analizy, diagnozy, syntezy. Ślady, poszlaki, fakty, panie Marku, przede wszystkim fakty. Nie żyje pan, bo pan nie ma krwi. Człowiek bez krwi jest trup! – Skończył dobitnie.
- Przecież musi się to dać jakoś wytłumaczyć – ostatkiem sił i błagalnym tonem powiedział Marek.
Na biurku doktora pojawiły się medyczne kwartalniki, książki z czasów studiów, periodyki rożnej maści. Lekarz rozłożył je przed domniemanym nieboszczykiem i powiedział:
- Widzi pan to?
- Widzę.
- Wiem, że pan widzi, to było pytanie retoryczne, to jest cała nasza wiedza na temat człowieka. No może nie cała – upomniał się Krokowski – ale sporo tego tutaj jest. Znam te wszystkie podręczniki, kwartalniki i inne, tak samo dobrze jak pan repertuar La Scali, i niech mi pan wierzy, w każdym z tych pism, stoi, że człowiek bez krwi żyć nie może!
Marek rozsiadł się na krześle, jak to zwyczajnie zwykł się rozsiadać podczas negocjacji, ta pozycja pozwoliła mu na podjęcie sensownej rozmowy, przywróciła mu utracony, poprzez tak nieoczekiwaną informację, animusz.
- Zacznijmy od początku. – Doktor kiwnął głową, na znak, że jest gotowy do starcia. – Jeśli nie żyję, to jakim cudem z panem rozmawiam, dlaczego się poruszam?
Uśmiech na twarzy doktora świadczył o tym, że był przygotowany na to pytanie.
- Bo jesteś pan upiorem, duchem, zjawią – tubalny śmiech rozszedł się po gabinecie.
Szef projektu dla wymagających mieszkańców Bangkoku zmarszczył czoło, rozłożył ręce na oparciach krzesła i pewny swego zwycięstwa zaczął:
- Jest pan naukowcem – Krokowski szybko przytaknął głową – wierzy pan w rozum i fakty, analizy i dowody – doktor znów powtórzył ruch głową – to jak pan może gadać, że jestem upiorem, duchem, zjawą. To przecież śmieszne, to wbrew nauce.
Szyby zadzwoniły od gromkiego śmiechu doktora, Marek czuł się zbity z tropu, znów przybrał pozycję małego dziecka bawiącego się swoimi rączkami.
- Pan nic nie rozumie, ja nie wierzę, ja wiem, że pan nie jest upiorem. Nie może być zjawą, nie możliwe aby pan był duchem. Dla nauki takie terminy to zupełne bajki! Jak dla mnie pan nie żyje, tylko chwilowo jeszcze zachowuje pan funkcje życiowe. Pan jeszcze nie wie, że nie żyje i dlatego właśnie wydaje się panu, że pan żyje. Przyznam jedno, że jest pan ciekawym przypadkiem, ale znam życie. Zaraz pan umrze, a ja nawet nie zdążę zwołać konsylium, żeby pana przypadek przebadać.
Cisza znów zapadła. Siedzieli naprzeciwko siebie, człowiek nauki i mały chłopiec bawiący się paluszkami. Chłopiec odezwał się pierwszy:
- Może mi pan coś na to przepisze?
- Mogę panu wypisać – zrobił pauzę – akt zgonu – Krokowski znów się roześmiał gromko.
- Halo! Danuta. Czemu krzyczę. Bo jestem na lotnisku. Tak lecę znów do Bangkoku. Tak! Kilka dni, nie dłużej. W sobotę? Dobrze, w Rubinie. Danuta powiedz mi, jakiego ty używasz samoopalacza?
